28 sierpnia 2015

Luzik-bluzik i książeczki

Na wszystkich moich "znajomych" blogach czuć.... wakacje :) Jakoś więc z ulgą odetchnęłam i strzepnęłam z uśmiechem z ramienia wyrzuty sumienia za moją opieszałość ;)
I dalej się taplam w "luziku-bluziku" ;)

Coraz częściej odczuwam wyraźnie- aż "za"- fundamentalną potrzebę gruntownego odpoczynku od wszystkiego ;) Pewnie to kwestia wieku ;) 

A tymczasem z gracją przechodzę na kolejną zakładkę internetu w poszukiwaniu książeczek.... 
Do szkółki*.....
Rychło w czas :P
Ta dammmmmm......



*oczywiście nie dla Ignasia, o nie :) Dla naszego piąto- i drugo- klasisty - taką cudowną reformę nam Państwo urządziło :) Darmowe podręczniki- voila- ale nie dla wszystkich :P

27 sierpnia 2015

Będę? nie będę?

To nadal zagadka, której nikt nie jest w stanie rozwikłać... Można jedynie mieć nadzieję i uważnie się przyglądać.
I cóż widać, gdy się tak dobrze przyjrzymy?
Zamiast gestów, pojawiają się słowa lub wyrażenia dźwiękonaśladowcze wszędzie tam, gdzie już to możliwe. Nie jest tego dużo, ale sukcesywnie coraz więcej. Ignacy wyrzucił już ze swojego repertuaru gesty oznaczające: "mama", "tata", "babcia" "jeść", "pić", "pies", "auto". To dla mnie najmocniejszy argument w sporze, czy wprowadzanie komunikacji alternatywnej może zaburzać bądź hamować rozwój mowy. W przypadku Ignasia dzieje się wręcz przeciwnie. Jak tylko opanuje on słowo czy dźwięk oznaczający jakiś rzeczownik, prawie natychmiast rezygnuje z gestu, ewentualnie posiłkując się nim, gdy widzi, że rozmówca nie zrozumiał go wystarczająco szybko. Gest stał się więc pomocnikiem słowa, jeśli się już ono pojawia i pierwszeństwo ma wówczas zawsze wokal ;)

Pocieszające dla nas jest również to, jak wiele słów pojawiło się w naszych rozmowach, nawet w trakcie wakacji- czyli właśnie wtedy, gdy kompletnie zrezygnowaliśmy z terapii mowy, oddając się beztroskiemu leniuchowaniu. "Auto", wypracowane wspólnie ze mną, początkowo mozolnie składane z dwóch części A-to. "Mniam"- bez problemu zaklasyfikowane jako "jeść". A ostatnio- pod wpływem wielkiej fascynacji miejskimi środkami transportu, zaczyna się nawet wykluwać "auto-kar" ("-bus" okazuje się jednak nadal zbyt trudne).

Jakoś postępuje ten rozwój mowy, jak widać i niechże się on pospieszy w tym swoim postępie, bo ciarki mnie przechodzą, gdy widzę, jak wiele chciałby już nam powiedzieć Ignacy, a nie jest jest w stanie... Błąkamy się więc do znudzenia w obszarze tych samych rozmów tematycznych, co niekiedy doprowadza nas na skraj cierpliwości lub szału, bo ileż razy można odpowiadać na pytanie o auto czy pieska?

W rzeczywistości Ignaś fantastycznie sobie radzi z objaśnianiem nam swoich nieskomplikowanych, dziecięcych przemyśleń czy życzeń. Potrafi powiedzieć bardzo dużo, pohukując, mrucząc, naśladując hałas jadącego samochodu. Do tego dodaje różne swoje autorskie gesty i z wyrozumiałością czeka, aż domyślimy się, co mogą one oznaczać. Niekiedy potrafi powtórzyć je kilkanaście razy, a jeśli i wtedy nie odgadniemy ich znaczenia, rezygnuje szlachetnie i przechodzi do innego tematu ;)

Szalę na korzyść "będę" przechyla też fakt, iż od jakiegoś miesiąca Ignacy potrafi powtórzyć słowo, które mu się "przypadkiem" powiedziało i zwróciło naszą uwagę, wywołując przy tym zachwyt nad czymś nowym, co wypowiedział. Dotychczas, nawet, gdy Ignaś "palnął" coś nowego, uderzająco przypominającego jakiś wyraz, natychmiast poproszony o powtórzenie- zwyczajnie nie był w stanie tego zrobić. Tak jakby świadomy wysiłek niweczył jego spontaniczną aktywność i sprawiał, że stawała się ona nie do odtworzenia. Od kilku tygodni zaczynamy widzieć tu zmianę. Ignaś próbuje- o ile mu się chce i ma odpowiednią motywację oczywiście- bez niej nie zrobi kompletnie nic ;)- powtarzać po nas lub na naszą prośbę- po sobie. Wychodzi to - najogólniej mówiąc- dość żmudnie i siermiężnie, ale pojawiła się zwyczajna chęć.

Nie wiem, czy to interesujące i ma dla kogoś znaczenie:) Dla nas jednak ma ogromne, więc piszę.
Może się komuś przyda ta nasza historia vel bieg przez płotki ;)

12 sierpnia 2015

fotki z wakacji....

Powroty łatwe nie są...
i choć cieszymy się na spotkania z Wami na łamach Ignacówki, to "ciemna strona księżyca" wygląda mniej więcej tak: w domu kipisz, gdyż remont :P, za oknem- każdy widzi- skwar niemiłosierny, przed którym nie ma gdzie uciec :P, średni Syn z zapalonym uchem i łzami w oczach :P, a w skrzynce na listy wezwanie z Sanepidu z groźbą wszczęcia postępowania :P....
Normalnie wzięłabym i zwiała z powrotem na te Mazury.......




Żeby jednak nie stwarzać pozorów, że nic, tylko się w wodzie taplaliśmy- choć tej nie brakło, jak to na Mazurach, tak na ziemi jak i z nieba ;) (padało!- naprawdę! ;)), wrzucę jeszcze te fotki:



Prawda, że uroczy z Ignaca podróżnik i mechanik?

Zdjęcie poniżej zasługuje zaś na osobny komentarz, gdyż ujęło mnie za serce, nie tylko ze względu na widoki, które towarzyszyły naszej ówczesnej wyprawie rowerowej... Otóż, na trasie rowerowej ciągnącej się "w dół od Sorkwit", znaleźliśmy taki oto leśny parking, utworzony na potrzeby turystów leśnej ścieżki edukacyjnej. Zwróćcie, proszę, uwagę na znak, pod którym "zaparkowaliśmy" nasze zacne pojazdy dwukołowe! Praktycznie w lesie, a i tak projektant pomyślał o niepełnosprawnych :) Baaardzo mi się to podobało.




Jedna z naszych wycieczek skończyła się tak, jak się kończą wyprawy rowerowe szlakami pieszymi wokół Jeziora Czarnego (skróty, czyli, kto drogi skraca, ten do dom nie wraca, tudzież wraca całkowicie ubłocony, po kolana w szlamie i z błotem w przerzutkach :D). Ignacy zniósł te trudy z godnością :) Mogę  nawet zaryzykować stwierdzenie, że po chwilowym niepokoju, gdy zawisł był głową pod kątem 45 st. nad rozległym leśnym bajorem, które zaaneksowało całą ścieżkę na swoje potrzeby, był zachwycony, obserwując obowiązkową kąpiel rowerów na ucywilizowanym skrawku linii brzegowej ;)


I tak oto historia zatoczyła koło, czyli po 4,5 latach przerwy przez nas niechcianej, acz tolerowanej z pokorą, śmiało możemy powiedzieć, że jednego nam choroba Ignasia nie odebrała: pasji do rowerowych wycieczek. Całą rodziną. Teraz już na poważnie, bo Ignaś w porównaniu do zeszłego, czy jeszcze poprzedniego roku, kiedy to z dużą ostrożnością sadzaliśmy go w fotelik rowerowy, nawet dłuższe trasy znosił rewelacyjnie. 
O zadziwiającym uwielbieniu naszego syna kąpieli morskich/ basenowych pisać nie będę, gdyż szkoda czasu. Gdyby nie fakt, że Ignacy szybko zaczynać przypominać fioletową galaretkę, mógłby praktycznie z wody nie wychodzić;) Rozkosznie było mi obserwować zdumienie, malujące się na twarzach różnych przypadkowych obserwatorów jego wodnych harców, którzy dość szybko orientowali się w stanie sprawności Iggiego, ale nie podejrzewali go o taki entuzjazm i umiejętności pływackie :) Każdorazowo puchłam z dumy, jednocześnie umierając ze strachu, by nie opił się nadmiernie wody i nie przypłacił tych harców zdrowiem, tudzież życiem ;)


W ogóle z tych wakacji przywiozłam jedno fundamentalne spostrzeżenie na temat mojego trzeciego, niepełnosprawnego syna: nikt tak nie potrafi sobie zjednywać serc innych ludzi, jak on. A ci "inni ludzie" przyjmują go zazwyczaj równie ciepło, jak gorąco on ich obdarza swoją dziecięcą atencją...


Howk.

I na deser: kawałek morza "Z Ignacym w tle"...




Witaj, moje "reality show"............