13 lipca 2015

Poprzeczka

Z racji tego, iż w ostatnich czterech latach zawrotnie wzrosła liczba zawartych przeze mnie znajomości z ludźmi, wychowującymi dziecko z problemami zdrowotnymi, zdecydowanie częściej docierają do mnie (głownie przez fb) różnej maści artykuły, dotykające problematyki niepełnosprawności.
Średnio moje oko zawiesza się na 3 do 4 dziennie. Jest grubo- jak widzicie:) Nudy nie ma.
Jedne czytam, inne przewijam w dół, nigdy do nich nie zaglądając. Wszystko zależy- bądźmy szczerzy- i od tytułu i od nastroju, w którym akurat mnie dany artykuł zastał.

Ale założę się, że i tak czytam ich zdecydowanie więcej, niż statystyczny użytkownik sieci, a z pewnością ten, który dziecka chorego nie ma :) Za to nie czytam innych, które czytacie Wy :)
Nie udostępniam ich też na potęgę w kręgu swoich znajomych, wyobrażam sobie bowiem, że takie bombardowanie może zwyczajnie zmęczyć. A przecież nie chcę nikomu psuć relaksu;)

Co mi z tego czytania przyszło?
Niepełnosprawność to udręka. Najczęściej  wciąż. To generator problemów i heroizm bliskich. W wielkim uproszczeniu, rzecz jasna i grubą krechą kreślone. 
Nie oceniam. Ale trudno mi się z tym zgodzić. 
Nie chcę też polemizować, ani zaprzeczać, że to ciężki kawałek życia, w znaczeniu= wymagający więcej starań, zaangażowania, poprzetykany trudnymi emocjami, których zdrowe dziecko po prostu rodzicom nie dostarcza :) Do tego cała machina urzędnicza, czasem łatwiejsza, czasem trudniejsza do obsługi i przejścia. Wyczerpująca, irytująca, obezwładniająca. Oczywiście, że wolałabym nigdy nie składać wniosku o to, czy tamto do tej czy innej placówki. Nie kopać się z NFZ, SANEPIDem, nie odwiedzać PCPR-u, PPP. Kto lubi biegać po urzędach, no kto? Czasem nawet na Pocztę nie chce mi się pójść, a powinnam właśnie... Że o szpitalach nie wspomnę!.... A to tylko maleńki czubeczek góry lodowej, z którą przychodzi się zderzać moim Znajomym i nieznajomym Rodzinom, mającym w swym gronie dzieci z najróżniejszymi niepełnosprawnościami.
Łatwo nie jest, jak widać, oj nie.
Ale wiem jedno z całą pewnością :) Taką mnie los obdarzył odmianą tego doświadczenia, że mogę szczerze wyznać: póki co dramatu (już- bo nie walczymy o życie, a Ignacy nie cierpi fizycznie) nie  ma... 

A niepełnosprawność naszego trzeciego syna wydatnie obniżyła wysokość poprzeczki dla naszego poczucia szczęścia. Odimpregnowała nas na nie.
I tak nam już spowszedniała, że bywa, iż jej nie zauważamy. W życiu bym nie cofnęła czasu, by cokolwiek zamieszać w przeszłości...

I domyślam się tylko, że jest wielu takich wariatów, jak my ;)

Howk.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz