08 lipca 2015

Siła codzienna.

Dziś był dobry dzień. Co nie znaczy, że pozbawiony trudnych momentów. Chwilami wręcz w nie obfitujący. A jednak siadam do klawiatury i czuję, że jestem zadowolona... paradoks?

Może to za sprawą tych kilku drobiazgów, które nijak nie zrównoważyły przykrych emocji, jakie się dziś przetoczyły przeze mnie... a jednak to one decydują ostatecznie o moim obecnym samopoczuciu...

Ignacy nie ze spokojem bynajmniej, przyjął do wiadomości okrutną decyzję matki o niedostępności telefonu w jego zestawie zabawek na dziś. I na jutro. Jak również na pojutrze i dalej. Wiem, jaki ból mu tym sprawiłam, ale jest to chyba akt desperacji z mojej strony. Skutek był taki, że po rozdzierającym płaczu i żalu, kilkunastu pokornych prośbach w moim kierunku, spędziliśmy łącznie i osobno więcej godzin w jego pokoju z zabawkami, niż przez ostatni tydzień. I w ruch poszły zabawki prawdziwe. Był czas na malowanie markerem (po ścianie również niestety), wycinanie nożyczkami (nieudolne i oburącz, acz samodzielne), zabawę w lekarza z oprzyrządowaniem i manipulację autkami, o statusie antyków (czyli odziedziczonymi po braciach). W ogóle był czas na zabawę. I to jest pozytywne. Posiadając w zasięgu ręki telefon (jakiś zdezelowany model, z którego już nikt nie korzysta), Ignacy zapomina o zabawie. Potrafi godzinami udawać rozmowy telefoniczne, obsłużyć aparat fotograficzny, uruchomić aplikację z grami- jeśli taka istnieje na danym aparacie, albo wręcz tępo wgapiać się w kolorowy ekranik i Bóg jeden wie, o czym przy tym myśleć. A ja nie mogę na to patrzeć. Więc koniec. Jakoś musimy to przetrwać. I mam nadzieję, że tym razem się uda. 

Spotkanie z koleżanką na kawie, przyniesionej do altany przez Panią Anię (rehabilitantkę Ignaca), zupełnie niespodziewane i nieplanowane, podczas gdy Igi ćwiczył raźno i radośnie... pozytyw.

Wspólny wypad na rodzinne zakupy, podczas których dołączył do nas Tato, wracający ze służbowego wyjazdu. Bez napięć, bez nerwów, bez hektyki okrutnej. W końcu też - bez upału- powiedzmy to jasno;) i bez skutku- bo bezowocne niestety... a jednak też pozytyw. Bo przy okazji spotkaliśmy Asię (opiekunkę Ignasia) i było to miłe spotkanie, dla wszystkich :)

Obserwacja Ignasia podczas codziennych czynności.... Ogromny pozytyw! Tyle się zmieniło przez ostatni czas i z rozkoszą to wychwytuję- drobinki, okruszki, a tyle potrafią dać spokoju i wzruszać... 
Choćby samodzielne wypinanie się z pasów bezpieczeństwa w samochodzie- pamiętacie, kiedy Wasze dzieci zdobyły tę banalną, acz praktyczną, umiejętność? Może gdzieś około 3 roku życia, 4-go? Ignac ogarnął to niedawno- 3 tygodnie temu może, a już nikomu nie pozwala tego robić za siebie!  Albo samodzielne zakładanie butów, dolnych części bielizny, czapki (z rozbieraniem na dokładkę)? Tak- to w końcu staje się naszym udziałem. Widzieć, jak twoje dziecko samo się ubiera/ rozbiera- bezcenne. I ile to trudu go kosztuje, a jednak nie rezygnuje, nie poddaje się, chce być w tym niezależny. Bardzo to cenię w tym małym Człowieku. I coraz lepiej rozumiem :)
Zamykanie nakrętki na pisaku. Wkładanie klucza do zamka. Otwieranie drzwi samochodu. Wszystkie te umiejętności zależą od sprawności dłoni i ich siły mięśniowej (fachowo- motoryki małej)- a ta najwyraźniej się poprawiła u niego, i nasza codzienność stała się dzięki temu dużo znośniejsza i zdecydowanie partnerska... Zastanawialiście się kiedyś, jak trudno zbudować partnerską relację z kimś, kto tak bardzo od nas zależy? Ile czai się pułapek i jak wiele uwagi i delikatności potrzeba, by nie zdominować tej drugiej osoby? Ja dostrzegam te niuanse dopiero dziś, dzięki niepełnosprawności Igiego. I widzę, jak bardzo się on denerwuje, gdy- kierowani chęcią przyspieszenia jakiegoś procesu- inni ludzie chcą wyręczyć go bądź "obsłużyć" w czynności, którą  sam potrafi już wykonać, bądź też chce się jej nauczyć, a przebiega to wciąż nieudolnie. Zatrzymuję wówczas takiego "pomagacza" i proszę, by dał Ignasiowi szansę. Bez tej szansy Ignacy nigdy się nie nauczy. I błędów....

A kupowanie w sklepie ciasteczek? Samemu? Gdy się ledwo chodzi i jeszcze gorzej mówi? a właściwie nie mówi prawie wcale? Wyobrażacie sobie, że jest to możliwe? A jest :) Z racji tego, że często Ignaś uczestniczy w naszych codziennych zajęciach, i jest wyśmienitym obserwatorem, wie również, co należy zrobić, by kupić ciastka. A sprzedawcy z najbliższego sklepu (i tych najczęściej odwiedzanych) go znają. Więc na migi, po swojemu, z monetą w ręce, Ignacy bieży do lady, wita się z Panią swoim przeciągłoświszczącym "czeeeeśśśśś" tudzież "dobly" i gest po geście, wyjaśnia co chce kupić, odbiera resztę i kolibie się do mnie, stojącej w oddali i bacznie wszystko obserwującej w zachwycie. Cztero-i-pół-latek. Przechera. Pomimo ograniczeń, ceniący sobie samodzielność i niezależność wszędzie tam, gdzie to już jest możliwe :)

Tak. Z takich drobiazgów utkany był ten dzień. Również z takich, choć nie tylko. Ale z tamtymi sprawami jakoś się  poukładam(-y), przeminą. A te opisane cieszą. I dają siłę. Codzienną.


2 komentarze:

  1. Bo życie z naszymi dziećmi właśnie takie jest. Utkane z drobiazgów, których matki "zdrowych" nawet by nie zauważyły. A te drobiazgi cieszą jak nie wiem co. Ja np. ostatnio cieszę się z tego, że moja Zośka jest niegrzeczna. Wszystkiego chce dotknąć, sprawdzić czy nie można otworzyć, przekręcić, posmakować. Głośno protestuje gdy nie jest tak jak ona chce. Ten nieposkromiony apetyt poznawczy mojego dziecka to miód na moje serce. To, że wie, że w butelce jest korek i trzeba go odkręcić. Nie umie tego zrobić i pewno jeszcze długo jej się nie uda. Ale chce i wie jak to zrobić i próbuje. To takie nasze małe codzienne radości.
    Wioletta

    OdpowiedzUsuń
  2. Boże, chciałabym mieć 10 procent Pani mądrości życiowej.
    Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń