28 stycznia 2015

bezcenne

Choć jej szczerze nie znoszę, dziś chciałam  jej podziękować.

Dziękuję niepełnosprawności mojego Synka, z którą zmagamy się od przeszło 3,5 lat za to, że jest na tyle łaskawa, bym mogła cieszyć się z nim zabawą w takich miejscach, jak to...
Wiele dzieci i  ich rodziców tego nie może....



Ile odwagi kosztowało mnie podjęcie decyzji o wyprawie w takie miejsce, nie zamierzam Wam nawet wspominać.


"Przecież chłopcy też mieli po 3, 4 latka, gdy ich tam zabierałam"...- przekonywałam samą siebie.

I udało się :)

Było super :)

Strzał w dziesiątkę na spędzenie wolnego popołudnia.

Kolejnym razem koniecznie z rodzeństwem. Chyba nie są jeszcze na to "za starzy"? ;)


Dodatkowym atutem jest 50% zniżka przy zakupie biletu dla dziecka z orzeczeniem o niepełnosprawności. Rodzic wchodzi za darmo :) Każdy :)



I co z tego, jeśli to kryptoreklama? Widzieć, jak Ignaś pokonuje samodzielnie kolejne przeszkody.....
B-E-Z-C-E-N-N-E.

howk.


27 stycznia 2015

Piórka, piłeczka, Nutella...

... talerzyk, mleczko w tubce, mydlane bańki, wiatraczek, amarantus., kawałeczki banana na talerzyku.... to nasz nowy zestaw terapeutyczny - logopedyczny.

Codziennie 2 razy po 10 minut. Dmuchanie, oblizywanie, wylizywanie, puszczanie, mlaskanie, cmokanie, buziaków posyłanie.

A język nadal jak kołeczek. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że Ignaś nie potrafi oblizać kącików ust języczkiem i że taki to dla niego problem :( Prosta rzecz, a jaka zasadnicza....


Bez tego nici z mówienia, trzeba więc go nauczyć... Jednak wizyty domowe logopedy są dla nas bardzo motywujące i mobilizujące. Ignaś ma nawet specjalny znak "imię" dla Pani Agnieszki:) Wziął się on z pierwszej wizyty- konsultacyjnej- gdy przyłożyła jego rączkę do swojego gardła i wypowiedziała jego imię :) Od tej pory Pani Aga logopeda jest Panią od drgającej szyi:) I szafa gra. I wiemy, o kogo chodzi:)

Pocieszająca w tym wszystkim jest łatwość, z jaką Ignaś ćwiczy sylabizowanie z dodaniem klaskania sylaby "ta" (należy klasnąć raz w dłonie i powiedzieć "ta", a potem całość powtórzyć).
Po dwukrotnym złożeniu wychodzi słówko "tata":) Zaskakujące było natomiast dla nas obu to, że najtrudniej było Ignasiowi wypowiedzieć czystą sylabę "ta", wciąż dokładał do niej "ba" i mówił "taba". Nie sądziłam, że to może być dla kogoś kłopotem, a tymczasem jest. Dla mojego osobistego trzeciego syna :) Ale ćwiczenia i aplauz plus zachwyt robią swoje i Ignaś witał Tatę w drzwiach wieczorem dwoma sylabami "ta"+"ta" :)

Tu scenka z pierwszego wieczoru po wizycie Pani Agi, uczącej Ignasia sylabizowania:


A tu próbka "piórkowania" dla chętnych:




Także: talerzyk, mleczko, nutella, piórka i do roboty :)

26 stycznia 2015

hmm..., hm..... biofeedback...

Co tu napisać? Żeby było rzetelnie, uczciwie i niekrzywdząco nikogo?

No, to poszliśmy pełni oczekiwań i emocji na spotkanie z Panem Psychologiem w piątek ubiegły....
Biofeedback nas kusił, mamił, plan w głowie domagał się realizacji...

Ale chyba nasz entuzjazm nikomu się nie udzielił ;) Wizyta była raczej... hm.... trudna..

Wygląda na to, że ta metoda nie dla Ignaca i nie na teraz... A po krótkim przyjrzeniu się sprawie, być może nawet nie "koniecznie potrzebna"?...

Moje wrażenia wstępne co do metody są raczej rozczarowujące... Wydaje mi się, tak po ludzku, mało atrakcyjna dla dzieci- przynajmniej w tej odsłonie, której doświadczyliśmy......
I nawet nie poszło o klipsiki zapinane na uszkach i na główce, bo z tą biżuterią Ignaś jakoś dałby się oswoić... (po pierwszej próbie zdjęcia ich z siebie, i mojej interwencji zachęcającej do pozostania w tych "ozdobach", siedział spokojnie z kabelkami za pan brat)...
Praca pacjenta polega- najogólniej oczywiście rzecz ujmując- na śledzeniu "gry" wyświetlanej na monitorze w całkowitym skupieniu i przy maksymalnej koncentracji uwagi, nieruchomo siedząc (co już jest wyczynem dla Ignasia, ale muszę przyznać, że poradził sobie wyśmienicie z tym wyzwaniem)- wówczas naliczane są punkty i gra toczy się płynnie. Gdy tylko pacjent się zdekoncentruje, rozproszy- gra zwalnia, zamiera, a punkty nie są naliczane... Cóż. Sądzę, że trzeba się wykazać ogromną dojrzałością i motywacją, by skutecznie przejść tego rodzaju trening uwagi i skupienia, zwłaszcza, że punkty mogą okazać się zupełnie nieatrakcyjne dla małego dziecka:) Zwłaszcza takiego jak Ignaś....
Inną wersją treningu- i tu widzę jakieś światełko w tunelu- jest projekcja filmiku, bajki odpowiedniej do wieku pacjenta, który- gdy skupienie i koncentracja są na odpowiednim poziomie- są wyświetlane bez zakłóceń. Gdy jednak tylko pacjent przekieruje uwagę na coś innego, monitor zaczyna śnieżyć, obraz zanika, a u dołu ekranu pojawiają się postacie ludzików, zasłaniających obraz. To mogłoby się sprawdzić w przypadku Ignasia, gdyby film był dla niego atrakcyjny (na szczęście mamy kilka takich pozycji, które go absorbują i wywołują w nim entuzjazm, Pan Psycholog jednak nimi nie dysponował).

No i kluczowym słowem w tym wpisie jest właśnie "entuzjazm"...

Po raz pierwszy miałam smutne wrażenie, że tej komponenty zabrakło w naszym spotkaniu... bynajmniej nie z naszej strony....

Jakoś tak dziwnie nieprzyjemnie jest zmierzyć się z niewypowiedzianym przekonaniem, że "nasze dziecko niekoniecznie się nadaje na tego rodzaju terapię".... Kiedyś już to przerabialiśmy.... w kwestiach mowy i rozumienia....

Zatem nie wiem, co z tego wyjdzie? Czy starczy mi samozaparcia, by pójść tam jeszcze raz i podejmować się testu "nada się, nie nada?". Udowadniać komuś, że Ignacy ma potencjał, potrafi sporo zrealizować, potrzeba mu tylko życzliwego i zaangażowanego podejścia?....

Czy to moje matczyne imaginacje? życzeniowość? i niepoprawne zaprzeczanie smutnej rzeczywistości?.....


25 stycznia 2015

Kochamy na zabój!

to fakt:)
Ale czy wymagamy odpowiednio wiele od naszych dzieci?

