Turbodoładowanie

"Powinniśmy to byli zrobić już dawno"- pomyślałam.

"Nie. Stop! Wcale nie powinniśmy. Teraz jest dobry czas na zmiany."- zaraz się opamiętałam w myślach.

Idzie czas rewolucji rehabilitacyjnej- tak najkrócej można ująć wygibasy, które uskuteczniam nad rozpiską tygodnia'2015 i w swojej głowie. Konsultuję, wydzwaniam, umawiam, przestawiam i rozmyślam. Całe morze rozmyślań mam w sobie. Od rana do nocy.




Ignaś jest taki plastyczny. I taki wdzięczny do terapii zarazem. Potrzeba pomocy jemu jest w nas tak naturalnie wielka, że ciągle rewidujemy każdy aspekt jego rehabilitacji. Żeby nie było za mało, a jednocześnie by go nie przeciążyć. Żeby optymalnie dopasować metody, obszary, techniki, ludzi, którzy z nim pracują i miejsca, w których terapia ma się odbywać.
Wiadomo, że nadmiar wrażeń jest tak samo groźnym wrogiem, jak ich niedosyt. Wiadomo, że ciągła podróż od jednego miejsca do drugiego też kładzie się cieniem na normalnym funkcjonowaniu każdego dziecka. A nade wszystko chcemy zachować chociaż pozory normalności w życiu Iggiego i chyba nam to jakoś wychodzi, patrząc na uśmiechniętą facjatę Młodego i jego żywiołowość...

Ale pracy nad samym tylko skomponowaniem planu rehabilitacji jest ogromnie dużo. I to wszystko odbywa się zazwyczaj na tak zwaną intuicję :(...

Ok. Najpierw trzeba opanować motorykę dużą. Taki jest porządek rozwoju każdego dzieciaka. Chodzenie. Kamień milowy i miesiące żmudnych ignasiowych ćwiczeń....
Zazwyczaj pomiędzy pierwszym krokiem, a pierwszym wypowiedzianym zdaniem mija około roku w życiu przeciętnego, zdrowego dziecka. Tak mówi mi doświadczenie i obserwacje, i wiedza. Dopiero, gdy motoryka duża jest opanowana jako-tako, można myśleć o usprawnianiu pozostałych obszarów. Gdzieś po drodze warto zwrócić uwagę na sensorykę, która u Ignasia dosłownie leżała jeszcze 1,5 roku temu i przynajmniej częściowo ją "wyregulować". Bez tego kolejny krok w rozwoju będzie szedł jak po grudzie. Gdy dziecko jest już dość sprawne ruchowo, może ruszyć mowa (oczywiście w ogólnym zarysie, bez uwzględniania indywidualnych historii poszczególnych dzieci). Wygląda więc na to, że oto nadszedł czas na rozwijanie mowy. I to na poważnie :)

Od tego roku wprowadzamy w codzienność Ignasia nowe zajęcia i stare w nowym wymiarze czasowym. Zmienią się więc nie tylko proporcje, ale i jakość.

I tak, na pierwszy rzut poszedł basen.... Już nie samą rekreacją będzie Ignaś żył zatem. Dojdą mu zajęcia rehabilitacyjne na basenie, prowadzone przez dwie wykwalifikowane terapeutki. Raz w tygodniu, jeśli zdrowie dopisze :). Pierwsze odbyły się w zeszłym tygodniu i muszę przyznać, że prócz drobnych zakłóceń związanych z nowymi osobami na rehabilitacyjnym firmamencie i brakiem bezpośredniej obecności mamy (która nie oddalała się na więcej niż 10 m), przebiegły całkiem sprawnie. Mantra "mama-mama-mama" została wprawdzie zaintonowana milion dwieście razy, ale Ignaś wyglądał na prawdziwie zadowolonego.

Logopeda.
To temat dłuuugi. Od przeszło trzech lat trenowany, w różnej odsłonie i bogatej obsadzie.
Niestety, jak dotąd nie udało nam się utrzymać dłuższego związku terapeutycznego z żadną specjalistką w tej dziedzinie... Przyczyny tego różne były, a to metoda, a to podejście, a to zmieniające się plany życiowe pań terapeutek zrozumiałe dla nas, choć okraszone tęsknotą Ignasia wielką. Jakkolwiek by nie było, żadna z wcześniejszych Pań tak stanowczo i dosadnie (rzekłabym nawet) nie zaordynowała przyczyn opóźnienia mowy, jak nasza "Nowa Pani Logopedka", którą udało mi się zwerbować na sesję domową w poniedziałek. Bo dociskamy logopedycznej śruby od stycznia naszemu Pięknemu Królewiczowi, i basta! Tak postanowiłam ja - matka! I odtąd zajęć logopedycznych Młodzieniec mieć będzie cztery razy w tygodniu: dwa w przedszkolu- jak dotąd, i dwa w domu- po nowemu. A co tam! Szalejemy na całego!

Otóż- Pani Agnieszka, osoba żywiołowa i skrupulatnie (jak mi się wydaje) przygotowana do fachu, z kilkoma specjalizacjami mimo dość młodego wieku, odwiedziła nas poniedziałkowo na tak zwanej sesji konsultacyjnej (gratisowej- dodajmy). Trochę się Młodemu poprzyglądała, posłuchała mamy wywodów, zaglądnęła w papierki i orzekła osobliwe dla nas opinie, a właściwie osobliwie urzekające nas i nadzieją wiejące: U dziecka, u którego komunikacja i MOWA już są (a są, bo kilka słów Ignaś wymawia na okrągło i poza te kilka wyjść Chłopinka nie może od jakiegoś czasu niestety, jakby zblokowany czymś magicznie),  a brak jest wad aparatu mowy, tuż za rozwojem ruchowym powinien rozwój mowy nastąpić. Jeśli Jegomość raczkował (a raczkował, i to jak i ile!- rok cały)- to dobry prognostyk. Co się miało w mózgu wytworzyć, to się pewnie już wytworzyło na tę okoliczność raczkowania, więc bądźmy dobrej myśli. Więc jesteśmy:)
Po dzisiejszym spotkaniu- już odpłatnym, rzecz jasna, gdyż w naszym świecie specjalista do domu za darmo nie przychodzi, no chyba, że w odwiedziny i na towarzyskie pogawędki, jeśli takiego w rodzinie mamy bądź wśród znajomych- ale nie narzekamy, tylko się cieszymy, że nas na to stać dla naszego Synka, również dzięki Wam, Nasi Czytelnicy :)- Pani Agnieszka dodała: Przyczyną braku mowy u Ignasia jest zbyt mała plastyczność i wyćwiczenie mięśni odpowiedzialnych za mówienie! (jak wiotkość to wiotkość- dodajmy)...I od tego należy zacząć koniecznie! Od prostych ćwiczeń i to wcale nie artykulacyjnych, jeno usprawniających języczek, ćwiczeń oddechowych typu dmuchanie, syczenie, usta w dzióbek, masaże, masażyki, wydymanie policzków, oblizywanie warg, kącików ust i temu podobne sztuczki, których- powiedzmy to jasno- Ignaś albo nie potrafi, albo robi to zbyt słabo, tudzież kompensuje sobie innymi "trickami". To mogłoby tłumaczyć, dlaczego tak wielu specjalistów nie skonstruowało takich wniosków, zanim Pani Agnieszka stanęła w progach naszego domu! Bo Ignaś, owszem- je, gryzie, dmucha nawet świeczki, pije z kubeczka, z dzióbka i  z czego tam jeszcze, i nawet całuska słodkiego posyła chętnie i uroczo, ale zwykłego jęzora na brodę wywlec nie potrafi albo plunąć siarczyście tudzież oblizać się z mlaśnięciem również u niego nie uświadczysz.... No i mamy przyczynę :) I zarazem plan terapeutyczny.
Nie skomentuję tego wątku, choć mogłabym zjadliwie na przykład. Ale po co?
Cieszę się za to, że spotkaliśmy kogoś na naszej drodze, kto się podejmie tej w sumie prostej pracy z Ignacym, będzie na nas łypał groźnym okiem, sprawdzając, czy ćwiczymy  z Młodym sumiennie codziennie i kto tak szybko się połapał, w czym rzecz i problem. No i teraz już tylko brać się do roboty i czekać na efekty nam pozostanie...
Dwa razy w tygodniu. W domu naszym, na parterze. W pokoiku na szybko przerobionym na pokój ćwiczeń i zabaw dziecięcych. Od teraz :)
No. I żadne tam obrazki, puzzle, słuchowiska i dźwiękonaśladowcze zabawy. Póki język jak betka leży i się obija, nic z tego nie będzie.

Psycholog, acz w innej odsłonie.
To jutro. W końcu się doczekaliśmy (!!!!) telefonu w lokalnego oddziału rehabilitacji dziecięcej, gdzie byliśmy zapisani w kolejce do przyjęcia "na cito" do terapii, po konsultacji w początkach listopada odbytej, czyli jakieś dwa i pół miesiąca temu:)
Wiem. Wiem. Czuć tu moją złośliwość:) Ale taką malutką- uwierzcie! Bo w sumie to i tak myślę, że wszystko się dzieje zwykle "w samą porę" i wówczas, gdy to naprawdę konieczne. Widać, tego czasu potrzebowaliśmy, by dojrzeć na przykład do decyzji i jutro idziemy na pierwszą wizytę.
Jakieś pół roku temu "ubzdurałam" sobie, że możeby wprowadzić w plan zajęć Ignasiowych trening eeg-biofeedback? 
(O metodzie tej można poczytać w sieci w wielu miejscach, ja wybrałam np taki adres:
http://www.poradnia-brzeg.edu.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=147&Itemid=101
W wikipedii opisują go tak: http://pl.wikipedia.org/wiki/Biofeedback
Na najbogatszy opis natknęłam się zaś tu - ale zbyt długo nie szukałam ;)
http://www.stowarzyszenie-razem.org/zdrowie/rehabilitacja-i-sport/wszystko-o-biofeedbacku.html )

Pytanie pozostaje jedynie, czy nasz czterolatek się  zakwalifikuje i ogarnie technicznie ze sprzętem, tudzież pozwoli założyć sobie coś na główkę? Komputery to niekłamany faworyt ignasiowych zabawek, a jeśliby mógł mu w czymś pomóc dodatkowo, to już byłoby cudownie wprost i genialnie.

Metoda EEG-biofeedback (jak piszą i twierdzą specjaliści najogólniej powiedziawszy) wspomaga rozwój poznawczy dziecka, jego koncentrację, kontrolę impulsów, pamięć, a więc wszystkie te wymiary, których Ignaś wspomagania nadal potrzebuje. Rewelacji nie oczekujemy, jednak jeśli mamy możliwość spróbować metody wspomagającej rozwój i do tego bezinwazyjnej i nieszkodliwej dla dziecka, refundowanej tym bardziej, szkoda by było nie skorzystać i przepuścić taką okazję... Jednak nic na siłę, stąd oczekujcie relacji z jutrzejszej konsultacji wkrótce;)


Pozostała nam jeszcze najbardziej tajemnicza i być może kontrowersyjna terapia, o której rozmyślam już od czasu pewnego. Terapia mało rozpowszechniona, pomijana podczas konsultacji w gabinetach lekarzy rehabilitacji, a jednak pewna koincydencja zdarzeń mi o niej przypomniała niedawno.
Myślę o terapii czaszkowo- krzyżowej (Cranio- Sakralnej). Jako, że wszystko jest jeszcze w fazie stricte przygotowawczej, nie będę się rozpisywać. Muszę zdobyć więcej informacji. Muszę przetrawić, przemyśleć. Dość, że w naszej okolicy jest przynajmniej dwóch terapeutów tej metody, więc start mamy ku niej niejako ułatwiony...

Pisząc ten akapit poprzedni pomyślałam, że na łamach Ignacówki już nie raz fantazjowałam (tak, tak, na to wygląda po czasie) o różnych terapiach, które chcemy u Ignasia wprowadzić... i cisza...
Jak to może wyglądać??? Ano- dziwnie co najmniej, jak sądzę... Tak było np z dr Velem z Warszawy lub terapią aminokwasami na przykład....
To rzeczywiście może wyglądać dziwnie, ale jest zarazem bardzo trudne dla nas: zdecydować się na jakiś nowy rodzaj terapii dla Ignasia... nawet obiecującej, dającej nadzieję, ale jednak w jakimś sensie pionierskiej... Bardzo długo rozważamy w sobie, konsultujemy, poszukujemy informacji wśród specjalistów i znajomych, nierzadko wśród innych rodziców wychowujących niepełnosprawne dzieci, gdyż stawka jest zbyt duża. Stawką jest życie i zdrowie naszego dziecka! Nawet nie nasze własne- bo to byłoby chyba o niebo prostsze... Ale właśnie dziecka- zależnego od nas, maleńkiego, kruchego, z problemami, których nikt nie rozumie, nie potrafi wyjaśnić przyczyn, co jeszcze utrudnia podjęcie decyzji... Jeśli zatem jakaś metoda budzi choćby cień naszych wątpliwości, okruch wewnętrznego sprzeciwu, odrobinę lęku, to odpuszczamy, odkładamy moment jej wprowadzenia na przyszłość, choćby miał nawet nigdy nie nastąpić...
Poszukiwanie diagnoz i terapii to wyjątkowo trudne zajęcie... nie chciałabym się więc - kolokwialnie mówiąc- pośliznąć i zaszkodzić mojemu dziecku. A niestety nie ma mnie kto poprowadzić za rękę...



Tak więc: turbodoładowanie :) Wygląda na to, że będzie się działo! będzie... Dni się robią coraz dłuższe, Ignaś coraz starszy, mam więc nadzieję, że wszystko się ułoży ze sobą i skomponuje odpowiednio. Nie obędzie się pewnie bez rezygnacji z kilku dotychczasowych zajęć, ale nim o tym zdecyduję, muszę dać sobie jeszcze trochę czasu, nic pochopnie, na siłę, na żywioł i bez rozstrzygnięcia tysiąca "za" i "przeciw"....


dobranoc.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.