15 stycznia 2015

Zwiedzanie świata- czyli rozwiązanie zagadki ;)

Należymy do rodzin wędrownych. Zanim osiedliśmy w naszym miasteczku, kilkakrotnie zmienialiśmy lokalizację (wówczas jeszcze bezdzietni), a później duże przeprowadzki zamieniliśmy na małe podróże.
Przed pojawieniem się Ignasia nie było prawie weekendu, by nas gdzieś nie wywiało z domu, czego minusem jest fakt, że w naszych okolicach i tych, skąd pochodzimy niewiele jest miejsc turystycznie atrakcyjnych, których nie widzieliśmy. Sprawa więc nieco się komplikuje:) Nasi synowie prawdopodobnie widzieli większość dolnośląskich zabytków, choć pewnie nie potrafią ich wymienić i przemierzyli setki kilometrów na rowerach jeszcze przed ukończeniem 8 roku życia.
Obecnie zalegamy nieco w domowych pieleszach, ale to najwyraźniej naturalna kolej rzeczy- i my już nieco zmęczeni, i chłopcy chcą pobyć trochę stacjonarnie i -  o czym dziś- z Ignasiem podróżowanie i zwiedzanie nie było wcale takie łatwe. Jak to z małym dzieckiem- aż chciałoby się dodać:)

Tymczasem odnoszę wrażenie, że właśnie TO się zmienia. Czego dowodem są nasze ostatnie odwiedziny w rodzinnym mieście i wyprawa do starej, choć zupełnie nowej..... kopalni.

Tak, Moi Drodzy- już wiem, że nie przepadacie za banalnymi zagadkami:) No, chyba, że ta była za trudna ;)

Ostatnią niedzielę spędziliśmy jak za dawnych czasów- czyli tak, jak Tygrysy lubią najbardziej, tylko trochę o tym zapomniały: na zwiedzaniu. Ignacy spisał się REWELACYJNIE!  I co najważniejsze- chyba mu się to spodobało :) Cóż może być bardziej wiążącego rodzinę, niż wspólne przeżywanie emocji, fascynacji, poznawanie nowych miejsc, nowych ludzi, uczenie się od świata i siebie nawzajem? Taką mamy rodzinną pasję i dewizę: razem i radośnie. I chyba powinniśmy nabrać znów wiatru w żagle, póki jeszcze jesteśmy w piątkę, bo kto wie, kiedy Starsi pójdą swoją drogą? A Ignaś jest już na wędrowanie najwyraźniej gotów:)

Niewyobrażalnie piękne to uczucie wzruszenia, widzieć, jak jeszcze rok temu niechodzące dziecię samodzielnie maszeruje po podziemnych korytarzach, bada ich zakamarki, wszystkiego chce dotknąć, zobaczyć, choć nie wszystko jeszcze z pewnością rozumie...
Mam wrażenie, że zmienił się jego rodzaj obecności i świadomości. Jeszcze dwa lata temu, gdy zawitaliśmy do zamku w Mosznej, Ignaś niewiele z tego brał dla siebie, był jak niemowlę- jakoś mniej obecny, zamknięty w swoim dziecięcym świecie, a przecież miał już dwa latka... Zupełnie inaczej, niż teraz, gdy nawet starał się słuchać opowieści przewodnika, był skupiony na miarę swoich możliwości i nade wszystko chłonął wszystko, co widział, dotykał, przekręcał, przeżywał na swój sposób. Wielka szkoda, że nie mógł nam później opowiedzieć o swoich wrażeniach... tak po prostu...

Nie zamierzam Wam opisywać drobiazgowo całej wyprawy po Starej Kopalni, bo a nuż ktoś się skusi i zechce przeżyć to po swojemu, nadmienię jedynie, że w księdze pamiątkowej wpisaliśmy się -tadam, tadam- jako pierwsi :) Nigdy wcześniej nam się to nie zdarzyło, więc takiej gratki wręcz nie mogliśmy przepuścić ;)

Czuję, że otwiera się przed nami nowa, choć stara, przestrzeń i możliwość doświadczania świata, którą wprost uwielbiamy. Podskórnie wiem również, że to dzięki takiej formie spędzania czasu nasze dzieci- i Ignacy również- zdobywają najcenniejszą wiedzę o życiu, sobie, świecie (co później przekłada się przepięknie na ich osiągnięcia w szkole - chłopaki, wielki uścisk od mamy!- prawie bezboleśnie. To szczera prawda- ja właściwie nie wiem, kiedy oni się uczą, a wyniki obaj mają rewelacyjne!).
I bardzo się na tę zmianę cieszę, bo wakacje w zasadzie już niedaleko:)....

Zapraszam więc na krótkie odwiedziny, naszymi oczami, tego niezwykłego miejsca:
Tak, jak wspomniałam, oczekując na przewodnika, popełniliśmy pierwszy wpis w księdze pamiątkowej:) Możecie sami osobiście to sprawdzić :)

Już na samym wejściu chłopcy zwrócili uwagę na pewien drobiazg. Ja z kolei pomyślałam, że jestem pełna podziwu dla osób aranżujących to wnętrze...
Widzicie te wagoniki pod długachnym blatem?



Zejście do kopalnianych korytarzy na wszystkich robiło wrażenie, choć teraz panują tam warunki niemal sterylne i zupełnie już nie czuć tego dreszczyku emocji, trudu, pyłu, huku maszyn.... to tam zdałam sobie sprawę, jak naprawdę niewiele wiem o pracy górnika i jakie mam zerowe o niej wyobrażenie.... choć w naszej rodzinie górników swego czasu nie brakowało :)



Na powierzchni też jest co oglądać:) Tu mężczyźni stają jak wryci i oderwać wzroku nie potrafią;) Co poniektórzy zaś nawet podotykać zapragnęli :)
I pomyśleć, że wszystkie te sprzęty są w zasadzie nadal sprawne... jeno już bezużyteczne. O, przepraszam- dokonują żywota jako eksponaty muzealne...


Gdzieś mimochodem skradłam takie sentymentalne ujęcia ;)


























A pożegnał nas taki widok....
mnie urzekł, a Was?


























Brak komentarzy:

Prześlij komentarz