12 sierpnia 2015

fotki z wakacji....

Powroty łatwe nie są...
i choć cieszymy się na spotkania z Wami na łamach Ignacówki, to "ciemna strona księżyca" wygląda mniej więcej tak: w domu kipisz, gdyż remont :P, za oknem- każdy widzi- skwar niemiłosierny, przed którym nie ma gdzie uciec :P, średni Syn z zapalonym uchem i łzami w oczach :P, a w skrzynce na listy wezwanie z Sanepidu z groźbą wszczęcia postępowania :P....
Normalnie wzięłabym i zwiała z powrotem na te Mazury.......




Żeby jednak nie stwarzać pozorów, że nic, tylko się w wodzie taplaliśmy- choć tej nie brakło, jak to na Mazurach, tak na ziemi jak i z nieba ;) (padało!- naprawdę! ;)), wrzucę jeszcze te fotki:



Prawda, że uroczy z Ignaca podróżnik i mechanik?

Zdjęcie poniżej zasługuje zaś na osobny komentarz, gdyż ujęło mnie za serce, nie tylko ze względu na widoki, które towarzyszyły naszej ówczesnej wyprawie rowerowej... Otóż, na trasie rowerowej ciągnącej się "w dół od Sorkwit", znaleźliśmy taki oto leśny parking, utworzony na potrzeby turystów leśnej ścieżki edukacyjnej. Zwróćcie, proszę, uwagę na znak, pod którym "zaparkowaliśmy" nasze zacne pojazdy dwukołowe! Praktycznie w lesie, a i tak projektant pomyślał o niepełnosprawnych :) Baaardzo mi się to podobało.




Jedna z naszych wycieczek skończyła się tak, jak się kończą wyprawy rowerowe szlakami pieszymi wokół Jeziora Czarnego (skróty, czyli, kto drogi skraca, ten do dom nie wraca, tudzież wraca całkowicie ubłocony, po kolana w szlamie i z błotem w przerzutkach :D). Ignacy zniósł te trudy z godnością :) Mogę  nawet zaryzykować stwierdzenie, że po chwilowym niepokoju, gdy zawisł był głową pod kątem 45 st. nad rozległym leśnym bajorem, które zaaneksowało całą ścieżkę na swoje potrzeby, był zachwycony, obserwując obowiązkową kąpiel rowerów na ucywilizowanym skrawku linii brzegowej ;)


I tak oto historia zatoczyła koło, czyli po 4,5 latach przerwy przez nas niechcianej, acz tolerowanej z pokorą, śmiało możemy powiedzieć, że jednego nam choroba Ignasia nie odebrała: pasji do rowerowych wycieczek. Całą rodziną. Teraz już na poważnie, bo Ignaś w porównaniu do zeszłego, czy jeszcze poprzedniego roku, kiedy to z dużą ostrożnością sadzaliśmy go w fotelik rowerowy, nawet dłuższe trasy znosił rewelacyjnie. 
O zadziwiającym uwielbieniu naszego syna kąpieli morskich/ basenowych pisać nie będę, gdyż szkoda czasu. Gdyby nie fakt, że Ignacy szybko zaczynać przypominać fioletową galaretkę, mógłby praktycznie z wody nie wychodzić;) Rozkosznie było mi obserwować zdumienie, malujące się na twarzach różnych przypadkowych obserwatorów jego wodnych harców, którzy dość szybko orientowali się w stanie sprawności Iggiego, ale nie podejrzewali go o taki entuzjazm i umiejętności pływackie :) Każdorazowo puchłam z dumy, jednocześnie umierając ze strachu, by nie opił się nadmiernie wody i nie przypłacił tych harców zdrowiem, tudzież życiem ;)


W ogóle z tych wakacji przywiozłam jedno fundamentalne spostrzeżenie na temat mojego trzeciego, niepełnosprawnego syna: nikt tak nie potrafi sobie zjednywać serc innych ludzi, jak on. A ci "inni ludzie" przyjmują go zazwyczaj równie ciepło, jak gorąco on ich obdarza swoją dziecięcą atencją...


Howk.

I na deser: kawałek morza "Z Ignacym w tle"...




Witaj, moje "reality show"............

1 komentarz:

  1. ależ fajne wakacje :-)
    pozdrawiam zza miedzy
    ivonesca

    OdpowiedzUsuń