30 marca 2015

***

Wybitnie nie przepadam za taką aurą, gdy drzewa kłaniają mi się w pas. Przypominają mi się wtedy czasy, gdy przez porywy wiatru, hulającego na wielkim betonowym osiedlu z mojego dzieciństwa, nie mogłam ani zasnąć, ani dojść na przystanek autobusowy w porannej drodze do szkoły....

Nie udało mi się też zliczyć, ile razy dziś słońce opatulało się chmurami szczelnie, jak zimowym szalem... za to wiem, że Ignasia nie opuszczała dziś ani samodzielność, ani podwyższona temperatura, niestety.
Czy to efekt rozpoczętego w sobotę masażu Wilbarger (czyli diety sensorycznej, wprowadzonej na sugestię terapeutki SI z przedszkola, uprzedzającej nas, że może się pojawić temperatura), czy raczkującej, tajemniczej infekcji?- trudno rozstrzygnąć jednoznacznie. Jednak po raz kolejny musiałam odwołać wizytę w Poradni Psychologiczno- Pedagogicznej i przenieść ją na najbliższy, możliwy dla Pani psycholog, termin, czyli akurat po majówce ;) Nie lubię.... bardzo nie lubię.....

Tymczasem weekend minął nam wyjątkowo przyjemnie...
Byli Goście i była rodzinna wycieczka... był weekend normalnego, spokojnego życia, w serdecznym towarzystwie...
Myślę jednak, że znaczenie miało także moje podejścia do Iggiego. Mam wrażenie, że coś we mnie odpuściło.... owo poczucie ciągłej konieczności bycia skoncentrowanej na Nim... I od razu wszyscy jakoś głębiej odetchnęli i stało się luźniej wokół ;) Wszystkim.





***
W zamyśle mam kilka kolejnych postów dość sprecyzowanych. Dziś pozwalam sobie nieco "popływać", ale w związku z rosnącym zainteresowaniem innych Rodziców lekiem przyjmowanym przez Ignasia (Gliatillin) oraz pytaniami dotyczącymi naszej wzajemnej komunikacji, spróbuję niebawem opisać nasze doświadczenia z tych obszarów...
Lada dzień, obiecuję ;)

A Ignaś niepokojąco pokasłuje w sypialni :(
Dobranoc....

29 marca 2015

Pomagać= wymagać?

Dawać szansę, rozumieć ograniczenia.........ale nie wyręczać.

Czyli rzecz o moim własnym rodzicielstwie mojego osobistego niepełnosprawnego syna. Żadnym innym, żadnego innego.

Poniższe refleksje są efektem czwartkowego spotkania, w którym uczestniczyłam na własny użytek i użytek mojego syna. Miało ono miejsce w przedszkolu integracyjnym i mam niejasne przeczucie, że było mi bardzo potrzebne, stąd cenne. Aczkolwiek niełatwe, jak to się ma do zdarzeń, otwierających oczy, wyprowadzających z błędu, przewartościowujących kwestie zasadnicze.

Na czym polega integracja? Konkretnie integracja mojego syna, z jego ograniczeniami ale również możliwościami i obecnymi umiejętnościami?

Zwykłam myśleć, że skoro słabszy i gorzej funkcjonujący, to potrzebujący bardziej. Różnych form wsparcia, ułatwień, zrozumienia, innego spojrzenia, innych kryteriów oceny i , co logiczne, innych wymagań, przed nim stawianych. Przez świat. Przez otoczenie. Przez grupę.
Jak nic, lecieliśmy wspólnie z Ignasiem w przepaść, gdzie aż jeży się od ostrych grani litości, niechęci i wykluczenia właśnie. A na dnie kusząco sapała i dyszała do nas magma frustracji. I osamotnienia. Życiowego..

Jeszcze nie wiem, czy się o te granie nie rozbijemy, czy zdążymy zmienić kurs. Ale wszystko w naszych rękach. Dostaliśmy orientacyjne wskazówki i wytyczne. Jak z nich skorzystamy- zależy od nas.

Z obserwacji Pań, pracujących w przedszkolu z Ignasiem wynika, że radzi sobie on fantastycznie w świecie dorosłych. Zgadzam się z tym. W stu procentach. Ignacy fantastycznie nawiązuje relacje, garnie się do różnych dorosłych aktywności, chce kupować w sklepie cukierki i sam za nie płacić w kasie. Chce sam przyrządzać zupę albo smażyć "fussion- naleśniki", odkurzać, odnosić naczynia ze stołu i sprzątać w samochodzie (ba! nawet go prowadzić!). Wydawałoby się, że świat stoi przed nim otwarty i macha zachęcająco...

Relacje z rówieśnikami zaś leżą. I prawie kwiczą. Grupa dzieci.... to dopiero dla niego wyzwanie! Owszem- popatrzeć jak najbardziej, ale wejść w kontakt z własnej inicjatywy... To dopiero kosmos.

Przecież on nie mówi, więc go dzieci nie rozumieją- myślę sobie.
Przecież on nie ma w domu kontaktu z rówieśnikami, którzy mu pokażą, co i jak? Tylko starsi bracia (już nieco sfrustrowani- nadmienię uczciwie).- tłumaczę.
Sama sobie.
I się pieklę w duchu. I rozczulam. I odczepiam zaciśniętą piąstkę od matczynej spódnicy, by chwilę później przygarnąć i utulić moje biedne, małe, niepełnosprawne Kaczątko. Buuuu.... i taka jestem w potrzasku, uwikłana, zirytowana nierzadko, bo nic bez niego przy nim zrobić się nie da. Wciąż ktoś musi być nieopodal, zachęcać, spełniać zachcianki, wyjaśniać, tłumaczyć....
A samodzielna zabawa? Zdarza się, oczywiście, acz rzadko i na wagę złota jest. Na 5 minut. Niecałe. I basta.

Okazuje się, że można integrację rozumieć nieco inaczej. Bardziej obustronnie, że się tak wyrażę.
Integracja to nie tylko coś, co zdrowy świat daje osobom chorym, słabszym.
To również angażowanie się tych osób chorych /słabszych w zwyczajny świat. Podejmowanie wysiłku. Równanie w górę, tam gdzie to tylko możliwe i w takiej skali, w jakiej to możliwe.
Zrozumiałam na swój własny i mojej rodziny użytek, że integracja to także dawanie równych możliwości doświadczania zwykłego życia.
Nierzadko wyzwanie dla tych słabszych. Praca do nadrobienia.
Stawanie na własnych, choć wciąż chwiejnych nogach. Wysiłek.
Ten wysiłek właśnie, który Ignaś musi włożyć, by zaistnieć w grupie rówieśniczej.

Któż inny, jak nie inne dzieci, pokażą mu, na czym polega bycie z innymi dziećmi, a później- ludźmi? Ale jest to nauczyciel po stokroć bardziej uczciwy, rzetelny i wymagający, niż niejednokrotnie nadopiekuńczy świat dorosłych (czyt. matki, czyli mój i najbliższych, steroryzowanych matki oczekiwaniami).

Gdzie tu integracja, powiecie?
No właśnie... też tak myślałam...
Że trzeba ułatwiać, dawać możliwości, pomagać i wspierać...
To także. Bezsprzecznie.
A jednak nie wyłącznie, co zrozumiałam dzięki wczorajszej rozmowie... mądrej i szczerej- takie mam wrażenie.
Równie często muszę też wymagać.

Grupy integracyjne w przedszkolach (w przedszkolu, do którego uczęszcza Ignaś) dają dziecku MOŻLIWOŚCI. Dają choremu, niepełnosprawnemu dziecku możliwość stania się częścią grupy. Zdrowej, zwyczajnej, typowej grupy innych ludzi...
Dają mu także szansę wyjścia z domu. Doświadczania świata innego, niż ciągła rehabilitacja, wizyty lekarskie, koncentracja na jego osobie... w taki, czy inny sposób.
W jakimś sensie przełamują izolację, spowodowaną innością i chronią przed roszczeniową postawą, jak nic skazującą człeka na poczucie goryczy i braku satysfakcji w relacji ze światem. Bo świat nie jest od spełniania naszych żądań i zaspakajania potrzeb. Świat JEST- ale to tak na marginesie, czyli matkę poniosło....
Pokazują wzorce, stawiają cele do zrealizowania, których w innej sytuacji świat przed takim dzieckiem by nie postawił z taką łatwością i.... bezwzględnością. A dorosłe życie już tak... Są więc miniszkołą przyszłego życia w większej społeczności. I albo się tego Ignaś nauczy i w ten sposób skorzysta z szansy. Albo nie. I będzie klops, odbijający się przykrą czkawką niezaradności i poczucia gorszości na starość ;)


Tak to zrozumiałam najoględniej...

Ignacy nie mówi. Komunikuje się, owszem, wypowiada kilka słów, pokazuje, co chce, czego nie chce i czego potrzebuje, ale są to komunikaty świetnie rozpoznawalne w świecie otaczających go osób dorosłych. Dzieci, z racji swoich możliwości poznawczych, mogą mu dać po stokroć mniej uwagi, niż Pani, mama, starszy brat czy opiekunka. Nie wspominając o Babci, of course :)
Ignaś więc ma trudniej. Duuużo trudniej- powiedzmy to sobie wprost.
W chwilach, gdy chce coś od innego dziecka, szuka wzrokiem najbliżej stojącego dorosłego i używa go jako symulatora mowy, tłumacza konsekutywnego na własny użytek z "ignasiowego" na polski... Jakimś jednak cudem dogada się z dorosłym tłumaczem, dlaczegóż by więc nie z dziećmi?
Cha. Bo jest trudniej... Trzeba się zaangażować bardziej, wyjść z pozycji oczekującej na uwagę, upomnieć o nią, albo najzwyczajniej w świecie zaprosić do swojego świata inne dziecko.
Nie jest to dla niego łatwe zadanie- wiem, i właśnie dlatego często go w nim ....hmmm.... wyręczam.
Czy mu pomagam tym samym?
nie wiem?
Może, chcąc chronić przed porażką i frustracją, funduję mu większą?
Czy on ma SWÓJ świat? Taki na wyłączność, do którego może kogoś zaprosić?
Chyba nie dałam mu szansy go jeszcze stworzyć. A proces tworzenie potrzebuje zaangażowania i wysiłku. I jakiejś formy skupienia i samotności. Ignaś nie znosi samotności, a ze skupieniem ma ogromne problemy. Dzisiaj.

I właśnie to mamy zmienić. To jest nasze zadanie. Zmotywować go do włożenia wysiłku we własną niezależność i samodzielność, tak, by poczuł się równy z innymi dziećmi, nie czekał, aż one do niego rękę wyciągną lub się nim zaopiekują. On musi zaopiekować się sobą w jakimś metaforycznym sensie sam. Podejść do tego świata i powiedzieć "hej! ja tu jestem! bawię się z wami i jestem częścią waszej grupy."
To strasznie trudna umiejętność.
Wymagająca i od niego i od nas. Musimy się wycofać, żeby Ignaś musiał się zaangażować. Musimy go jakoś do tego "zmusić", zabierając znane wzorce i schematy. Rzucić na głęboką wodę.
I trzymać za nas wszystkich moocno kciuki, żebyśmy nie potonęli ;)



Bardzo jestem ciekawa, jak inni rozumieją sens integracji? Mam poczucie, że jestem gdzieś na początku drogi, choć pierwszy odcinek już przeszłam. Będę wdzięczna, jeśli podzielicie się swoimi refleksjami...

24 marca 2015

słoneczniej

Smutek nazwany jest jakby mnie toksyczny i wszechogarniający niż nienazwany. I energii jakby więcej przez to nazwanie się odnalazło;)

Władzę nam nami, jak widać, ma tylko to, co ukrywa się przed naszą świadomością. Wyłowione- traci moc, słabnie i milknie, niepyszne.

Tymczasem wiosna, o czym każdy wie znakomicie.
A jak wiosna i smutki, to....

ręczne robótki;)









***

Podczas wczorajszego spaceru byliśmy z Ignasiem świadkiem pewnej nieczęsto spotykanej sytuacji.
Pewna mała dziewczynka- niewiele różniąca się wiekiem od niego- wpadła w tzw. "histerię", chcąc osiągnąć swój cel, który akurat w danej chwili był trudnoosiągalny. Grunt, że krzyczała nieprzerwanie przez ładny kwadrans, tupiąc nóżkami i skacząc z wściekłości i chyba bezradności. Rozpaczliwa i rozdzierająca była to scena dla postronnych obserwatorów, dla jej opiekunki zapewne wyjątkowo frustrująca i jak wnioskuję z reakcji, trudna.
Ignacy przyglądał się jej jak zahipnotyzowany, siedząc na ścieżce parkowej i tak był pochłonięty tą obserwacją, że niewiele innych bodźców kodował... Bardzo przeżywał później tę scenkę, migając mi i "omawiając", co tak naprawdę się wydarzyło.... Mimo, że jego zasób gestów migowych szczególnie się nie powiększył, jestem pod sporym wrażeniem, jak pięknie potrafi komentować, opowiadać dziejącą się wokół niego rzeczywistość, mówić o swoich przeżyciach i pragnieniach....
Zaś w jego słowniku, prócz wspomnianych na fb profilu słów "quupa" i ...., pojawiło się świeże, wiosenne i zachwycające "A-sia" :)

Asiu? Czyż to nie cudowna nagroda za twoje zaangażowanie i serce? :)

23 marca 2015

Dezintegracja pozytywna?

Podczas, gdy Ignaś z niespotykaną werwą wchodzi w codzienność i dostarcza nam nieoczekiwanych dawek zachwytu, ja taplam się w jakimś dziwnym stanie.... Międlę, opadam z sił i wciąż zastanawiam się, czy to już tak będzie  zawsze ???!!!!???? Co mnie lekko- nie przeczę- przeraża...

Z tej okazji zajrzałam na MOKRADŁA, gdzie i Was zapraszam. Może ktoś skorzysta? Pomoże znaleźć odpowiedź... na tytułowe pytanie ;) (klik, klik tutaj).


A tymczasem z ignasiowego świata zaserwuję Wam... naleśniki fussion. Z fasolą, kakao, solą i owsem;)
Ktoś chętny?






























Co do słuchu i jego badania, przeprowadzonego w ubiegłym tygodniu, śpieszę Was poinformować, że jest ok. Ignaś słyszy. Nawet będąc lekko zakatarzonym podczas badań podstawowych, wyniki nie wykazały żadnych nieprawidłowości. Można by też doprecyzować diagnozę wykonując badanie Bera, ale Pani doktor powiedziała, że nie musimy się z tym wcale śpieszyć, gdyż nie ma nic, co mogłoby ją niepokoić.


To do usłyszenia :)
mama

18 marca 2015

Tajemnica ozdrowienia....

Kompletnie nie wiem, jak on to robi???!!!

Jeszcze w weekend nie było jakichkolwiek oznak, najdrobniejszych nawet nieśmiałych zwiastunów...
Za to w poniedziałek podejrzanie ciepłe ciało wgramoliło się do mnie do łóżka, tuż po ewakuacji męża na okoliczność .... poniedziałku właśnie;) I to ciałko dało mi dużo do myślenia, takie ciepłe, gorące nawet, wyrzuciło mnie z posłania, by w niecałe 5 minut później potwierdzić wszelkie obawy. Gorączka.
Drobna, ale zawsze.
Wiadomo- przedszkole odchodzi w zapomnienie, a wizyta u lekarza, planowana na południe, stoi pod znakiem zapytania.
Innych objawów brak. Totalnie.

Kryzys, jak to on, zwykle nadciąga nocą. Szybko i bez zbędnych wyjaśnień o północy mieliśmy już 39,8 na liczniku. Ignac obudził mnie postękiwaniem i już nie miałam żadnych złudzeń. Pić, leki p/g, krótka pogawędka o..... Asi! (opiekunka Ignasia, ukochana!). O północy, będąc w stanie rozpalenia totalnego, przyjąwszy do wiadomości instrukcje oględne, kiedy to Asia przyjdzie (bo akurat we wtorek przyjść miała uratować matkę przed kompletnym padnięciem na twarz w okolicy 19:00), dziecko zażyczyło sobie - hm- jajko... "Jajko?"- pomyślałam - "bredzi?"... Ale ponieważ i tak czekało nas godzinne czuwanie na spadek temperatury, opatuliłam go, zniosłam w pieleszach do salonu (tuż przy kuchni) i rozpoczęłam smażenie jajka.... Cóż, czego nie robi się dla chorego?...
Po dwóch łyżeczkach, dziecko odmówiło dalszej konsumpcji. I zapytało na migi, czy "za chwilkę przyjdzie Asia?????....". I wszystko stało się w mgnieniu oka JASNE :)

Ale nie o tym miałam pisać.... przepraszam ;)

Zatem: jak on to robi????

Wtorek spędziliśmy w oczekiwaniu na Asię, rzecz jasna. Odwołałam jedną wizytę diagnostyczną, by go nie przemęczać, w związku z -hmmmmm- chorobą, ale temperatura już się nie pojawiła. Inneych objawów, prócz porannego kataru (przy którym pękaliśmy ze śmiechu, ale oszczędzę Wam szczegółów), i delikatnego osłabienia po nocnym czuwaniu,  brak. Po Ignasiu nie było wcale znać niedomagania. Na moje pytanie "Masz gorączkę?", zawzięcie odpowiadał "Nie"- dotykając wymownie czoła, wierząc niezbicie, że jeśli nie będzie miał gorączki, to pójdzie z  Asią na spacerek... Nic nie znaczył dla niego fakt, że wcześniej dwie godziny spacerował z mamą. Asia jest nie do pobicia....
I w rzeczy samej- gorączki nie miał... Jak on to robi???? Ledwie 37,2 w okolicach godziny 16:30. Spacerek więc się udał, choć krótki.

We środę praktycznie było (jest) po infekcji...
Temperatura w normie (również w nocy), katarek ino-ino, taki, że prawie go nie ma.
Za to HUMOR!!!!!
Nieustępujący i niewyczerpany.

Jak on to robi????
Zachodzę w głowę i Was pozdrawiam. Wiosennie.
mama


15 marca 2015

Cała prawda o zmęczeniu....

Bardzo się staram, żeby Ignacówka była prawdziwa i wiarygodna. Nie chcę kreować świata, który nie istnieje, dawać złudny obraz rzeczywistości życia z niepełnosprawnością w tle. Być może stąd (a nawet na pewno) moje milczenie zwielokrotnia się do dni, tygodni... bo nie wiem, jak opisać to, co pojawia się niekiedy w naszym życiu...

To fakt, że za wszelką cenę (za wszelką- podkreślam) staramy się nie poddać troskom i trudom, wynikającym lub wiążącym się z niepełnosprawnością naszego dziecka. Jest to o tyle łatwiejsze, że jesteśmy razem, tworzymy rodzinę. Jak radzą sobie z codziennością samotni rodzice- nie mam pojęcia, ale jestem pewna, że jest im o stokroć ciężej, niż nam...
Bo- choć zazwyczaj staram się uwalniać w Świat te fragmenty naszego życia, które dodają nam skrzydeł, to nie brakuje też takich chwil, kiedy te skrzydła są podwinięte i tak trudno je rozprostować...
Niepełnosprawność jest wymagająca. Oczekuje od nas sił, którymi czasem nie dysponujemy ot tak, na pstryk, na zawołanie. Tym bardziej więc musimy je skądś czerpać, wyszukiwać, pielęgnować w sobie, gdy już je znajdziemy.

Szukałam więc, gromadziłam, składałam, by zaoszczędzić na potem;)
Czy mam ich wystarczająco dużo? na ile ich starczy?
 W trakcie moich "cichych dni" na blogu doszłam do banalnego wniosku. Otóż, nie wyobrażam sobie, a może własnie wyobrażam aż nadto doskonale?- by całym moim światem stała się nie-sprawność Ignasia. To potwornie obciążające uczucie- zamknąć się w klatce ze zmęczeniem, rehabilitacją, niemocą, ciągłym pielgrzymowaniem po świecie medycznym... To tak, jak nieustannie przebywać z lwem na kilku metrach kwadratowych, bez możliwości ucieczki, wydostania się zza krat. Obłęd, ciągłe napięcie psychiczne, ciągły stan podwyższonej uwagi, bez możliwości włączenia przełącznika "off". Nawet podczas snu jakaś cząstka człowieka stale czuwa i monitoruje otoczenie, by zerwać go na równe nogi przy najdrobniejszym odgłosie. No i totalny brak przestrzeni osobistej.
Ilu rodziców chorych dzieci tak żyje? Nie wiem. Ja jednak po prostu tak nie potrafię. Muszę z tej klatki niepełnosprawności wychodzić, zostawiać ją za sobą, i przez chwilę choć patrzeć w innych kierunkach. Zwłaszcza, że mamy jeszcze dwóch starszych synów ;)

Znajduję sobie więc nowe zajęcia, zainteresowania, pasje. Nie rezygnuję z wyjść do kina, na koncerty, wyjazdów na urlop, samotnych weekendów. Chodzę na zakupy- nie tylko spożywcze- i wciąż powtarzam sobie, że na zwykłe życie też muszę mieć przestrzeń w sobie, też mi się ona należy zwyczajnie.

Czeka nas trudny tydzień.
Trudny, bo tata wyjeżdża służbowo i trudny, gdyż czekają nas liczne wizyty u specjalistów, akurat w tym tygodniu. Czasem życie tak się plecie.
W poniedziałek jedziemy do poradni rehabilitacyjnej po zlecenie na obuwie ortopedyczne letnie.  Z poprzednich bucików Ignaś już dawno wyrósł, a lato zbliża się, bądź co bądź, wielkimi krokami :)
Cóż to za problem- spytacie? Niewielki, owszem... wystarczy jedynie przejść całą procedurę i buty wylądują w szafie (lub na stopach Młodego). Jeśli się "ma" chore dziecko, zakup letnich specjalistycznych sandałów wygląda następująco:

1. zarejestruj się do lekarza pediatry na wizytę
2. poproś o skierowanie do poradni rehabilitacyjnej
3. zadzwoń do poradni rehabilitacyjnej w celu ustalenia terminu wizyty u lekarza rehabilitacji (nie każdy lekarz takie zlecenie wystawić może bądź- rzadziej- chce, wcześniej więc zorientuj się, czy załatwisz swoją sprawę u danego specjalisty!!! żebyś nie jechał/-ła na próżno)
4. jeśli termin wizyty wyznaczono Ci na miesiąc lub dwa do przodu, możesz zostać poproszony/-na o dostarczenie osobiste w terminie dwóch tygodni od dnia rejestracji, bądź listowne- ta wersja jest zdecydowanie bardziej korzystna dla pacjenta lub jego opiekuna, skierowania do rzeczonej poradni, by formalnościom stało się zadość i wszyscy mieli gwarancję twej prawdomówności). Jedziesz więc do poradni albo gnasz na pocztę :)
5. jedź na wizytę umówioną w punkcie powyżej, by otrzymać wypełnione zlecenie na zaopatrzenie ortopedyczne dla NFZ (czasem musisz znać też odpowiednie kody, które należy wpisać...)
6. jedź do oddziału NFZ pod który podlega twoja rodzina, i podbij zlecenie (czasem możesz napsuć sobie sporo krwi, jeśli coś na wniosku-zleceniu będzie napisane nieodpowiednio- wtedy może cię nawet czekać powrót do punktu 3).
7. znajdź wykonawcę obuwia, ustal z nim szczegóły zamówienia telefonicznie- opcja preferowana przez nas- tudzież jedź z dzieckiem na przymiarkę.
8. wyślij lub przekaż podczas spotkania, zlecenie na obuwie, podbite przez NFZ i zapłać kwotę, której on nie sfinansuje.
9. Czekaj na buciki- czasem tydzień, czasem miesiąc- to zależy od producenta :)

