24 czerwca 2015

Czerwcowa wyliczanka

Czerwiec właściwie za moment się skończy. Jeden wpis to trochę skromnie. Ale od czego by tu zacząć, na czym się zatrzymać?

Okazało się, jak to zwykle bywa, że nasz najmłodszy syn dojrzał już do długich rozstań z rodzicami i wręcz się doczekać rozstania nie mógł i pozostawienia go u Babci w asyście jeno braci. Bardziej nawet dojrzały jest, niż wszyscy dorośli członkowie rodziny przypuszczali. I sami byli dojrzali do tego rodzaju pomocy;) Piszę to z pełną świadomością i odpowiedzialnością, ponieważ za każdym razem, gdy powierzamy opiekę nad naszymi dzieciaczkami komuś bliskiemu- a stało się to już, przypomnę- dwukrotnie: raz za sprawą Cioci Oli i Wujka Dawida (klik, klik), a drugi- naszych dzielnych Rodziców (o czym pisałam z euforią ostatnio) - przy odbiorze dziatwy w stanie rewelacyjnym, słyszymy- cytuję:

 "Nie było tak strasznie. Trochę się bałam, że Ignaś będzie to czy tamto, ale poradziliśmy sobie wszyscy świetnie. Możemy spokojnie to POWTÓRZYĆ!!!!!!!!!!!!!!!!" )

I nie są to czcze deklaracje, przyznam Wam z dumą, bo oto Ciocia Ola z okazji naszych okrągłych urodzin w tym roku obdarowała nas przecudnym prezentem, w postaci deklaracji, że spokojnie jeszcze w tym roku chętnie zaopiekuje się chłopcami w dogodnym, wybranym przez nas terminie!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Zaś Babcia I. na do widzenia zaprosiła chłopców ponownie do siebie, z jednym zastrzeżeniem: ŻE BEZ RODZICÓW!!!!  jak tylko wróci z wakacyjnych wojaży, czyli w okolicy września :) :) :) 

Tak więc pobyt u Babć wszystkim zrobił naprawdę dobrze i odczarował po raz kolejny ignasiową niepełnosprawność, za którą się czasem ukrywamy wszyscy po równo. Lęk okazał się zbyteczny i nad wyraz, ale przecież to już tak dobrze znamy z naszej codzienności (ot, na przykład dzisiejsza wizyta u okulisty, powiedzmy- nawet się nie zdenerwowałam, gdy Pani doktor obronnie zastrzegła, że takiego małego dziecka to ona nie przebada, bo z dzieckiem trzeba do badania nawiązać odpowiedni kontakt, po czym, gdy ją zapewniłam, że Ignaś fantastycznie nawiązuje kontakt, tylko nie mówi, badanie, trudniej, niż przy zdrowym dziecku i owszem, ale jednak dało się przeprowadzić :). Nie zdenerwowałam się, tylko trochę mi się przykro zrobiło, ale natychmiast wzięłam poprawkę na to, że ludzie się zwyczajnie boją Ignasia i jego inności, i Pani doktor też człowiek, też się przestraszyła... cóż, tak po prostu już jest. I kropka).

Gdybyście się mnie zapytali, co się u nas działo przez te ostatnie trzy tygodnie milczenia, nie przestawałabym chyba mówić. 


  • Trzy razy świętowaliśmy urodziny (taki lajf po prostu czerwcowy w naszej rodzinie).
  • Cztery razy zmienialiśmy decyzję dotyczącą tego, czy Ignaś zostanie w swojej grupie przedszkolnej, czy raczej dołączy do grupy równoległej? (stanęło na tym, że zostanie, ale przy aktywnym wsparciu nauczycielek-terapeutek i nauczycielki wspomagającej, które będą intensywnie pracować z dziećmi i Ignacym nad włączaniem go do grupy, tak by dzieci go zaakceptowały i dostrzegały, gdyż okazało się niestety, że nie jest tak fantastycznie, jakbyśmy oczekiwali w tej kwestii).
  • Ignacy wyruszył (i wrócił w całości) na swoją pierwszą, przedszkolną wycieczkę w plener! 
  • Dwa razy zaordynowano Ignacemu antybiotyk  (jeden aktualnie w trakcie podawania) z powodu a to wtórnego zakażenia bakteryjnego (po dwutygodniowej infekcji wirusowej), tudzież obecnie pierwszej chyba w historii naszej rodziny- anginy. Łamię sobie trochę głowę nad tym, jak go wzmocnić i uodpornić, bo nam się dziecko od tego roku jakoś zdrowotnie rozjechało... Mam już na horyzoncie pewien specyfik, z którego kiedyś korzystaliśmy, ale- uwierzycie, lub nie- zamawiam go od dwóch tygodni i zamówić nie mogę... czas, czasss, czasssssss.... (no, może po tym wpisie się za to wezmę w końcu).
  • pięć dni i nocy podczas anginy walczyliśmy z 40-stopniową gorączką u Ignaca, co może nie było jakieś spektakularne, ale na pewno wykańczające dla niego, przy jego 13 kg żywej wagi. Na szczęście już luz ;)
  • gdzieś około 10 czerwca uczestniczyliśmy w sympatycznym Pikniku Rodzinnym w przedszkolu, na który zaciągnęłam starszych braci i wszyscy byli zadowoleni. Tam też po raz kolejny i  bardzo jednoznaczny zobaczyłam, że Ignacy nie jest częścią grupy, niestety. Że dzieci go nie zauważają, nie potrzebują jego towarzystwa, raczej tolerują - a i to nie zawsze- i (walcząc ze łzami, bo byłoby krępująco) po raz kolejny pomyślałam, jakie to wielkie szczęście, że ma on starszych braci... Którzy, mimo jego niesprawności, potrafią się z nim bawić, kłócić, pomagać, droczyć, ochrzanić, gdy trzeba i połaskotać, gdy mają ochotę- tak, oni nie zauważają jego niepełnosprawności, im ona nie przeszkadza. Jest raczej naturalna choćby dlatego, że przez te 4,5 roku zdążyli się z nią oswoić. Bywa męcząca, wkurzająca- nie przeczę ani ja, ani oni- ale oni kochają go mimo niej- tak, jak starszy brat może kochać młodszego, trochę upierdliwego rozrabiakę...
  • A ponad to przeżyliśmy egzamin z pianina najstarszego syna, liczne popisy w szkole muzycznej średniego syna (na trąbce), kilka wizyt u specjalistów z całą czeredą no i wczorajszy Dzień Ojca (może niezbyt wyszukany, ale z pewnością smaczny;)).
  • We wtorek byliśmy u neurologa z Ignacym, by wypełnić dokumenty dla komisji orzekającej o niepełnosprawności i zwyczajnie się pokazać pani doktor (coby o nas nie zapomniała). Zaleceń nowych nie mamy dla Młodego, kontynuować Gliatillin, OmegaMed babyD trochę zwiększyć dawkę i stymulować gol (kto chce- klik,klik) - jeśli taka wola nasza- bo sama pani doktor nie specjalnie entuzjastycznie do tego typu zabiegów się odnosi... Choć nie zdziwiło mnie to zbytnio, to raczej miło nam nie było- nie powiem, bo nieco więcej zainteresowania się spodziewaliśmy z jej strony. Zimny prysznic, jakowoż nie lodowaty, nie ostudził jednak naszych nadziei, i jak tylko Ignac skończy antybiotyk, wracamy do zabiegów. W sumie to nam najbardziej zależy na naszym dziecku, i tego się trzymajmy.
  • Czy czegoś nie pominęłam? Nie sądzę... no, może dwa weekendy z gośćmi w tle, ale to przecież nasz ulubiony sposób spędzania wolnego czasu ;) i raczej więcej nam odpoczynku i relaksu to przynosi, niż zmęczenia i stania przy garach... (nasi rutynowi goście zresztą już wiedzą, że u nas poczęstunek zawsze jest wypadkową przypadku i obecnych w domu produktów, tudzież mojej ułańskiej fantazji, a jednak- sama nie wiem, jak to się dzieje- zawsze wychodzimy z tego obronną ręką ;)- mnie przynajmniej smakuje, a niektórzy nawet chwalą, niekoniecznie przez grzeczność, bo zbyt długo i dobrze się znamy. a na końcu wszyscy żywi od stołu wstają i w niezłych do tego humorach...). Taaaak.
I koniec. Koniec czerwca. Koniec roku szkolnego. Koniec gonitwy i poplątania. Może i koniec deszczu niebawem przyjdzie, kto wie?...

Trudny to był miesiąc. Obfity. W zmęczenie i dylematy wszelakie bogaty. I choć na tym tle wiele błyszczących radością dni się zjawiało, to w sumie się cieszę, że już mija ten miesiąc, tak szczerze...

I Ignac z przedszkolem i zdrowiem. Takie to niepewne było i nowe. Cóż, zobaczymy, jak potoczy się jego kariera grupowa, choć ufam, że dobrze. Nie odpuszczę tematu i pracy terapeutów, nie dam się już przekonać, że samo się stanie. Nie stało się przez ten rok, i teraz potrzebuję temu jakoś pomóc "odgórnie". Dobrze, że team terapeutyczny jest w tej kwestii gdzieś blisko i otwarty na moje sugestie i obawy. Wiem, że możliwa jest zmiana i chcę tę zmianę wspierać.

I cieszę się w sumie z tego, że mogę obserwować ludzi zdrowych w ich przemianie za sprawą Ignaca... Najbliższa rodzina, my sami, nasi synowie, ale również niektórzy rodzice, z którymi się spotykamy, koledzy naszych synów, pani okulistka- wszyscy, którzyśmy się najpierw Ignaca niepełnosprawności bali, otwieramy się na to inne, które on wnosi i uczymy się z tym normalnie żyć. I o to jesteśmy bogatsi. O przekroczone ograniczenia, których by się bez ograniczeń właśnie pokonać nie dało...

No. Zmęczona jestem. Więc milknę ;)
(ale ładny wpis mi wyszedł, prawda? :P ).

2 komentarze:

  1. No wreszcie jakiś wpis po takiej przerwie! ;)Tak mnie uderzyło to, co napisałaś o Ignasiowym nie-istnieniu w grupie rówieśniczej. Smutne. Przeżywaliśmy to z Adasiem w zeszłym roku. Podczas podsumowującej rozmowy z panią dyrektor przedszkola, podjęłam temat. W odpowiedzi usłyszałam, że Adaś nie jest ani lubiany, ani nielubiany. Przedstawione w formie sukcesu ("to nieprawda, że dzieci go nie lubią"). Nie jest ani lubiany ani nielubiany- czyli dla rówieśników jak powietrze:( Smutne to było. Teraz jest dobrze, zaskakująco dobrze. Wiem, że nie ma co porównywać, ale dobrze, że walczysz o to, żeby Ignaś stał się częścią grupy. Dzieci są otwarte, trzeba im pomóc i mam nadzieję, że terapeutki staną na wysokości zadania, znajdą sposób...

    OdpowiedzUsuń
  2. o, fajnie że znów coś skrobnęłaś :-) :-)
    pozdrawiam zza miedzy
    ivonesca

    OdpowiedzUsuń