22 maja 2015

Susie

Kiedy myślę o naszej codzienności, również z perspektywy bloga, właściwie nic mi się nie wydaje spektakularne czy ważne. Na tyle ważne, by o tym pisać.

(no, prócz oczywiście 
rzeczonego wcześniej konkursu-  TU klikamy;) głosujemy:) który mi spać po nocach nie daje i kosztuje tyle emocji, ile, nie sądziłam, że mogę czemuś poświęcić jeszcze, zaś do tego stopnia mnie wciągnęła idea, że zaczynam mieć poważne lęki odnośnie bycia zablokowaną na fb przez niektórych znajomych;))...

Ignasia kondycja fizyczna na tyle się unormowała, na ile może się unormować zdrowie początkującego przedszkolaka. Spodziewałam się tego: prędzej czy później nastanie taki etap, kiedy to na jeden tydzień w przedszkolu przypadnie jeden tydzień spędzony w domu.  I właśnie ów etap nastąpił.
Ignacy radzi sobie naprawdę dzielnie i brawurowo, choruje raczej lightowo, na tyle, by pójść na spacer lub na plac zabaw, więc jakoś sobie radzimy we dwójkę. Choć piątki bywają już czasem trudne, nie przeczę, po takim tygodniu dziecięcego chorowania;)

Tymczasem ostatnio pojawiła się na naszym horyzoncie "Susie"....
I to jest to, o czym mam prawdziwą potrzebę opowiedzieć więcej.


W życiu Ignasia dzieci jest właściwie niewiele. Zwłaszcza równolatków.
Mam na myśli oczywiście stałe, regularne kontakty, spontaniczne, nie inicjowane przez świat dorosłych, czy też instytucje, w których się pojawiamy z Ignacym.

Oczywiście- mamy bardzo szerokie grono serdecznych znajomych i przyjaciół kilkoro przynajmniej, i spotykając się z nimi, zawsze pojawiają się przy Ignasiu dzieci, ale są one starsze zazwyczaj albo niejako "za pośrednictwem rodziców"- nazwijmy to tak jakoś niezręcznie, ich drogi splotły się i przecięły... Kontakt z Ignasiem miewają różny, raz lepszy raz gorszy, raz są sobą bardziej, raz mniej zainteresowane- jak to dzieci- z jednymi się bawią, z innymi nie, jednych lubią, innych trochę mniej. I vice versa w tym kontekście, co znaczy: Ignaś z nimi również;) a jakże ;).

Trudno więc powiedzieć, żeby Ignacy "miał kolegów", albo "koleżanki"... (patrząc jednak z perspektywy dzisiejszych czasów, trudno w ogóle powiedzieć o jakimś 4,5 latku, by miał kolegów czy koleżanki w rozumieniu pokolenia obecnych czterdziestolatków ;)....

Ale właśnie to chyba się zmienia, przepoczwarza i.... zdumiewa mnie, zachwyca i rozczula zwyczajnie... totalnie.

Do Ignasia przychodzi od czasu do czasu, nazwijmy ją, Susie....
Susie ma 6 lat i chodzi do zerówki. Mieszka na tej samej ulicy, choć na jej drugim końcu, i jest zupełnie zdrowa.

"Jak ryba"....

A zatem....

Nie wiem, dlaczego jest to dla mnie absolutny fenomen. Kompletny?... szlachetny?...

zupełnie....


Ale też nie mam wątpliwości, że jest on taki w istocie. 

Czujecie?

Wyobrażacie to sobie? 
Tak szczerze? ..............

Do 4,5 letniego chłopca, który nie mówi zrozumiałym dla dzieci językiem, pokazuje rękami jakieś niewyraźne znaki, które najlepiej odczytują rodzice i bracia, a do tego chodzi jak kaczuszka, nie potrafi kopnąć piłki, ani za nią podbiec, ani też jej złapać, tudzież zamiast malować farbkami, gryzmoli jakieś chaotyczne krechy (dobrze, że kolorowe przynajmniej)- przychodzi zdrowa, rezolutna, przeurocza, o pięknych piwnych oczętach i miedzianych, lśniących włosach, zwiniętych zgrabnie w koczek na czubku głowy z kokardką, dziewczynka, lat 6.
(no dobra- przesadziłam z tą kokardką, ale ze spineczką to już na 100%- możecie mi wierzyć).

I razem się bawią.

Ona mu ugotuje obiadek w domku, albo poprowadzi go za rękę po schodach z samej góry na sam dół, bo widzi, że on jakoś tak niepewnie, nie bardzo jeszcze chodzi bezpiecznie i chwiejnie.
On jej coś tam pokaże w pokoju, oprowadzi po całym domu, pomruczy coś, pogestykuluje i jakoś się dogadują przez chwilę.

Za każdym razem, gdy w progu naszego domu staje ta mała, ruda dziewczynka, wzruszenie mi skacze do gardła. Jak brytan. Dlaczego?

Bo ona przychodzi do Ignasia, Moi Drodzy! Wyłącznie*!

"Dzień Dobry, czy mogę się pobawić z Ignasiem?"- pyta w progu. - "Mama mi pozwoliła do Was przyjść."- uzupełnia szybciutko... (tak, tak- to jest ten znak czasów, Panowie i Panie :).


A Ignacy pędzi jak szalony do schodów, by się z nią przywitać, wziąć za rękę (bo tak chodzą ze sobą zazwyczaj) i poprowadzić do salonu, czy do ogródka, czy gdziekolwiek indziej... 


Jak długo to potrwa?
Jak dalej się potoczy?
Gdzie skończy?


Banalnie. Na pewno. Niedługo, być może, niebawem.

Ale póki to trwa,  się dzieje- nie chcę tego tracić, niszczyć, czy podeptać...

Zdrowe dzieci mają zdrowych kolegów, kumpli. To jasne. Takie są prawidła międzyludzkich spotkań.

Chore dzieci....

no właśnie... a jak mają chore dzieci?...
myśleliście czasem?....


___________________________________________________________

Fajnie, że jesteś, mała Susie z naszej uliczki niewielkiej:) Odwiedzaj nas częściej, proszę... mama.






2 komentarze:

  1. W klatce mojej mamy mieszkają dwie dziewczynki w Zosi wieku. Jak tak się napatrzę jak chodzą za rączkę i dogadują się w swój 2,5-latkowy sposób to potem zaszywam się w ciemny kąt i ryczę. Mam marzenie, że za rok, dwa moja Zocha do nich dołączy. Ale czy one ją zaakceptują? Czy rodzice im pozwolą? I chcę i boję się.

    OdpowiedzUsuń
  2. Pani Matko
    Nic dziwnego...
    Toż taka prawdziwa Integracja naprawdę wzrusza
    Spontaniczna

    OdpowiedzUsuń