hmm..., hm..... biofeedback...

Co tu napisać? Żeby było rzetelnie, uczciwie i niekrzywdząco nikogo?

No, to poszliśmy pełni oczekiwań i emocji na spotkanie z Panem Psychologiem w piątek ubiegły....
Biofeedback nas kusił, mamił, plan w głowie domagał się realizacji...

Ale chyba nasz entuzjazm nikomu się nie udzielił ;) Wizyta była raczej... hm.... trudna..

Wygląda na to, że ta metoda nie dla Ignaca i nie na teraz... A po krótkim przyjrzeniu się sprawie, być może nawet nie "koniecznie potrzebna"?...

Moje wrażenia wstępne co do metody są raczej rozczarowujące... Wydaje mi się, tak po ludzku, mało atrakcyjna dla dzieci- przynajmniej w tej odsłonie, której doświadczyliśmy......
I nawet nie poszło o klipsiki zapinane na uszkach i na główce, bo z tą biżuterią Ignaś jakoś dałby się oswoić... (po pierwszej próbie zdjęcia ich z siebie, i mojej interwencji zachęcającej do pozostania w tych "ozdobach", siedział spokojnie z kabelkami za pan brat)...
Praca pacjenta polega- najogólniej oczywiście rzecz ujmując- na śledzeniu "gry" wyświetlanej na monitorze w całkowitym skupieniu i przy maksymalnej koncentracji uwagi, nieruchomo siedząc (co już jest wyczynem dla Ignasia, ale muszę przyznać, że poradził sobie wyśmienicie z tym wyzwaniem)- wówczas naliczane są punkty i gra toczy się płynnie. Gdy tylko pacjent się zdekoncentruje, rozproszy- gra zwalnia, zamiera, a punkty nie są naliczane... Cóż. Sądzę, że trzeba się wykazać ogromną dojrzałością i motywacją, by skutecznie przejść tego rodzaju trening uwagi i skupienia, zwłaszcza, że punkty mogą okazać się zupełnie nieatrakcyjne dla małego dziecka:) Zwłaszcza takiego jak Ignaś....
Inną wersją treningu- i tu widzę jakieś światełko w tunelu- jest projekcja filmiku, bajki odpowiedniej do wieku pacjenta, który- gdy skupienie i koncentracja są na odpowiednim poziomie- są wyświetlane bez zakłóceń. Gdy jednak tylko pacjent przekieruje uwagę na coś innego, monitor zaczyna śnieżyć, obraz zanika, a u dołu ekranu pojawiają się postacie ludzików, zasłaniających obraz. To mogłoby się sprawdzić w przypadku Ignasia, gdyby film był dla niego atrakcyjny (na szczęście mamy kilka takich pozycji, które go absorbują i wywołują w nim entuzjazm, Pan Psycholog jednak nimi nie dysponował).

No i kluczowym słowem w tym wpisie jest właśnie "entuzjazm"...

Po raz pierwszy miałam smutne wrażenie, że tej komponenty zabrakło w naszym spotkaniu... bynajmniej nie z naszej strony....

Jakoś tak dziwnie nieprzyjemnie jest zmierzyć się z niewypowiedzianym przekonaniem, że "nasze dziecko niekoniecznie się nadaje na tego rodzaju terapię".... Kiedyś już to przerabialiśmy.... w kwestiach mowy i rozumienia....

Zatem nie wiem, co z tego wyjdzie? Czy starczy mi samozaparcia, by pójść tam jeszcze raz i podejmować się testu "nada się, nie nada?". Udowadniać komuś, że Ignacy ma potencjał, potrafi sporo zrealizować, potrzeba mu tylko życzliwego i zaangażowanego podejścia?....

Czy to moje matczyne imaginacje? życzeniowość? i niepoprawne zaprzeczanie smutnej rzeczywistości?.....


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.