Pomagać= wymagać?

Dawać szansę, rozumieć ograniczenia.........ale nie wyręczać.

Czyli rzecz o moim własnym rodzicielstwie mojego osobistego niepełnosprawnego syna. Żadnym innym, żadnego innego.

Poniższe refleksje są efektem czwartkowego spotkania, w którym uczestniczyłam na własny użytek i użytek mojego syna. Miało ono miejsce w przedszkolu integracyjnym i mam niejasne przeczucie, że było mi bardzo potrzebne, stąd cenne. Aczkolwiek niełatwe, jak to się ma do zdarzeń, otwierających oczy, wyprowadzających z błędu, przewartościowujących kwestie zasadnicze.

Na czym polega integracja? Konkretnie integracja mojego syna, z jego ograniczeniami ale również możliwościami i obecnymi umiejętnościami?

Zwykłam myśleć, że skoro słabszy i gorzej funkcjonujący, to potrzebujący bardziej. Różnych form wsparcia, ułatwień, zrozumienia, innego spojrzenia, innych kryteriów oceny i , co logiczne, innych wymagań, przed nim stawianych. Przez świat. Przez otoczenie. Przez grupę.
Jak nic, lecieliśmy wspólnie z Ignasiem w przepaść, gdzie aż jeży się od ostrych grani litości, niechęci i wykluczenia właśnie. A na dnie kusząco sapała i dyszała do nas magma frustracji. I osamotnienia. Życiowego..

Jeszcze nie wiem, czy się o te granie nie rozbijemy, czy zdążymy zmienić kurs. Ale wszystko w naszych rękach. Dostaliśmy orientacyjne wskazówki i wytyczne. Jak z nich skorzystamy- zależy od nas.

Z obserwacji Pań, pracujących w przedszkolu z Ignasiem wynika, że radzi sobie on fantastycznie w świecie dorosłych. Zgadzam się z tym. W stu procentach. Ignacy fantastycznie nawiązuje relacje, garnie się do różnych dorosłych aktywności, chce kupować w sklepie cukierki i sam za nie płacić w kasie. Chce sam przyrządzać zupę albo smażyć "fussion- naleśniki", odkurzać, odnosić naczynia ze stołu i sprzątać w samochodzie (ba! nawet go prowadzić!). Wydawałoby się, że świat stoi przed nim otwarty i macha zachęcająco...

Relacje z rówieśnikami zaś leżą. I prawie kwiczą. Grupa dzieci.... to dopiero dla niego wyzwanie! Owszem- popatrzeć jak najbardziej, ale wejść w kontakt z własnej inicjatywy... To dopiero kosmos.

Przecież on nie mówi, więc go dzieci nie rozumieją- myślę sobie.
Przecież on nie ma w domu kontaktu z rówieśnikami, którzy mu pokażą, co i jak? Tylko starsi bracia (już nieco sfrustrowani- nadmienię uczciwie).- tłumaczę.
Sama sobie.
I się pieklę w duchu. I rozczulam. I odczepiam zaciśniętą piąstkę od matczynej spódnicy, by chwilę później przygarnąć i utulić moje biedne, małe, niepełnosprawne Kaczątko. Buuuu.... i taka jestem w potrzasku, uwikłana, zirytowana nierzadko, bo nic bez niego przy nim zrobić się nie da. Wciąż ktoś musi być nieopodal, zachęcać, spełniać zachcianki, wyjaśniać, tłumaczyć....
A samodzielna zabawa? Zdarza się, oczywiście, acz rzadko i na wagę złota jest. Na 5 minut. Niecałe. I basta.

Okazuje się, że można integrację rozumieć nieco inaczej. Bardziej obustronnie, że się tak wyrażę.
Integracja to nie tylko coś, co zdrowy świat daje osobom chorym, słabszym.
To również angażowanie się tych osób chorych /słabszych w zwyczajny świat. Podejmowanie wysiłku. Równanie w górę, tam gdzie to tylko możliwe i w takiej skali, w jakiej to możliwe.
Zrozumiałam na swój własny i mojej rodziny użytek, że integracja to także dawanie równych możliwości doświadczania zwykłego życia.
Nierzadko wyzwanie dla tych słabszych. Praca do nadrobienia.
Stawanie na własnych, choć wciąż chwiejnych nogach. Wysiłek.
Ten wysiłek właśnie, który Ignaś musi włożyć, by zaistnieć w grupie rówieśniczej.

Któż inny, jak nie inne dzieci, pokażą mu, na czym polega bycie z innymi dziećmi, a później- ludźmi? Ale jest to nauczyciel po stokroć bardziej uczciwy, rzetelny i wymagający, niż niejednokrotnie nadopiekuńczy świat dorosłych (czyt. matki, czyli mój i najbliższych, steroryzowanych matki oczekiwaniami).

Gdzie tu integracja, powiecie?
No właśnie... też tak myślałam...
Że trzeba ułatwiać, dawać możliwości, pomagać i wspierać...
To także. Bezsprzecznie.
A jednak nie wyłącznie, co zrozumiałam dzięki wczorajszej rozmowie... mądrej i szczerej- takie mam wrażenie.
Równie często muszę też wymagać.

Grupy integracyjne w przedszkolach (w przedszkolu, do którego uczęszcza Ignaś) dają dziecku MOŻLIWOŚCI. Dają choremu, niepełnosprawnemu dziecku możliwość stania się częścią grupy. Zdrowej, zwyczajnej, typowej grupy innych ludzi...
Dają mu także szansę wyjścia z domu. Doświadczania świata innego, niż ciągła rehabilitacja, wizyty lekarskie, koncentracja na jego osobie... w taki, czy inny sposób.
W jakimś sensie przełamują izolację, spowodowaną innością i chronią przed roszczeniową postawą, jak nic skazującą człeka na poczucie goryczy i braku satysfakcji w relacji ze światem. Bo świat nie jest od spełniania naszych żądań i zaspakajania potrzeb. Świat JEST- ale to tak na marginesie, czyli matkę poniosło....
Pokazują wzorce, stawiają cele do zrealizowania, których w innej sytuacji świat przed takim dzieckiem by nie postawił z taką łatwością i.... bezwzględnością. A dorosłe życie już tak... Są więc miniszkołą przyszłego życia w większej społeczności. I albo się tego Ignaś nauczy i w ten sposób skorzysta z szansy. Albo nie. I będzie klops, odbijający się przykrą czkawką niezaradności i poczucia gorszości na starość ;)


Tak to zrozumiałam najoględniej...

Ignacy nie mówi. Komunikuje się, owszem, wypowiada kilka słów, pokazuje, co chce, czego nie chce i czego potrzebuje, ale są to komunikaty świetnie rozpoznawalne w świecie otaczających go osób dorosłych. Dzieci, z racji swoich możliwości poznawczych, mogą mu dać po stokroć mniej uwagi, niż Pani, mama, starszy brat czy opiekunka. Nie wspominając o Babci, of course :)
Ignaś więc ma trudniej. Duuużo trudniej- powiedzmy to sobie wprost.
W chwilach, gdy chce coś od innego dziecka, szuka wzrokiem najbliżej stojącego dorosłego i używa go jako symulatora mowy, tłumacza konsekutywnego na własny użytek z "ignasiowego" na polski... Jakimś jednak cudem dogada się z dorosłym tłumaczem, dlaczegóż by więc nie z dziećmi?
Cha. Bo jest trudniej... Trzeba się zaangażować bardziej, wyjść z pozycji oczekującej na uwagę, upomnieć o nią, albo najzwyczajniej w świecie zaprosić do swojego świata inne dziecko.
Nie jest to dla niego łatwe zadanie- wiem, i właśnie dlatego często go w nim ....hmmm.... wyręczam.
Czy mu pomagam tym samym?
nie wiem?
Może, chcąc chronić przed porażką i frustracją, funduję mu większą?
Czy on ma SWÓJ świat? Taki na wyłączność, do którego może kogoś zaprosić?
Chyba nie dałam mu szansy go jeszcze stworzyć. A proces tworzenie potrzebuje zaangażowania i wysiłku. I jakiejś formy skupienia i samotności. Ignaś nie znosi samotności, a ze skupieniem ma ogromne problemy. Dzisiaj.

I właśnie to mamy zmienić. To jest nasze zadanie. Zmotywować go do włożenia wysiłku we własną niezależność i samodzielność, tak, by poczuł się równy z innymi dziećmi, nie czekał, aż one do niego rękę wyciągną lub się nim zaopiekują. On musi zaopiekować się sobą w jakimś metaforycznym sensie sam. Podejść do tego świata i powiedzieć "hej! ja tu jestem! bawię się z wami i jestem częścią waszej grupy."
To strasznie trudna umiejętność.
Wymagająca i od niego i od nas. Musimy się wycofać, żeby Ignaś musiał się zaangażować. Musimy go jakoś do tego "zmusić", zabierając znane wzorce i schematy. Rzucić na głęboką wodę.
I trzymać za nas wszystkich moocno kciuki, żebyśmy nie potonęli ;)



Bardzo jestem ciekawa, jak inni rozumieją sens integracji? Mam poczucie, że jestem gdzieś na początku drogi, choć pierwszy odcinek już przeszłam. Będę wdzięczna, jeśli podzielicie się swoimi refleksjami...

Komentarze

  1. Czuje się poniekąd wywołana do odpowiedzi. Dla mnie integracja = pełna akceptacja drugiego człowieka. Niezależnie czy ów człek ma jakieś nadbagaż w postaci niepełnosprawności chociażby. Odkąd pamiętam zawsze wychodziłam z założenia, że o człowieku decyduje jego charakter. nie to jak się porusza czy komunikuje. Jak żyje już 3 dekady z mpd(w tym wada wymowy i czterokołowy nieodłączny towarzysz, czyli wózek inwalidzki) zawsze znaleźli się ludzie, którzy mnie akceptowali i akceptują do tej pory. Najgorsze, co może Pani zrobić to uczynić z synka niepełnosprawnego społecznie. Czy Ignacy ma trudniej? Hmm. Ja bym tego tak nie określiła. Ma inaczej może. Ale kiedy ktoś naprawdę będzie się chciał z nim skomunikować to sposób na bank się znajdzie, I nie mam na myśli tylko migania. Pozdrawiam
    P. S podczytuje Was od dłuższego czasu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ewo! Miło, że do nas zaglądasz i pozostawiłaś swoją opinię:)
      Jest ona tym bardziej cenna, jako opinia "z perspektywy Ignasia"- jeśli wiesz, o czym myślę. Bardzo trudno stawia mi się kroki w rodzicielstwie z "nadbagażem" lęku, więc takie opinie jak twoja pomagają mi zrozumieć sprawy, z którymi wcześniej nie miałam styczności. Dzięki za Twoje doświadczanie niepełnosprawności. Masz rację- on ma inaczej, a przez to i my też tego "inaczej" musimy się nauczyć. A ty powiedziałaś nam to, czego on jeszcze po prostu nie potrafi ;)
      Pozdrawiam cię ciepło :)

      Usuń
  2. No tak. Nasze dzieciaki w szkołach i przedszkolach radzą sobie dużo lepiej niż w domu, dlaczego tak jest , a dlatego że w szkołach więcej się od nich wymaga, a w domu w dużej mierze wyręczają rodzice.
    świetnie to napisałaś. Ja gdy idę na zajęcia do Ośrodka moich chłopców, wprost nie mogę się nadziwić, jak oni się tam zachowują, jak super pracuję, i same achy, ochy. W domu natomiast ciężko mam zagonić ich , nawet w formie zabawy do wspólnych ćwiczeń.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz- ja dziś postanowiłam Ignasia właśnie "nie zaganiać", nie organizować mu czasu ani aktywności. I- mimo, że cały dzień spędziliśmy w domu, bo gorączka- Ignacy się dostosował. Po prostu :) I nieskromnie myślę, że to moja "zasługa". Zostawiłam mu przestrzeń, a on po swojemu ją zagospodarował. Nie wiem, czy o tym dokładnie myślałaś, ale tak czy inaczej- bardzo wiele zależy od nas- rodziców.
      PS. My w domu ćwiczymy dość mało. Właśnie w tym jest problem- im więcej Ignacy ma czasu wypełnionego dorosłymi, tym słabiej radzi sobie samodzielnie... A na tej samodzielności mi zależy dla niego najbardziej :)
      Pozdrawiam Ciebie i Chłopaków :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.