Pokutuje chyba gdzieś w czeluściach świadomości naszej, że niepełnosprawność wiąże się z zależnością i nieporadnością, bo oto uzmysłowiłam sobie, co następuje:

Nasz słodki, sprytny, czteroletni synek przyjmuje notorycznie postawę wyczekującą. Do tego stopnia, że praktycznie nie odstępuje nas na krok, czym potrafi doprowadzić do rozstroju nerwowego swoich rodzicieli. Tak. Zdecydowanie wpadliśmy we własne sidła i chyba czas się z nich powoli wyplątywać :)



No bo- czy to przystoi, by czteroletni przedszkolak nie potrafił samodzielnie zdjąć własnego obuwia? Albo odzienia? Hmmm?... Rączki ma sprawne, paluszki nieco mniej, ale- umówmy się- to kwestia wyćwiczenia. Nóżki też go już nieźle ponoszą, więc czemu niby widzimy go wciąż jako nieporadnego dzidziusia i - wstyd przyznać- wyręczamy?

Dziś postanowiłam więc wprowadzić kolejną rewolucję. Czas na samodzielność w takim zakresie, w jakim jest to już możliwe. Przecież nie wypada, by mamusia wciąż i wciąż stała przy syneczku, bo padnie ze zmęczenia (mamusia, rzecz jasna, nie syneczek)... ;)

Ależ było jęków, ileż stęków, że protestów i pokrzykiwań nie wspomnę... Bunt na całego, lament żałosny, że ho! ho! Po czym okazało się, że: 1. buciki zdjęte, 2. Kurteczka rozpięta i zrzucona z grzbietu, 3. czapeczka w szufladzie ;) I dalej- przed kąpielą, która kusząco parowała w wannie, szepcząc zachęcająco "czekam, czekam na ciebie..."; 4. kapcie zdjęte, 5. spodenki i rajstopki również honorowo, 5. ubranka brudne do kosza na bieliznę wrzucone....

Da się?
Ano- da się :)

Tylko pomarudzić trzeba troszeczkę... a nuż się mamusia ulituje i pozwoli ponownie wykorzystać rolę "malutkiego, biednego, niepełnosprawnego i najmłodszego a juści", syneczka..... Jak nic- ofiara losu :P

A tu: guziczek :P. Mamusia nie dała i dziecię satysfakcję z siebie ostatecznie miało ogromną :)


Także, od dziś przyświeca nam nowe motto:

Kochamy na zabój i wymagamy adekwatnie do możliwości. Gdyż te są coraz większe :)

Howk.

22 stycznia 2015

Turbodoładowanie

"Powinniśmy to byli zrobić już dawno"- pomyślałam.

"Nie. Stop! Wcale nie powinniśmy. Teraz jest dobry czas na zmiany."- zaraz się opamiętałam w myślach.

Idzie czas rewolucji rehabilitacyjnej- tak najkrócej można ująć wygibasy, które uskuteczniam nad rozpiską tygodnia'2015 i w swojej głowie. Konsultuję, wydzwaniam, umawiam, przestawiam i rozmyślam. Całe morze rozmyślań mam w sobie. Od rana do nocy.




Ignaś jest taki plastyczny. I taki wdzięczny do terapii zarazem. Potrzeba pomocy jemu jest w nas tak naturalnie wielka, że ciągle rewidujemy każdy aspekt jego rehabilitacji. Żeby nie było za mało, a jednocześnie by go nie przeciążyć. Żeby optymalnie dopasować metody, obszary, techniki, ludzi, którzy z nim pracują i miejsca, w których terapia ma się odbywać.
Wiadomo, że nadmiar wrażeń jest tak samo groźnym wrogiem, jak ich niedosyt. Wiadomo, że ciągła podróż od jednego miejsca do drugiego też kładzie się cieniem na normalnym funkcjonowaniu każdego dziecka. A nade wszystko chcemy zachować chociaż pozory normalności w życiu Iggiego i chyba nam to jakoś wychodzi, patrząc na uśmiechniętą facjatę Młodego i jego żywiołowość...

Ale pracy nad samym tylko skomponowaniem planu rehabilitacji jest ogromnie dużo. I to wszystko odbywa się zazwyczaj na tak zwaną intuicję :(...

Ok. Najpierw trzeba opanować motorykę dużą. Taki jest porządek rozwoju każdego dzieciaka. Chodzenie. Kamień milowy i miesiące żmudnych ignasiowych ćwiczeń....
Zazwyczaj pomiędzy pierwszym krokiem, a pierwszym wypowiedzianym zdaniem mija około roku w życiu przeciętnego, zdrowego dziecka. Tak mówi mi doświadczenie i obserwacje, i wiedza. Dopiero, gdy motoryka duża jest opanowana jako-tako, można myśleć o usprawnianiu pozostałych obszarów. Gdzieś po drodze warto zwrócić uwagę na sensorykę, która u Ignasia dosłownie leżała jeszcze 1,5 roku temu i przynajmniej częściowo ją "wyregulować". Bez tego kolejny krok w rozwoju będzie szedł jak po grudzie. Gdy dziecko jest już dość sprawne ruchowo, może ruszyć mowa (oczywiście w ogólnym zarysie, bez uwzględniania indywidualnych historii poszczególnych dzieci). Wygląda więc na to, że oto nadszedł czas na rozwijanie mowy. I to na poważnie :)

Od tego roku wprowadzamy w codzienność Ignasia nowe zajęcia i stare w nowym wymiarze czasowym. Zmienią się więc nie tylko proporcje, ale i jakość.

I tak, na pierwszy rzut poszedł basen.... Już nie samą rekreacją będzie Ignaś żył zatem. Dojdą mu zajęcia rehabilitacyjne na basenie, prowadzone przez dwie wykwalifikowane terapeutki. Raz w tygodniu, jeśli zdrowie dopisze :). Pierwsze odbyły się w zeszłym tygodniu i muszę przyznać, że prócz drobnych zakłóceń związanych z nowymi osobami na rehabilitacyjnym firmamencie i brakiem bezpośredniej obecności mamy (która nie oddalała się na więcej niż 10 m), przebiegły całkiem sprawnie. Mantra "mama-mama-mama" została wprawdzie zaintonowana milion dwieście razy, ale Ignaś wyglądał na prawdziwie zadowolonego.

Logopeda.
To temat dłuuugi. Od przeszło trzech lat trenowany, w różnej odsłonie i bogatej obsadzie.
Niestety, jak dotąd nie udało nam się utrzymać dłuższego związku terapeutycznego z żadną specjalistką w tej dziedzinie... Przyczyny tego różne były, a to metoda, a to podejście, a to zmieniające się plany życiowe pań terapeutek zrozumiałe dla nas, choć okraszone tęsknotą Ignasia wielką. Jakkolwiek by nie było, żadna z wcześniejszych Pań tak stanowczo i dosadnie (rzekłabym nawet) nie zaordynowała przyczyn opóźnienia mowy, jak nasza "Nowa Pani Logopedka", którą udało mi się zwerbować na sesję domową w poniedziałek. Bo dociskamy logopedycznej śruby od stycznia naszemu Pięknemu Królewiczowi, i basta! Tak postanowiłam ja - matka! I odtąd zajęć logopedycznych Młodzieniec mieć będzie cztery razy w tygodniu: dwa w przedszkolu- jak dotąd, i dwa w domu- po nowemu. A co tam! Szalejemy na całego!

Otóż- Pani Agnieszka, osoba żywiołowa i skrupulatnie (jak mi się wydaje) przygotowana do fachu, z kilkoma specjalizacjami mimo dość młodego wieku, odwiedziła nas poniedziałkowo na tak zwanej sesji konsultacyjnej (gratisowej- dodajmy). Trochę się Młodemu poprzyglądała, posłuchała mamy wywodów, zaglądnęła w papierki i orzekła osobliwe dla nas opinie, a właściwie osobliwie urzekające nas i nadzieją wiejące: U dziecka, u którego komunikacja i MOWA już są (a są, bo kilka słów Ignaś wymawia na okrągło i poza te kilka wyjść Chłopinka nie może od jakiegoś czasu niestety, jakby zblokowany czymś magicznie),  a brak jest wad aparatu mowy, tuż za rozwojem ruchowym powinien rozwój mowy nastąpić. Jeśli Jegomość raczkował (a raczkował, i to jak i ile!- rok cały)- to dobry prognostyk. Co się miało w mózgu wytworzyć, to się pewnie już wytworzyło na tę okoliczność raczkowania, więc bądźmy dobrej myśli. Więc jesteśmy:)
Po dzisiejszym spotkaniu- już odpłatnym, rzecz jasna, gdyż w naszym świecie specjalista do domu za darmo nie przychodzi, no chyba, że w odwiedziny i na towarzyskie pogawędki, jeśli takiego w rodzinie mamy bądź wśród znajomych- ale nie narzekamy, tylko się cieszymy, że nas na to stać dla naszego Synka, również dzięki Wam, Nasi Czytelnicy :)- Pani Agnieszka dodała: Przyczyną braku mowy u Ignasia jest zbyt mała plastyczność i wyćwiczenie mięśni odpowiedzialnych za mówienie! (jak wiotkość to wiotkość- dodajmy)...I od tego należy zacząć koniecznie! Od prostych ćwiczeń i to wcale nie artykulacyjnych, jeno usprawniających języczek, ćwiczeń oddechowych typu dmuchanie, syczenie, usta w dzióbek, masaże, masażyki, wydymanie policzków, oblizywanie warg, kącików ust i temu podobne sztuczki, których- powiedzmy to jasno- Ignaś albo nie potrafi, albo robi to zbyt słabo, tudzież kompensuje sobie innymi "trickami". To mogłoby tłumaczyć, dlaczego tak wielu specjalistów nie skonstruowało takich wniosków, zanim Pani Agnieszka stanęła w progach naszego domu! Bo Ignaś, owszem- je, gryzie, dmucha nawet świeczki, pije z kubeczka, z dzióbka i  z czego tam jeszcze, i nawet całuska słodkiego posyła chętnie i uroczo, ale zwykłego jęzora na brodę wywlec nie potrafi albo plunąć siarczyście tudzież oblizać się z mlaśnięciem również u niego nie uświadczysz.... No i mamy przyczynę :) I zarazem plan terapeutyczny.
Nie skomentuję tego wątku, choć mogłabym zjadliwie na przykład. Ale po co?
Cieszę się za to, że spotkaliśmy kogoś na naszej drodze, kto się podejmie tej w sumie prostej pracy z Ignacym, będzie na nas łypał groźnym okiem, sprawdzając, czy ćwiczymy  z Młodym sumiennie codziennie i kto tak szybko się połapał, w czym rzecz i problem. No i teraz już tylko brać się do roboty i czekać na efekty nam pozostanie...
Dwa razy w tygodniu. W domu naszym, na parterze. W pokoiku na szybko przerobionym na pokój ćwiczeń i zabaw dziecięcych. Od teraz :)
No. I żadne tam obrazki, puzzle, słuchowiska i dźwiękonaśladowcze zabawy. Póki język jak betka leży i się obija, nic z tego nie będzie.

Psycholog, acz w innej odsłonie.
To jutro. W końcu się doczekaliśmy (!!!!) telefonu w lokalnego oddziału rehabilitacji dziecięcej, gdzie byliśmy zapisani w kolejce do przyjęcia "na cito" do terapii, po konsultacji w początkach listopada odbytej, czyli jakieś dwa i pół miesiąca temu:)
Wiem. Wiem. Czuć tu moją złośliwość:) Ale taką malutką- uwierzcie! Bo w sumie to i tak myślę, że wszystko się dzieje zwykle "w samą porę" i wówczas, gdy to naprawdę konieczne. Widać, tego czasu potrzebowaliśmy, by dojrzeć na przykład do decyzji i jutro idziemy na pierwszą wizytę.
Jakieś pół roku temu "ubzdurałam" sobie, że możeby wprowadzić w plan zajęć Ignasiowych trening eeg-biofeedback? 
(O metodzie tej można poczytać w sieci w wielu miejscach, ja wybrałam np taki adres:
http://www.poradnia-brzeg.edu.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=147&Itemid=101
W wikipedii opisują go tak: http://pl.wikipedia.org/wiki/Biofeedback
Na najbogatszy opis natknęłam się zaś tu - ale zbyt długo nie szukałam ;)
http://www.stowarzyszenie-razem.org/zdrowie/rehabilitacja-i-sport/wszystko-o-biofeedbacku.html )

Pytanie pozostaje jedynie, czy nasz czterolatek się  zakwalifikuje i ogarnie technicznie ze sprzętem, tudzież pozwoli założyć sobie coś na główkę? Komputery to niekłamany faworyt ignasiowych zabawek, a jeśliby mógł mu w czymś pomóc dodatkowo, to już byłoby cudownie wprost i genialnie.

Metoda EEG-biofeedback (jak piszą i twierdzą specjaliści najogólniej powiedziawszy) wspomaga rozwój poznawczy dziecka, jego koncentrację, kontrolę impulsów, pamięć, a więc wszystkie te wymiary, których Ignaś wspomagania nadal potrzebuje. Rewelacji nie oczekujemy, jednak jeśli mamy możliwość spróbować metody wspomagającej rozwój i do tego bezinwazyjnej i nieszkodliwej dla dziecka, refundowanej tym bardziej, szkoda by było nie skorzystać i przepuścić taką okazję... Jednak nic na siłę, stąd oczekujcie relacji z jutrzejszej konsultacji wkrótce;)


Pozostała nam jeszcze najbardziej tajemnicza i być może kontrowersyjna terapia, o której rozmyślam już od czasu pewnego. Terapia mało rozpowszechniona, pomijana podczas konsultacji w gabinetach lekarzy rehabilitacji, a jednak pewna koincydencja zdarzeń mi o niej przypomniała niedawno.
Myślę o terapii czaszkowo- krzyżowej (Cranio- Sakralnej). Jako, że wszystko jest jeszcze w fazie stricte przygotowawczej, nie będę się rozpisywać. Muszę zdobyć więcej informacji. Muszę przetrawić, przemyśleć. Dość, że w naszej okolicy jest przynajmniej dwóch terapeutów tej metody, więc start mamy ku niej niejako ułatwiony...

Pisząc ten akapit poprzedni pomyślałam, że na łamach Ignacówki już nie raz fantazjowałam (tak, tak, na to wygląda po czasie) o różnych terapiach, które chcemy u Ignasia wprowadzić... i cisza...
Jak to może wyglądać??? Ano- dziwnie co najmniej, jak sądzę... Tak było np z dr Velem z Warszawy lub terapią aminokwasami na przykład....
To rzeczywiście może wyglądać dziwnie, ale jest zarazem bardzo trudne dla nas: zdecydować się na jakiś nowy rodzaj terapii dla Ignasia... nawet obiecującej, dającej nadzieję, ale jednak w jakimś sensie pionierskiej... Bardzo długo rozważamy w sobie, konsultujemy, poszukujemy informacji wśród specjalistów i znajomych, nierzadko wśród innych rodziców wychowujących niepełnosprawne dzieci, gdyż stawka jest zbyt duża. Stawką jest życie i zdrowie naszego dziecka! Nawet nie nasze własne- bo to byłoby chyba o niebo prostsze... Ale właśnie dziecka- zależnego od nas, maleńkiego, kruchego, z problemami, których nikt nie rozumie, nie potrafi wyjaśnić przyczyn, co jeszcze utrudnia podjęcie decyzji... Jeśli zatem jakaś metoda budzi choćby cień naszych wątpliwości, okruch wewnętrznego sprzeciwu, odrobinę lęku, to odpuszczamy, odkładamy moment jej wprowadzenia na przyszłość, choćby miał nawet nigdy nie nastąpić...
Poszukiwanie diagnoz i terapii to wyjątkowo trudne zajęcie... nie chciałabym się więc - kolokwialnie mówiąc- pośliznąć i zaszkodzić mojemu dziecku. A niestety nie ma mnie kto poprowadzić za rękę...



Tak więc: turbodoładowanie :) Wygląda na to, że będzie się działo! będzie... Dni się robią coraz dłuższe, Ignaś coraz starszy, mam więc nadzieję, że wszystko się ułoży ze sobą i skomponuje odpowiednio. Nie obędzie się pewnie bez rezygnacji z kilku dotychczasowych zajęć, ale nim o tym zdecyduję, muszę dać sobie jeszcze trochę czasu, nic pochopnie, na siłę, na żywioł i bez rozstrzygnięcia tysiąca "za" i "przeciw"....


dobranoc.

15 stycznia 2015

Zwiedzanie świata- czyli rozwiązanie zagadki ;)

Należymy do rodzin wędrownych. Zanim osiedliśmy w naszym miasteczku, kilkakrotnie zmienialiśmy lokalizację (wówczas jeszcze bezdzietni), a później duże przeprowadzki zamieniliśmy na małe podróże.
Przed pojawieniem się Ignasia nie było prawie weekendu, by nas gdzieś nie wywiało z domu, czego minusem jest fakt, że w naszych okolicach i tych, skąd pochodzimy niewiele jest miejsc turystycznie atrakcyjnych, których nie widzieliśmy. Sprawa więc nieco się komplikuje:) Nasi synowie prawdopodobnie widzieli większość dolnośląskich zabytków, choć pewnie nie potrafią ich wymienić i przemierzyli setki kilometrów na rowerach jeszcze przed ukończeniem 8 roku życia.
Obecnie zalegamy nieco w domowych pieleszach, ale to najwyraźniej naturalna kolej rzeczy- i my już nieco zmęczeni, i chłopcy chcą pobyć trochę stacjonarnie i -  o czym dziś- z Ignasiem podróżowanie i zwiedzanie nie było wcale takie łatwe. Jak to z małym dzieckiem- aż chciałoby się dodać:)

Tymczasem odnoszę wrażenie, że właśnie TO się zmienia. Czego dowodem są nasze ostatnie odwiedziny w rodzinnym mieście i wyprawa do starej, choć zupełnie nowej..... kopalni.

Tak, Moi Drodzy- już wiem, że nie przepadacie za banalnymi zagadkami:) No, chyba, że ta była za trudna ;)

Ostatnią niedzielę spędziliśmy jak za dawnych czasów- czyli tak, jak Tygrysy lubią najbardziej, tylko trochę o tym zapomniały: na zwiedzaniu. Ignacy spisał się REWELACYJNIE!  I co najważniejsze- chyba mu się to spodobało :) Cóż może być bardziej wiążącego rodzinę, niż wspólne przeżywanie emocji, fascynacji, poznawanie nowych miejsc, nowych ludzi, uczenie się od świata i siebie nawzajem? Taką mamy rodzinną pasję i dewizę: razem i radośnie. I chyba powinniśmy nabrać znów wiatru w żagle, póki jeszcze jesteśmy w piątkę, bo kto wie, kiedy Starsi pójdą swoją drogą? A Ignaś jest już na wędrowanie najwyraźniej gotów:)

Niewyobrażalnie piękne to uczucie wzruszenia, widzieć, jak jeszcze rok temu niechodzące dziecię samodzielnie maszeruje po podziemnych korytarzach, bada ich zakamarki, wszystkiego chce dotknąć, zobaczyć, choć nie wszystko jeszcze z pewnością rozumie...
Mam wrażenie, że zmienił się jego rodzaj obecności i świadomości. Jeszcze dwa lata temu, gdy zawitaliśmy do zamku w Mosznej, Ignaś niewiele z tego brał dla siebie, był jak niemowlę- jakoś mniej obecny, zamknięty w swoim dziecięcym świecie, a przecież miał już dwa latka... Zupełnie inaczej, niż teraz, gdy nawet starał się słuchać opowieści przewodnika, był skupiony na miarę swoich możliwości i nade wszystko chłonął wszystko, co widział, dotykał, przekręcał, przeżywał na swój sposób. Wielka szkoda, że nie mógł nam później opowiedzieć o swoich wrażeniach... tak po prostu...

Nie zamierzam Wam opisywać drobiazgowo całej wyprawy po Starej Kopalni, bo a nuż ktoś się skusi i zechce przeżyć to po swojemu, nadmienię jedynie, że w księdze pamiątkowej wpisaliśmy się -tadam, tadam- jako pierwsi :) Nigdy wcześniej nam się to nie zdarzyło, więc takiej gratki wręcz nie mogliśmy przepuścić ;)

Czuję, że otwiera się przed nami nowa, choć stara, przestrzeń i możliwość doświadczania świata, którą wprost uwielbiamy. Podskórnie wiem również, że to dzięki takiej formie spędzania czasu nasze dzieci- i Ignacy również- zdobywają najcenniejszą wiedzę o życiu, sobie, świecie (co później przekłada się przepięknie na ich osiągnięcia w szkole - chłopaki, wielki uścisk od mamy!- prawie bezboleśnie. To szczera prawda- ja właściwie nie wiem, kiedy oni się uczą, a wyniki obaj mają rewelacyjne!).
I bardzo się na tę zmianę cieszę, bo wakacje w zasadzie już niedaleko:)....

Zapraszam więc na krótkie odwiedziny, naszymi oczami, tego niezwykłego miejsca:
Tak, jak wspomniałam, oczekując na przewodnika, popełniliśmy pierwszy wpis w księdze pamiątkowej:) Możecie sami osobiście to sprawdzić :)

Już na samym wejściu chłopcy zwrócili uwagę na pewien drobiazg. Ja z kolei pomyślałam, że jestem pełna podziwu dla osób aranżujących to wnętrze...
Widzicie te wagoniki pod długachnym blatem?



Zejście do kopalnianych korytarzy na wszystkich robiło wrażenie, choć teraz panują tam warunki niemal sterylne i zupełnie już nie czuć tego dreszczyku emocji, trudu, pyłu, huku maszyn.... to tam zdałam sobie sprawę, jak naprawdę niewiele wiem o pracy górnika i jakie mam zerowe o niej wyobrażenie.... choć w naszej rodzinie górników swego czasu nie brakowało :)



Na powierzchni też jest co oglądać:) Tu mężczyźni stają jak wryci i oderwać wzroku nie potrafią;) Co poniektórzy zaś nawet podotykać zapragnęli :)
I pomyśleć, że wszystkie te sprzęty są w zasadzie nadal sprawne... jeno już bezużyteczne. O, przepraszam- dokonują żywota jako eksponaty muzealne...


Gdzieś mimochodem skradłam takie sentymentalne ujęcia ;)


























A pożegnał nas taki widok....
mnie urzekł, a Was?


























12 stycznia 2015

Ignaca okruchy codzienne


"Ścichł wrzask, szczęk i śpiew".... /P. Gintrowski/

;)
_________________________________________________________________________________



Co u Was słychać?....


Gdybyż to się dało wiernie opowiedzieć o naszej codzienności...

Przez 10 pierwszych sekund po usłyszeniu takiego pytania zwykle milczę jak grób, starając się odtworzyć najbardziej istotne fragmenty z ostatnich tygodni, by sklecić coś w rodzaju mozaiki dla rozmówcy, ciekawego "co u nas słychać?"...

Życie pozlepiane jest z tysiąca chwil, których nie sposób spamiętać, intensywnie się w nim zanurzając. To coś w rodzaju nieustannie dokonywanego wyboru: być i przeżywać czy robić pamiątkowe fotografie? Zawsze coś umknie. Takie jest ryzyko;)

Wrzucam więc niechronologicznie skrawki minionych dni, ufając, że i tak oddadzą one przynajmniej w części atmosferę i temperaturę naszego realu ;)

A Ignaś w tym wszystkim gdzieś wkomponowany delikatnie, trochę na uboczu, choć zawsze w centrum naszej uwagi, jest, rośnie, zmienia się i dorośleje;)

Jesteście gotowi na miszmasz?
Oto on:)

Najpierw doniesienia z Ignacowego "frontu"- a wydarzyło się sporo:)

                                   ___________________________________________

Miesiąc minie niebawem od tego pamiętnego wieczoru, gdy Ignacy, po raz już nie wiem który w swoim burzliwym, czteroletnim życiu, udowodnił nam (a w zasadzie mnie- matce jego nieufnej), że lęki są zazwyczaj nadmierne i okazują się zbędne, gdy przyjdzie odpowiedni czas i pora... A pora była wieczorna. I, zgodnie z rytuałem, nastała chwila odpowiednia, by- tuż przed wsunięciem się pod kołdrę, zamigać ów lękotwórczy gest dla matki, oznaczający "smoczek poproszę, mamo". Rytuał dokonał się więc sprawnie, ale zakłócony natychmiast został porannym wspomnieniem, gdy to matce przed oczami stanęła scena wyrzucania pogryzionego doszczętnie smoczka do łazienkowego kubła na śmieci. Gorączkowe poszukiwania w domowej apteczce nowego egzemplarza zakończyły się fiaskiem i właśnie wtedy, z pełną desperacją, a zarazem determinacją, pomyślałam stanowcze "dość!".
Człapiąc powoli na górę, składałam pospiesznie przemowę, wyjaśnienia dosadne, tylko delikatnie opakowane w postanowienie zachowania niekończącej się cierpliwości, na wypadek wybuchów złości, rozpaczy tudzież innego niezadowolenia, że smoczka nie ma i nowego nie będzie, i że taki duży chłopczyk może (a nawet powinien) już zasypiać bez niego i tak dalej i podobnie...

Jak postanowiłam, tak postąpiłam, dodając jeszcze, jako końcowy argument, wspomnienie wcześniejszego poranka (że smoczek w śmieciach, że pogryziony, i że przecież obiecywałam i uprzedzałam, że jak tego pogryzie, to już innego nie będzie), w duchu nawet nie licząc, że Ignaś zrozumie, przyjmie na klatę i z godnością rozpocznie nowy etap w życiu, co najwyżej szykując się na kilka z rzędu nieprzespanych nocy, przerywanych gwałtownym lamentem i łzami jak grochy lejącymi się po poduszkach.

Ale takiego scenariusza nie przewidziałam, poważnie!

Ignaś wysłuchał, zachlipał, otarł nosek i policzki, poprosił o bajkę lub piosenkę, przytulił główkę do podusi i ..... zasnął.
I spał spokojnie do rana, z rzadka jedynie, przez sen niechybnie, cmokając długo i przeciągle na wspomnienie smoka, ale nie zbudził się ani razu!!!
I tak kolejnej nocy i kolejnej, i następnej każdej, aż do dzisiaj!...

Cud, moi Państwo :) kolejny :) Wiem, że mikroskopijny i przecież znaczący w historii Wszechświata niewiele, a jednak :)

Odtąd, jak beton już nieskruszona prawie, ma wiara, że gdy nadchodzi odpowiedni moment na zmianę, następuje ona bezproblemowo, gładko i cicho nadspodziewanie. Bez traumy, bólu i szarpania się z dziecięciem naszym. Amen.
                             ____________________________________________________

Po tak spektakularnym rozstaniu, reszta nowości blednie już nieco w kontekście, tym niemniej nasz Młodzieniec kilka  kolejnych zmian zaliczył na swoim koncie ostatnio- rozwojowo, rzecz jasna.

Do łask wkradła się nowa faktura dla rączek, reprezentowana wymiennie przez ciastolinę tudzież materiały naturalnego pochodzenia, a ciastolinopodobne (czyli lepienie uszek przed Wigilją, wałkowanie śląskich kluseczek przed obiadem już nie jest zajęciem odstręczającym dla niego, ale nad wyraz atrakcyjnym i miłym sensorycznie). To zasługa nieskrywana naszej bezcennej Asi, która swym niezłomnym zapałem przekonała Ignasia do tego typu aktywności, przynosząc do naszego domu cały ekwipunek "ciastolinowy", znaleziony w czeluściach swego mieszkania:).
Kolejna prawda, która zastygła we mnie ponownie jak beton (czy beton zastyga, Moi Drodzy?- bo nie wiem:)) wewnętrznie brzmi: każdy, kogo Ignaś spotyka na swojej codziennej drodze, i kto chce mu ofiarować choć trochę swojej uwagi i czasu, jest pierwszorzędnym, wykwalifikowanym sercem, terapeutą Ignasia, obdarzając go nową wiedzą o świecie, ludziach i o sobie samym...Amen.

                              _____________________________________________________

By nie tworzyć wpisu na dziesięć kilometrów długiego, ograniczę się do jeszcze jednego nowum, które zaobserwowałam z radością, tym razem z obszaru motoryki Iggiego.

O tym, że mobilny, że samodzielny, że wkurza się nieziemsko, gdy staram się ograniczać jego swobody obywatelskie poprzez wzięcie na ręce dla przyspieszenia marszu tudzież karmienie publiczne, gdy przy stole towarzystwo radosne beztrosko spożywa wspólny posiłek, to już pisałam Wam zapewne i powtarzać się nie zamierzam;)

Ale o tym, że Ignacy coraz częściej balansuje na paluszkach, wspinając się uparcie, by sięgnąć wyłącznika światła, dzwonka do drzwi lub klamki, to chyba jeszcze nie wiecie? A oto moja rodzicielska intuicja, nie podparta wiedzą specjalistyczną, podpowiada mi, że to kolejny ważny etap w jego rozwoju ruchowym i sprawnościowym. Utrzymać bowiem równowagę- rzecz trudna, zwłaszcza, gdy wiotkość ma się wciąż sporą i zalicza się tysiące upadków codziennych, o sprawność swą walcząc uparcie.

By tego było mało, Ignasia śmiało można zaliczyć do dzielnych piechurów spacerowych, gdyż w samym tylko okresie świątecznym przemaszerował samodzielnie i bez asekuracji niczyjej (włączając w to rączki trzymanie), ze sześć kilometrów okolicznych, na odcinki pomniejsze podzielonych rzecz jasna, ale żaden ziąb, wiatr czy ciemność nie były w stanie go odwieść od zamiaru powędrowania w rodzinnym składzie na orzeźwiający spacer świąteczny.

Nie pamiętam już, kiedy po raz ostatni taszczyłam wózek z garażu, na wszelki wypadek oczywiście, bo Ignaś od razu czuje się urażony, gdy tylko składam mu taką propozycję nieśmiałą.
Dzieci najwyraźniej same porzucają osprzęty, które mają ułatwić życie dorosłym, a uchybiać ich samodzielności i niezależności rozwojowej, i czynią to z determinacją, która mnie zawsze onieśmiela i kłopocze totalnie.

                          ________________________________________________________

Zaś kończąc tą gawędę o Ignasia wyczynach (i tak nie opisałam Wam wszystkich, bo po co?;)), wrócę na moment do tematów medycznych, więc ważnych. Tak jak pisałam, ogarnięta euforią radosną w tym wpisie (klik, klik) , przekazałam do kolejnej interpretacji wynik rezonansu mózgu Ignasia, wykonany w dniu 24.11.2014 r., Panu profesorowi Markowi Sąsiadek. Opisywał On badanie poprzednie (z 2011 r), a następnie je reinterpretował we wrześniu 2014 r.

I oto mamy jego opinię, która mnie cieszy ogromnie, gdyż potwierdza pozytywne zmiany, jakie zaszły w budowie mózgu Ignaca, choć może mniej entuzjastycznie, za to z dużą dokładnością i znawstwem.
Euforia więc ustąpiła radości i szczęściu. Takiemu, co to na co dzień przenika chwile strudzenia, wichury i mżawkę. I jest już spokojnie, stabilnie i swojsko, bo przecież dwóch speców się mylić nie może, nieprawdaż?

Dla zainteresowanych szczegółami, wklejam opis Profesora Sąsiadka w "Otoczaki" (klik, kilk), gdyż tu inne zdjęcie planuję podrzucić za moment.

                           ________________________________________________________

Skoroście dotarli do końca tego ciut długawego wpisu, należy Wam się nagroda :)
Jednak, że w życiu nic oczywiste nie jest, a humor mi dopisuje zadziorny i krnąbrny, na koniec będzie zagadka.

Byliśmy w weekend rodzinnie i tłumnie w pewnym niesamowitym miejscu..... gdzieś, gdzie by nas nogi same nieprędko poniosły, gdyby nie Babcia nasza Iwonka droga....
Tu już jest podpowiedź ukryta, ale Znajomych naszych bliskich bardzo uprasza się o powściągliwość w udzielaniu od razu celnych odpowiedzi ;)

A że każdy koniec to zarazem początek, niech ta fotka uprzedzi to, o czym chcę Wam napisać kolejnym razem.....

Więc jak? Ktoś chętny? Przychodzi Wam na myśl odpowiedź, gdzie to, lub co to za miejsce? :)


11 stycznia 2015

Z wizytą w Urzędzie

Wcale nie jesteśmy tam rzadkimi gośćmi, bynajmniej ja z Ignasiem, stąd jego dość dobra orientacja w topografii urzędu. Największą atencją cieszy się oczywiście winda, której tym razem jednak nie wypróbowaliśmy;)

W piątek rankiem, przed przedszkolem, odwiedziliśmy Pana Burmistrza, by złożyć jemu i Panu Kubie osobiście wyrazy naszej wdzięczności.

Spotkanie było bardzo miłe i kameralne. Nie obyło się bez pamiątkowej fotografii i wymiany drobnych upominków:)

Ignacy zachowywał się godnie, z klasą, jak wyrafinowany dyplomata, oznajmiając rezolutnie po 25 minutach dorosłych ożywionej pogawędki a jego w miarę skupionej uwagi, iż czas uścisnąć sobie po raz ostatni dłonie, pomachać wzajemnie na do widzenia i pójść tam, gdzie każdego wzywają obowiązki:)

I tak oto ostatnie kuluarowe fotki wieńczą relacje z 30 Ulicznego Biegu Sylwestrowego Ignasiem w tle:)

Ależ to było wydarzenie i jakie emocje! Ech.....

Czy w Nowym, raczkującym wciąż Roku, coś będzie w stanie je "przebić"? :) zobaczymy.......


Fot. UM Trzebnica



























08 stycznia 2015

Moc 1% fikuśnie ;)

Pisałam już kilkakrotnie o tym, jak 1% podatku wspiera takie rodziny, jak nasza... o... na przykład w tym poście (klik, klik).

Tak, to prawda, rodziny zbierające na subkontach swych niepełnosprawnych członków wpłaty z tego tytułu mają za co dziękować swoim Darczyńcom. My również.

Niemniej jednak...

Pytają mnie różni ludzie nam znani, "jak udał się Bieg"?, jakie wrażenia w nas pozostawił? (dziś na przykład dwukrotnie odpowiadałam na takie pytania :)). I muszę przyznać, że odpowiedź jednowątkowa wyłącznie nie jest wcale i prosta.

Bo oto Bieg ów miał dla mnie przynajmniej dwie twarze (że się tak wyrażę), na czym się złapałam (kolokwialnie stwierdziwszy), zatrzymując się na moment przy odpowiedziach, by były prawdziwe i pełne.

Pewien nasz znajomy prędziuchno policzył, że Drużyna Ignaca stanowiła prawie 1% wszystkich uczestników Biegu Sylwestrowego (których szacowano na 1600 osób). I wówczas mnie olśniło:)

Bezsprzecznie, pieniądze, z którymi łączył się wymiar charytatywny imprezy, to suma ogromna jak dla nas, pokaźna i niebagatelna. 13 000,00 zł które ma zasilić subkonto Ignasia w Fundacji DOLFROZ z tego tytułu ugina kolana niejednej osobie. Nam również. Mamy nadzieję, że będziemy mogli je wykorzystać, jak co roku zresztą, na dalszą rehabilitację Iggiego, co daje nam 2,5 turnusu rehabilitacyjnego w tym roku. To bardzo dużo i o tym też wiecie z pewnością. Bez tego szlachetnego gestu Burmistrza naszej gminy, który przeznaczył te środki z opłat startowych dla naszego syna, Bieg miałby dla nas znaczenie wybitnie symboliczne. A to i tak wiele znaczy... Mamy więc sporą "wartość dodaną" i cieszy nas ona ogromnie! (jutro wybieramy się z oficjalnymi podziękowaniami do Włodarza naszego miasteczka).

Ale ten "cud jednego procenta" to dla mnie wartość emocjonalna nie-do-przecenienia!
Tych 17 ludzi, którzy migali mi przed oczami, w koszulkach Drużyny Ignaca.....
............ trudno to nawet wyjaśnić skwapliwie.
Myślę, że każdy, kto doświadczył takiej formy wsparcia w swojej wędrówce od Świata i Ludzi, potrafi zrozumieć znaczenie tego gestu.
Bo w jakimś sensie poczuliśmy, że nie jesteśmy sami... że jest Ktoś, kto stoi obok (ups, biegnie), daje nam swoją energię, wkłada spory (żeby nie powiedzieć nawet ogromny) wysiłek, pochyla się choć na moment nad Młodym i życzy mu dobrze.
Wiem, że takich osób na co dzień jest wśród Was bardzo wiele. Przecież czytacie te słowa, zaglądacie tu regularnie i mam nadzieję- chętnie, i w pewnym sensie odczuwam też Waszą obecność przy nas.
Niemniej takie akcje, jak Bieg i jego 1% uczestników w postaci Drużyny Ignasia, rokroczne akcje zbierania 1% podatku, miły gest w postaci komentarza, maila czy chęci przekazania np. zbędnych już leków (klik, klik dla przypomnienia) tudzież coroczna pomoc przy tworzeniu Ignasiowych ulotek (Marcin, Ty wiesz, że to do Ciebie; "dziękuję"!!!!) utrwalają w nas to bezcenne poczucie, że "cokolwiek, gdziekolwiek i kiedykolwiek", to przecież jesteśmy częścią większej Całości i wir Wszechświata tak szybko nas nie wymiecie z jego Przestrzeni:)

Dziękujemy za tą Moc!
1% znaczy ogromnie dużo:)
Czyż nie?

04 stycznia 2015

Wyjątkowa Drużyna

Taka cisza. Ignaś śpi. Chłopcy zaszyci w swoich pokojach. Dorośli rozpierzchli się po domu w poszukiwaniu wyciszenia. Jest tak inaczej niż dwa dni temu...

To będzie długi wpis.
Bo musi taki być.
Zaczynam...

***

Niby zwyczajny, a nietypowy dzień. Od rana towarzyszyła nam ekscytacja. Przed dom przewinęło się 26 osób w ciągu dosłownie 10 godzin. Był szał. Było radośnie. Był stres. Było zadowolenie i satysfakcja. Było tłoczno i głośno. A nade wszystko - szczególnie.

***
Oczywiście, że przeżywamy dużo intensywniej to, co jakoś angażuje nas osobiście. Przez 12 lat obserwowaliśmy z okien naszego mieszkania zmagania biegaczy w sylwestrowy poranek. Nigdy jednak tak entuzjastycznie i żarliwie, jak tym razem.

Chciałam Wam dziś opowiedzieć nie tyle o biegu - bo cóż mogę ja- niebiegająca osoba, na ten temat wiedzieć? - co o Ludziach, którzy stworzyli Drużynę Ignaca. Bez nich ten dzień nie byłby tak wyjątkowo poruszający. Nasza wdzięczność zaczyna się od nich.

***


Jeszcze o 9:15 była ich garstka.
Ewa i Carsten, którzy odwiedzili nas poświątecznie, tak, jak odwiedza się najbliższą rodzinę. Przyjechali jednak z Celem jakże innym, niż zwykłe rodzinne spotkanie. Przyjechali, by POBIEC dla Ignasia.
9:30 - dzwonek do drzwi, w których staje Marek- przyjaciel z dawnych lat, ze swoją 5-osobową rodziną. Wspólne spędzenie sylwestrowej nocy było drugorzędne wobec planu, by POBIEC dla Ignasia.
Przed wyjściem z domu nie było wśród nas nikogo, komu nie trzęsłyby się dłonie, dopinające numery startowe do koszulek Drużyny Ignaca :)




























Na chwilę przed startem dobiegam z Ignasiem przed miejscową halę ZAPO.  W promieniu 1 km dosłownie nie ma gdzie zaparkować, a czas ucieka niczym rwący górski potok na wiosnę. Musimy zdążyć. To nic, że Ignaś tempo ma spacerowe i waży ze 14 kilo. Dźwigam go raźno na rękach, inaczej się spóźnimy. Czymże będą moje zakwasy w łokciach w obliczu tych, którzy pokonają dziś 10 km po wymagającej trasie...

Zdążyliśmy. Przed wejściem do hali kłębią się tłumy zawodników. Jest barwnie, głośno i energetyzująco. Rozumiem, co znaczy fala adrenaliny przy starcie (przynajmniej tak mi się wydaje).
W tłumie rozgrzewających się biegaczy dostrzegam Kamilę i Przemka. Ostatnio widzieliśmy się rok temu. A oni przyjechali! Chcą POBIEC dla Ignasia!

Na zdjęciu po lewej stoi (obok Kamili) zupełnie mi nie znany mężczyzna. To Krzysztof, znajomy  męża z pracy. Sam zaproponował dwa tygodnie wcześniej, że chce POBIEC dla Ignasia! tak po prostu, zwyczajnie.
Dla mnie niezwyczajnie....

Spotykam też Marcina, Martę, Piotra. Wszyscy w koszulkach z nadrukowanym zdjęciem naszego syna. Prawie dostaję oczopląsu i trudno mi opanować wzruszenie. Wiem, że biegają dla siebie, od dawna. Ale dziś wszyscy oni będą BIEC dla Ignasia!...

***

Kierujemy się na miejsce startu, starając się nie zgubić w tłumie. Zewsząd głosy, nawoływania, śmiechy. Jest za 4 minuty dwunasta. Podejmuję ryzykowną decyzję o przedarciu się  z Ignasiem w ramionach w poprzek tej rzeki ludzi, przytupujących miarowo przed startem, by wejść na balkon, z którego obejmiemy wzrokiem początek i koniec kolumny 1600 biegaczy. Nagle, pośrodku tłumu i ulicy mój wzrok zatrzymuje się na sylwetce Ignasia nadrukowanej na drużynowej koszulce. Nie znam tego człowieka. Nieśmiało więc dotykam jego ramienia i witam się wzruszona, mówiąc, że to właśnie mój synek :) Obok dostrzegam Pawła, znajomego z Bogatyni, który przyjechał na bieg ze swoją grupą i BIEGNIE dla Ignasia! 
Witamy się pospiesznie. Szeptam mu w ucho "dziękuję" i uciekam, by nie zostać w miejscu, w którym nie powinnam się znaleźć, gdy wystrzeli pistolet, oznajmiający start.

Jeszcze słowa powitania od organizatorów biegu i Burmistrza miasta, który wspomina o Ignasiu (albo tak mi się w emocjach wydaje) i głucho pada startowy strzał.

Ruszają...powoli... Ci z końca kolumny dosłownie idą niespiesznie, dopóki zbity ciasno tłum nie rozciągnie się na tyle, by móc zacząć powoli truchtać, a potem biec przez kolejne 10 km.

1600 osób.
To naprawdę robi wrażenie. Uwierzcie.
Nawet jeśli każdy z nich choć przez sekundę pomyśli o Iggim... A nawet jeśli nie... I tak było warto to przeżyć...

***


Zupełnie nie mam pojęcia, jak się kibicuje na takim biegu. Ale to bez znaczenia. Ledwo schodzimy na trasę, nadbiegają pierwsi zawodnicy. Nie mogę uwierzyć, że można tak szybko biec!
Wyławiam z ledwością znane mi twarze, czasem wypatruję po prostu koszulek, bo ludzie biegną w czapkach, tłum jest wielobarwny, nie potrafię niektórych rozpoznać.
Krzyczę poszczególne imiona.
Brawo, Ewa i Carsten!
Brawo Marcin!
Brawo Kamila i Przemek! 
Brawo Piotr!
Brawo Marta!
Brawo Paweł!
Super Marek!

A oni machają nam, trochę zaskoczeni i zdezorientowani, radośnie i ani na moment nie zwalniają :)

Niestety, nie dostrzegłam wszystkich zawodników, a przecież biegła też Kasia i Rafał. Na szczęście z nimi spotykamy się na mecie.

Tymczasem dłuuuuuugo nie widać Taty. Zaczynam się niepokoić. Trasa jest naprawdę trudna i samo przejście jej byłoby wyczynem. Ale jest! Biegnie! Dostojnie. Samotnie. Swoim tempem. Wyścigując się nie z czasem czy z innymi ludźmi, tylko z samym sobą. I jest dla mnie największym wygranym w tym biegu!











Najbardziej żałuję, że przegapiłam chwile, gdy przekraczali metę :(
Poszłam ze zmarzniętym już Ignasiem kupić dzieciom pączki na osłodę trudów kibicowania.
Czteroletnia Tosia, Ignaś i sześcioletnia Matylda, której rodzice BIEGLI dla Ignasia wykazały się nie mniejszą determinacją i odwagą, stojąc ponad godzinę w grudniowej aurze, w tłumie obcych ludzi, nie do końca zapewne rozumiejąc, dlaczego tu jesteśmy i przeciskamy się przez mur ludzi, by cokolwiek dostrzec... im też należy się podziw i brawa. Nie mniejsze niż zawodnikom.

Zobaczcie, z jaką gracją wbiegali na metę!
Po 10 km i czterech wyczerpujących podbiegach!

Mężczyzna ze środkowej fotografii to Jacek. Widziałam go pierwszy raz w życiu! Założył koszulkę drużyny, by POBIEC dla Ignasia! 
To on dotarł do mety jako pierwszy spośród załogi Drużyny Ignaca. Z czasem 32 minut i 44 sekund!!!! jako dziewiąty spośród 1600 startujących zawodników!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Niebywałe! I dla mnie zwyczajnie niewyobrażalne.......






























A potem było zamieszanie i dezorientacja. Tłum nas ponosił i zbliżał. Wszyscy pytali, czy Tata już przybiegł. Czekaliśmy. Przed oczami przesuwali mi się kolejni zawodnicy Drużyny Ignasia, o których nie miałam bladego pojęcia, np. Jarek i ci, których nie widziałam przed startem (Kasia, Rafał). Było ich tak wielu! Dla mnie.

Zanim zorganizowałam wspólne pamiątkowe zdjęcie, Tata udzielił krótkiego wywiadu z Ignasiem w ramionach. Doczekaliśmy się. Przybiegł. Był z nami. Szczęśliwy. I dumny.
Potem nastąpiło uroczyste wręczenie pamiątkowego czeku przez Pana Burmistrza i dla nas bieg oficjalnie się zakończył.
Niezwykłe to było przeżycie - stać wśród tych wspaniałych ludzi, naszych Znajomych i Nieznajomych na scenie i czuć ogromną życzliwość, która otuliła naszego małego syna. 
Takich chwil się nie zapomina.
Nimi się żyje. 
Oddycha, gdy czasem brakuje tchu.

***

Z wielką przyjemnością, satysfakcją, radością i podziwem przedstawiam Wam 

DRUŻYNĘ IGNACA:

To oni sprawili, że ten dzień był niezapomniany i tak szczególnie ważny dla mnie, dla nas, dla naszej rodziny...


























od lewej w górnym rzędzie stoją:
Kasia Augustynowicz, Kamila Korczowska- Woźniak, Marta Szurkawska- Deutschman, Piotr Deutschman, Przemek Woźniak, Marek Niemiec, Krzysztof Baran (niestety trochę zasłonięty), Jacek Sobas, Marcin Gemza...
w rzędzie poniżej, trzymający czek, Pan Marek Długozima - Burmistrz Gminy Trzebnica, dzięki któremu ten bieg odbył się jako charytatywny dla Ignasia, ja i Ignaś, Tata Bartomiej, Ewa Ritter, Rafał Augustynowicz, Carsten Ritter.

Ale to nie wszyscy, którzy BIEGLI dla Ignasia!

W Drużynie Ignasia startowali także, ale niestety nie odnaleźli się do wspólnej fotografii:

Jarek Janeczek, Paweł Szczotka, Marcin Bielawa i Eugeniusz Wołoskowski.

DZIĘKUJEMY!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Wam wszystkim!!!!!!!!!!!!
I każdemu z osobna!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

***
Szczególne podziękowania za wsparcie na etapie organizacji i promocji Biegu dla Ignasia, należą się również niezastąpionemu Jakubowi Szurkawskiemu, który wprawdzie z bieganiem ponoć ma tyle wspólnego, co ja, ale okazał się dla nas bardzo życzliwym  i profesjonalnym partnerem we wszystkich niemal działaniach "okołobiegowych". Od niego rozpoczęły się rozmowy na temat charytatywnego wymiaru całej imprezy. Dziękujemy Ci, Kubo!!!


***

A po biegu....



























PS. Fotografie wykorzystane w poście są w większości autorstwa Rafała Augustynowicza. Zdjęcie Jacka Sobasa z mety pochodzi z profilu fb Piotra Ślęzaka Życie to bieganie.  Pozostałe zdjęcia wbiegających na metę zawodników pochodzą z profilu fb miasta Trzebnica (autor: K. Koćma). Materiały wykorzystałam za zgodą ich autorów.



PS. Łącznie Drużyna Ignaca liczyła 17 osób.
17 x :*

01 stycznia 2015

A po biegu....

Taka noc zdarza się raz w roku i raz w (dotychczasowym) życiu- zwłaszcza, gdy ma się tylko 4 lata.

Szczęście w oczach, entuzjazm w sercu, ciało w tańcu...

Zanim opowiem Wam, jak było na Biegu Sylwestrowym, chcę Wam przypomnieć, że wciąż istniejemy :P
A jest po temu taka drobna okazja, jak Sylwester właśnie.
Jako echo dopołudniowych emocji, świętowaliśmy w domu ten symboliczny moment przejścia z jednego w drugie.W zacnym i zarazem skromnym (bo cząstkowym) gronie Drużyny Ignasia.
Bieg, a właściwie jego wspomnienia, przetaczały się gromko, nie sposób się było od nich uwolnić ani na moment. Jedynie dzieci beztrosko i wdzięcznie hulały do woli, urzekając nas swoim widokiem.

O tym, jak piękny był to widok, zaraz przekonacie się sami, z poniższych zdjęć. Jednak wpierw słowo wstępu dla wytrwałych: nie ma właściwych słów wzruszenia opisujących wiernie jak czuje się matka drobnego chłopca, ledwo stojącego na nóżkach, który niesiony wewnętrznym poczuciem rytmu i miłością do muzyki prowadzi małą partnerkę do tańca. A ona, jak to kobieta, jest szczęśliwa i nie odrzuca okazywanych sobie względów. Wiecie, jakich lęków było to ukojenie, prawda? :)

Ignaś w tańcu.... Z przesłodką Tosią, z którą stawiał pierwsze kroki w świecie dziewczynek rok temu (po  lewej) i z rozważną Matyldą- bezcenną kuzynką, której cierpliwość pozwala przełamać każdy lęk i niezgrabność ciała (po prawej).

Jeśli zaś chodzi o relację z tego cudownego, niebywałego dla nas i niecodziennego- powiedzmy to wprost- wydarzenia, jakim był 30 Jubileuszowy Uliczny Bieg Sylwestrowy 2014, poświęcony Ignacowi, ze wspaniałą Drużyną Ignaca, składającą się z niezwykłych w naszym odczuciu Ludzi, muszę sama się uzbroić i Was o to poprosić, w cierpliwość. Czekam na zgodę od wszystkich jej Członków na opublikowanie zdjęć i ich personaliów na blogu, a rzecz to- z racji liczebności ekipy- nie łatwa wcale.
Także czekam, kołyszę w sobie wspomnienia i wzruszenie studzę, by już niebawem oddać Wam choć w części to, co otrzymaliśmy tamtego dnia od Świata.
Dobranoc moi Drodzy. Odpoczywajcie.

Na dobranoc wrzucam jeszcze taką radosną chwilę z naszego dzisiejszego poranka: