02 lutego 2015

Babskie Gadanie ;)

No dobrze:) Sama postawiłam sobie takie głupie ograniczenie, że tekst napiszę dopiero, gdy będę miała jakieś zdjęcia... Ale nie potrafię tak czekać i milczeć. Nie da się najzwyczajniej...

Dni mijają, tematów przybywa, a tamten czwartek wciąż kołacze mi się w głowie i chce się z niej wydobyć. Za chwilę stanie się nieaktualny, a przecież jakże ważny..... był, jest...

29 stycznia pojechałam w moje rodzinne strony. I miałam misję, nawet podwójną. Oczywiście- odebrać chłopców z wypoczynku u Babci, ale również wziąć udział w pewnym spotkaniu i to w dość nietypowej dla mnie roli.

Otrzymałam bowiem propozycję od organizatorki "Babskiego Gadania" w wałbrzyskim ExploraPark (klik, klik dla ciekawych)- Joli (Znajomej Rodziny i jednocześnie Czytelniczki naszego bloga), by opowiedzieć o Ignasiu. Formuła nieokreślona, temat wg mojego własnego uznania, akcenty rozłożone również subiektywnie być miały.

Początkowo ochoczo się zgodziłam. Tyle życzliwości otrzymujemy od otaczających nas ludzi, tyle dobrego im zawdzięczamy, że odpowiedź pozytywna okazała się jedyną właściwą i szczerą w tamtym momencie. Jeśli ktoś pragnie posłuchać naszej historii "na żywo" to w dowód wdzięczności dla świata się nią podzielę z przyjemnością...

Tak. Tak sobie wówczas myślałam.
I się zgodziłam;)

"z przyjemnością", "chce posłuchać".... wątpliwości zaczęły się mnożyć w zastraszającym tempie...

No bo kto chce- powiedzcie szczerze i otwarcie- słuchać o niepełnosprawności? Kto chce słuchać o zmaganiach, lękach, niepewności, zmęczeniu, wściekłości, bezradności, rozpaczy? Niepełnosprawność żmudna jest zazwyczaj i przygnębiająca na pierwszy rzut oka. Nudna trochę być może.... No i boimy się jej jak diabli. No i ja tutaj miałam coś zaimprowizować, zainteresować słuchaczki, a przy tym położyć się emocjonalnie na tacy i czekać na ... no właśnie na co? Na ocenę? na opinie? na współczucie? na podziw? na co???? bo właściwie nie wiem tak do końca. No, ale jakiejś reakcji się jednak spodziewałam;)

Wyzwanie to dla mnie było, nie przeczę.
Całą sobotę wcześniej przygotowywałam prezentację, układałam plan, szukałam historii, wspomnień, sensu. Jak można spędzić cały dzień przed komputerem?- psioczyłam ongiś pod adresem współczesnej młodzieży, póki sama nie zrozumiałam, że można:) Całą sobotę. Dokładnie całą;)

Temat miał być taki: "Szczęście, którego nie chcieliśmy- czyli jak odczarować niepełnosprawność".
Wyszedł podobny, a jednak nieco bardziej intymny. Nie wiem, czy udało nam się ją odczarować, raczej oswoić zaledwie... 

Zwykle w życiu tak mam, że gdy czeka mnie coś ważnego i trudnego, odcinam się od siebie. Ciach i prawie nic nie czuję. Prócz stresu. Pamiętam wszakże, że trzeba oddychać, powiedzieć jakieś słowo, czy dwa, uśmiechać się choćby blado i przetrwać. To mój cel "number one" w takich chwilach.

I w rzeczy samej... trochę tak to wyglądało.
Choć atmosfera spotkania od pierwszych chwil była serdeczna i swobodna, na stole ciasteczka, herbatka, powitania, uśmiechy i luźne pogawędki, to i tak.....bałam się przeokrutnie. W ogóle nie pamiętam, co mówiłam!!! Wiem tylko, że się naprawdę starałam :) Dobrze, że miałam tę prezentację przygotowaną, bo służyła mi ona jako snop światła w ciemnym tunelu, wskazując, gdzie teraz powinnam skierować swoje myśli i co przywołać z pamięci...

Niespodziewanie dla mnie samej spotkałam się z pewnym wzruszeniem u Uczestniczek owego Babskiego Gadania, a raczej Słuchania. Któraś z Pań podzieliła się swoją historią... Inna mówiła o poruszeniu... Kolejna zastanawiała się, skąd w nas się bierze dystans i  jakiś rodzaj zagubienia w relacjach z ludźmi niepełnosprawnymi... Któraś z Pań zauważyła (trafnie, jak sądzę), że reakcje emocjonalne, jakie budzi w rodzicach pojawienie się chorego dziecka są raczej uniwersalne w obliczu poważnego życiowego kryzysu... 
I tak oto uważne Słuchanie przemieniło się faktycznie w Gadanie:)
Babskie. Serdeczne. Prawdziwe, jak sądzę...
Wielki stres przemienił się, nie wiadomo kiedy, w wielką przyjemność. Jakaś bariera, która początkowo oddzielała mnie od Uczestniczek spotkania, runęła niezauważalnie, i poczułam się w tym Gronie "jak u siebie", swojsko...

Oczywiście nie obyło się bez przyjęcia wyrazów podziwu (choć naprawdę utrzymuję uparcie, że KAŻDY/ większość z nas może, jeśli chce i podejmie rękawicę, by zmierzyć się z takim "szczęściem". Choć łatwo nie jest, a czasem cholernie trudno wręcz).... komplementów pod adresem Ignasia, zdumienia wobec jego "podróży rehabilitacyjnej" i jej efektów. Najbardziej jednak zapadło mi w pamięć pewne zdanie, wypowiedziane gdzieś ze "środka stołu", że "jestem taka normalna" w tej całej historii;) Bo chyba trochę jestem;) a przynajmniej być bym chciała ;)


Dziękuję, Dziewczyny! Za waszą uwagę, cierpliwość, ciepłe przyjęcie, otwartą rozmowę, poczucie humoru i czas, który mogłam z Wami spędzić w ów czwartek. Ostatecznie wróciłam od Was taaaaaaaaka zrelaaaaaksooooowaaaaanaaaaa :)))))))))))

Dziękuję Jolu! Za zaproszenie. Za otuchę.Za wszystkie miłe słowa, które od Ciebie usłyszałam "wtedy i potem";)  I za wierne kibicowanie Ignasiowi i poniekąd całej naszej Piątce w tej podróży, której celu nie znamy;)

Wielką energię mają takie zdarzenia. I moc! Bywajcie:)


_____________________________________________________________________________

PS. A zdjęcia.... cóż- załączę, gdy otrzymam. Zgody już mam:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz