12 stycznia 2015

Ignaca okruchy codzienne


"Ścichł wrzask, szczęk i śpiew".... /P. Gintrowski/

;)
_________________________________________________________________________________



Co u Was słychać?....


Gdybyż to się dało wiernie opowiedzieć o naszej codzienności...

Przez 10 pierwszych sekund po usłyszeniu takiego pytania zwykle milczę jak grób, starając się odtworzyć najbardziej istotne fragmenty z ostatnich tygodni, by sklecić coś w rodzaju mozaiki dla rozmówcy, ciekawego "co u nas słychać?"...

Życie pozlepiane jest z tysiąca chwil, których nie sposób spamiętać, intensywnie się w nim zanurzając. To coś w rodzaju nieustannie dokonywanego wyboru: być i przeżywać czy robić pamiątkowe fotografie? Zawsze coś umknie. Takie jest ryzyko;)

Wrzucam więc niechronologicznie skrawki minionych dni, ufając, że i tak oddadzą one przynajmniej w części atmosferę i temperaturę naszego realu ;)

A Ignaś w tym wszystkim gdzieś wkomponowany delikatnie, trochę na uboczu, choć zawsze w centrum naszej uwagi, jest, rośnie, zmienia się i dorośleje;)

Jesteście gotowi na miszmasz?
Oto on:)

Najpierw doniesienia z Ignacowego "frontu"- a wydarzyło się sporo:)

                                   ___________________________________________

Miesiąc minie niebawem od tego pamiętnego wieczoru, gdy Ignacy, po raz już nie wiem który w swoim burzliwym, czteroletnim życiu, udowodnił nam (a w zasadzie mnie- matce jego nieufnej), że lęki są zazwyczaj nadmierne i okazują się zbędne, gdy przyjdzie odpowiedni czas i pora... A pora była wieczorna. I, zgodnie z rytuałem, nastała chwila odpowiednia, by- tuż przed wsunięciem się pod kołdrę, zamigać ów lękotwórczy gest dla matki, oznaczający "smoczek poproszę, mamo". Rytuał dokonał się więc sprawnie, ale zakłócony natychmiast został porannym wspomnieniem, gdy to matce przed oczami stanęła scena wyrzucania pogryzionego doszczętnie smoczka do łazienkowego kubła na śmieci. Gorączkowe poszukiwania w domowej apteczce nowego egzemplarza zakończyły się fiaskiem i właśnie wtedy, z pełną desperacją, a zarazem determinacją, pomyślałam stanowcze "dość!".
Człapiąc powoli na górę, składałam pospiesznie przemowę, wyjaśnienia dosadne, tylko delikatnie opakowane w postanowienie zachowania niekończącej się cierpliwości, na wypadek wybuchów złości, rozpaczy tudzież innego niezadowolenia, że smoczka nie ma i nowego nie będzie, i że taki duży chłopczyk może (a nawet powinien) już zasypiać bez niego i tak dalej i podobnie...

Jak postanowiłam, tak postąpiłam, dodając jeszcze, jako końcowy argument, wspomnienie wcześniejszego poranka (że smoczek w śmieciach, że pogryziony, i że przecież obiecywałam i uprzedzałam, że jak tego pogryzie, to już innego nie będzie), w duchu nawet nie licząc, że Ignaś zrozumie, przyjmie na klatę i z godnością rozpocznie nowy etap w życiu, co najwyżej szykując się na kilka z rzędu nieprzespanych nocy, przerywanych gwałtownym lamentem i łzami jak grochy lejącymi się po poduszkach.

Ale takiego scenariusza nie przewidziałam, poważnie!

Ignaś wysłuchał, zachlipał, otarł nosek i policzki, poprosił o bajkę lub piosenkę, przytulił główkę do podusi i ..... zasnął.
I spał spokojnie do rana, z rzadka jedynie, przez sen niechybnie, cmokając długo i przeciągle na wspomnienie smoka, ale nie zbudził się ani razu!!!
I tak kolejnej nocy i kolejnej, i następnej każdej, aż do dzisiaj!...

Cud, moi Państwo :) kolejny :) Wiem, że mikroskopijny i przecież znaczący w historii Wszechświata niewiele, a jednak :)

Odtąd, jak beton już nieskruszona prawie, ma wiara, że gdy nadchodzi odpowiedni moment na zmianę, następuje ona bezproblemowo, gładko i cicho nadspodziewanie. Bez traumy, bólu i szarpania się z dziecięciem naszym. Amen.
                             ____________________________________________________

Po tak spektakularnym rozstaniu, reszta nowości blednie już nieco w kontekście, tym niemniej nasz Młodzieniec kilka  kolejnych zmian zaliczył na swoim koncie ostatnio- rozwojowo, rzecz jasna.

Do łask wkradła się nowa faktura dla rączek, reprezentowana wymiennie przez ciastolinę tudzież materiały naturalnego pochodzenia, a ciastolinopodobne (czyli lepienie uszek przed Wigilją, wałkowanie śląskich kluseczek przed obiadem już nie jest zajęciem odstręczającym dla niego, ale nad wyraz atrakcyjnym i miłym sensorycznie). To zasługa nieskrywana naszej bezcennej Asi, która swym niezłomnym zapałem przekonała Ignasia do tego typu aktywności, przynosząc do naszego domu cały ekwipunek "ciastolinowy", znaleziony w czeluściach swego mieszkania:).
Kolejna prawda, która zastygła we mnie ponownie jak beton (czy beton zastyga, Moi Drodzy?- bo nie wiem:)) wewnętrznie brzmi: każdy, kogo Ignaś spotyka na swojej codziennej drodze, i kto chce mu ofiarować choć trochę swojej uwagi i czasu, jest pierwszorzędnym, wykwalifikowanym sercem, terapeutą Ignasia, obdarzając go nową wiedzą o świecie, ludziach i o sobie samym...Amen.

                              _____________________________________________________

By nie tworzyć wpisu na dziesięć kilometrów długiego, ograniczę się do jeszcze jednego nowum, które zaobserwowałam z radością, tym razem z obszaru motoryki Iggiego.

O tym, że mobilny, że samodzielny, że wkurza się nieziemsko, gdy staram się ograniczać jego swobody obywatelskie poprzez wzięcie na ręce dla przyspieszenia marszu tudzież karmienie publiczne, gdy przy stole towarzystwo radosne beztrosko spożywa wspólny posiłek, to już pisałam Wam zapewne i powtarzać się nie zamierzam;)

Ale o tym, że Ignacy coraz częściej balansuje na paluszkach, wspinając się uparcie, by sięgnąć wyłącznika światła, dzwonka do drzwi lub klamki, to chyba jeszcze nie wiecie? A oto moja rodzicielska intuicja, nie podparta wiedzą specjalistyczną, podpowiada mi, że to kolejny ważny etap w jego rozwoju ruchowym i sprawnościowym. Utrzymać bowiem równowagę- rzecz trudna, zwłaszcza, gdy wiotkość ma się wciąż sporą i zalicza się tysiące upadków codziennych, o sprawność swą walcząc uparcie.

By tego było mało, Ignasia śmiało można zaliczyć do dzielnych piechurów spacerowych, gdyż w samym tylko okresie świątecznym przemaszerował samodzielnie i bez asekuracji niczyjej (włączając w to rączki trzymanie), ze sześć kilometrów okolicznych, na odcinki pomniejsze podzielonych rzecz jasna, ale żaden ziąb, wiatr czy ciemność nie były w stanie go odwieść od zamiaru powędrowania w rodzinnym składzie na orzeźwiający spacer świąteczny.

Nie pamiętam już, kiedy po raz ostatni taszczyłam wózek z garażu, na wszelki wypadek oczywiście, bo Ignaś od razu czuje się urażony, gdy tylko składam mu taką propozycję nieśmiałą.
Dzieci najwyraźniej same porzucają osprzęty, które mają ułatwić życie dorosłym, a uchybiać ich samodzielności i niezależności rozwojowej, i czynią to z determinacją, która mnie zawsze onieśmiela i kłopocze totalnie.

                          ________________________________________________________

Zaś kończąc tą gawędę o Ignasia wyczynach (i tak nie opisałam Wam wszystkich, bo po co?;)), wrócę na moment do tematów medycznych, więc ważnych. Tak jak pisałam, ogarnięta euforią radosną w tym wpisie (klik, klik) , przekazałam do kolejnej interpretacji wynik rezonansu mózgu Ignasia, wykonany w dniu 24.11.2014 r., Panu profesorowi Markowi Sąsiadek. Opisywał On badanie poprzednie (z 2011 r), a następnie je reinterpretował we wrześniu 2014 r.

I oto mamy jego opinię, która mnie cieszy ogromnie, gdyż potwierdza pozytywne zmiany, jakie zaszły w budowie mózgu Ignaca, choć może mniej entuzjastycznie, za to z dużą dokładnością i znawstwem.
Euforia więc ustąpiła radości i szczęściu. Takiemu, co to na co dzień przenika chwile strudzenia, wichury i mżawkę. I jest już spokojnie, stabilnie i swojsko, bo przecież dwóch speców się mylić nie może, nieprawdaż?

Dla zainteresowanych szczegółami, wklejam opis Profesora Sąsiadka w "Otoczaki" (klik, kilk), gdyż tu inne zdjęcie planuję podrzucić za moment.

                           ________________________________________________________

Skoroście dotarli do końca tego ciut długawego wpisu, należy Wam się nagroda :)
Jednak, że w życiu nic oczywiste nie jest, a humor mi dopisuje zadziorny i krnąbrny, na koniec będzie zagadka.

Byliśmy w weekend rodzinnie i tłumnie w pewnym niesamowitym miejscu..... gdzieś, gdzie by nas nogi same nieprędko poniosły, gdyby nie Babcia nasza Iwonka droga....
Tu już jest podpowiedź ukryta, ale Znajomych naszych bliskich bardzo uprasza się o powściągliwość w udzielaniu od razu celnych odpowiedzi ;)

A że każdy koniec to zarazem początek, niech ta fotka uprzedzi to, o czym chcę Wam napisać kolejnym razem.....

Więc jak? Ktoś chętny? Przychodzi Wam na myśl odpowiedź, gdzie to, lub co to za miejsce? :)


1 komentarz:

  1. Jakiś podziemny korytarz, ale dużo jest takich, więc nawet nie ryzykuję strzelania.
    Może Książ?

    OdpowiedzUsuń