Zmęczeni? :)
No właśnie :) A to tylko buty dla dziecka. Koszt zwykle ponad 350-400*zł z naszych środków, reszta łaskawie z budżetu NFZ :)

W przyszłym tygodniu również rozplanowane mamy dwie wizyty w Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej- na szczęście lokalnej i zupełnie "po sąsiedzku". Ignasia czeka badanie pedagogiczne oraz logopedyczne (pod koniec marca również psychologiczne), by określić tempo jego rozwoju w tych obszarach i poziom obecnego funkcjonowania. Dokumenty te potrzebne nam będą także w celu orzekania o niepełnosprawności, planowanego na koniec czerwca br. Prawda, że zdrowe dzieci nie muszą przechodzić takich badań rutynowo i systematycznie? Bonus bycia w normie i zdrowym, jak widzicie :)

I na sam koniec już- we czwartek- zostawiliśmy sobie wizytę u otolaryngologa, na którą oczekujemy od dwóch miesięcy, ale to naprawdę krótko, nieprawdaż? Powodem z kolei tej wizyty jest potrzeba wykluczenia (tego byśmy sobie życzyli szczerze) jakiegokolwiek niedosłuchu najdrobniejszego nawet, który ewentualnie mógłby stać za opóźnieniem rozwoju mowy u Ignasia. Jeśli zaś wykluczyć się takiej przyczyna nie uda, będziemy musieli po prostu działać, by jej przeciwdziałać :) Ot, drobiazg- wyzwanko, z którym z pewnością sobie wirtuozersko poradzimy i prędko, bo jak nie my, to kto?....

Tak. 19 marca, we czwartek. My we Wrocławiu w przychodni PZG. A inni rodzice chorych dzieci po raz kolejny będą spędzać czas pod Kancelarią Pani Premier, protestując,(klik, klik) by nasze życie nie przypominało ani klatki, ani walki z wiatrakami....


Pozdrawiam Was wszystkich CIEPŁO :)

PS. Ten post edytowałam ponownie 19.03.2015r, dowiedziawszy się o zmianach w refundacji zaopatrzenia medycznego przez NFZ w chwili obecnej. Okazuje się (wg słów lekarki rehabilitacji), że teraz NFZ refunduje obuwie dwukrotnie w roku, ale za to do kwoty 150 zł. Buty, które Ignaś będzie nosił, jak poprzednim razem, kosztują ok. 550 zł. Rachunek jest więc prosty. Do tego należy doliczyć koszt wkładek, które robione są na miarę, czyli kolejne 120-150 zł, nierefundowane. No. Miłego dnia :)

05 marca 2015

Milczenie "łowiec"

Co roku o tej samej porze dopada mnie milczenie i przygnębienie ;)
Zaszywam się w domu, nie odpalam komputera i zapominam, co dla mnie jest naprawdę ważne... Okropny to czas, gdy zmęczenie przelewa się falami. Nikt mnie wtedy nie lubi i ja nie lubię wtedy nikogo...


I niby jest jak zwykle, jeżdżę z Ignasiem na rehabilitację, odprowadzam go do przedszkola, uśmiecham się może trochę mniej radośnie i zdecydowanie rzadziej, odpuszczam sobie sprawy drugiej wagi, milczę, zapominam o zakupach... nie wstawiam prania przez kilka dni.... ogólnie robię mniej...

Ale są i dobre efekty takiego czasu:)
Ot, na przykład, dwa piękne filmy obejrzane pod rząd... albo dwie nowe wydziergane czapki dla znajomych. Dwie książki przeczytane za jednym zamachem. No i pichcenie- cóż mi pozostaje na poprawę nastroju ;)

Na szczęście to mija.

Tak, jak minęło już prawie rozkładające nas na łopatki gremialnie i pospolicie przeziębienie jakieś okrutne, niebagatelny wpływ mające na opisany powyżej stan ducha mój i pozostałych członków rodziny. I oby nie wracało przez rok przynajmniej kolejny.

I tak oto turnus rehabilitacyjny, zaplanowany na sam początek marca tego roku, odszedł w zapomnienie. Ot, życie ;)