27 września 2015

Taka sobie rozmowa

Dziś z przyjemnością oddaję w wasze serca maleńki fragment wrześniowego spaceru :)

Oto, jak posługując się zaledwie kilkudziesięcioma słowami, prowadzimy sobie pogawędkę z synem.

I jest imię mamy ;) !!!!






Ania, Asia, Aga, Anetka... - mój syn jest otoczony wieloma kobietami, co ma ogromny wpływ na jego słownictwo ;) Zaś Anetka to jego ostatnie osiągnięcie :)


I wzrusza mnie fakt, i cieszy zarazem, że od stycznia tego roku tak wiele się w tym obszarze zmieniło...
Dziękujemy, Pani Agnieszko! (Logopedka Ignasia). Za każdą minutę spędzoną na pracy z naszym Synkiem :) :*

24 września 2015

Czapki Mamy

Jakiś czas temu, po wielgachnym i długim wahaniu, założyłam w sieci drugi blog... Miał to być blog nieco bardziej "mój", nie Ignacowy, przestrzeń, w której będę mogła się dzielić wszystkim, co pozostawiło we mnie ślad - ot, taka nasza naturalna potrzeba "dzielenia się sobą z innymi", nieco narcystyczna może, nieco infantylna- wybierzcie... Jednak dość uniwersalna, co obserwuję pieczołowicie na co dzień...
Miało mi to również pomóc w "niemieszaniu wątków", gdyż był czas, gdy nie miałam jasności, co chcę i powinnam zamieszczać tutaj, a co będzie artefaktami i wątkami pobocznymi (po prawdzie- nadal mam ten dylemat). To wszakże jest Kraina Ignaca...

Jednak życie mnie stemperowało (jak zwykle), ostudziło entuzjazm i zarzuciłam prowadzenie drugiego bloga, zapomniałam o nim. Nikt nań nie zaglądał, włącznie ze mną, zaniedbując tę przestrzeń i wątpiąc w sens jej istnienia. Do czasu jednak :) Do chwili, gdy ogarnął mnie prawdziwy szał "robótkowy". Jako osoba uwielbiająca dostrzegać szybkie efekty swojej pracy (a Ignaś jest w tej kwestii - raczej był, przepraszam! - dość frustrujący, nie wspominając o wybranej przeze mnie profesji :D), upodobałam sobie formy małe i praktyczne.

I tak powstały "Czapki Mamy".
Po mikrosekundowym namyśle - dla Ignasia ;)

Bo dla kogóż by innego? Dla siebie samej?

Po części tak- gdyż ich dzierganie sprawia mi niesamowitą frajdę i satysfakcję, nie wspominając o kojącym działaniu antystresowym. Wyobraźnia moja pracuje pełną parą i prawdę mówiąc- nie mogę się opędzić od kolejnych pomysłów na kolejne czapki. Inspiracji również nie brakuje w naszym życiu. Więc nie potrafię tak zwyczajnie wygasić kolejnego wulkanu w moim środku. 

W pierwszym odruchu spontanicznej radości z kolejnej wydzierganej czapki zaprezentowałam ją oczywiście na profilu fb (Ignasia i własnym). nie mając jednak jeszcze skrystalizowanej idei tego, co czynię :) Dziś już wiem.

Kochani Czytelnicy!
Od czasu do czasu pozwolę sobie zaprosić Was do "Czapek Mamy"- bloga,  gdzie zamieszczać będę zdjęcia moich czapek i - w przyszłości, jeśli mnie moc nie opuści- innych drobnych gadżetów wykonywanych z pasji i dla przyjemności, a które przeznaczam na zasilenie fundacyjnego subkonta Ignasia. Staram się nie prosić Was (i nikogo innego) o nic więcej niż 1% podatku corocznie- a jest to i tak ogromna pomoc i wielka rzecz dla nas od Was! Opiekując się Ignasiem, nie mogę pracować. Ale mogę robić coś dla własnej przyjemności i tego nie potrafię sobie odmówić, ja lubieżna ;)
Jeśli komuś się Czapki Mamy spodobają i zechciałby je mieć dla siebie - jest to również możliwe i będzie dla mnie dodatkową motywacją i wielkim komplementem. Wszystkie szczegóły znajdziecie na blogu po prawej stronie pod hasłem "CZAPKI". Zaś wejście do "Czapek mamy" z Ignacówki- w prawym górnym rogu Ignacówki :) Tam też pojawiać się będą nowości.

Nadal nie wiem, czy tworzyć osobną stronę na fb, ale pozostawiam to tzw życiu... Czas pokaże czy będzie taka potrzeba... Chwilowo zaś pozwolę sobie "zamieszać wątki" na profilu Ignaca i również tam będę udostępniać zdjęcia nowych Czapek Mamy "do wzięcia". ...

A tymczasem, dla zachęty ;)
Jesień idzie... :)




22 września 2015

Ciężarki - dziś rehabilitacyjnie....

Po ostatniej wizycie rehabilitacyjnej w Bukowinie (hipoterapia, bez hipoterapii, gdyż konik śmierdzi ;)), mamy nowe rozwiązania usprawniające chód naszego Smyka...

Wyprawa w góry pokazała nam po raz kolejny, że Ignaś nie chodzi, ale pędzi przed siebie, jakby się gdzieś wiecznie spieszył, a de facto ma on poważne kłopoty z wyhamowaniem ruchu i panowaniem nad ciałem, i punktem ciężkości (wynikające z zaburzonego napięcia mięśniowego i nieprawidłowości w mózgu, zwłaszcza w rejonie móżdżku).

Patrząc wstecz- jest już o niebo lepiej i od pamiętnego 11 maja 2014 roku, gdy po raz pierwszy oderwał się od asekuracyjnego podparcia, Ignacy zrobił w chodzeniu geometryczny postęp. Jednak jego ruch wciąż jest daleki od ideału, czyli możliwości fizycznych sprawnego pięciolatka...  
Zdecydowanie lepiej radzi sobie Ignacy z pokonywaniem przeszkód typu krawężnik, gałąź leżąca na ścieżce czy próg w wejściu do pomieszczenia. Potrafi się zatrzymać, (w ogóle go dostrzega!!!!- czego pierwej nie było- to ja musiałam być jego oczami na tę okoliczność i uprzedzać o każdej, drobnej nawet przeszkodzie na trasie), zbalansować ciałem i postawić bezpiecznie krok naprzód. Zdecydowanie rzadziej też się nasz Perszing przewraca, aczkolwiek nadal się to zdarza (z różnym stopniem bolesności), ale swobodnie mogę go już "spuścić z oka" idąc na krótkich dystansach (np z domu do samochodu). Nie przerażają go również drobne nierówności terenu (jak choćby wędrówka górska nasza czy podłoże na załączonym poniżej filmie), jednak, gdy jest już zmęczony, przewraca się dużo częściej, niestety.

Na te "bolączki" Pani Monika- szefowa Ośrodka Hipoterapii i Terapii NDT-Bobath w Bukowinie zaordynowała prosty, wydawałoby się, patent, który zdjął niepokój z mojego serca o przyszłość chodzenia Ignaca. Diagnoza była prosta: należy Go dociążyć. 
Z racji problemów napięciowych w mięśniach, ale zapewne również masy naszego Wojownika, nie odczuwa on prawidłowo nacisku na stopy- cóż się dziwić- gna przed siebie tak szybko, że w ogóle zastanawiam się, czy czuje podłoże czy unosi się nad ziemią ;). Przy jego uogólnionych problemach z tzw czuciem głębokim (o czym przy okazji), właściwie wydaje mi się to spójne i logiczne...
Początkowo rozważaliśmy z ekipą terapeutyczną możliwość zakładania Ignasiowi kamizelki obciążeniowej (by wyregulować pracę receptorów czucia głębokiego i zmusić mięśnie do efektywniejszej pracy), jednak po przeprowadzonym badaniu okazało się, że nie wchodzi ona w grę, gdyż Ignaś ma od wczesnego chyba już niemowlęctwa skrzywienie kręgosłupa (ok 10%, co przy założeniu, że może się ono pogłębiać na skutek wiotkości mięśni jest przeciwwskazaniem do stosowania kamizelek tego typu). Rozwiązaniem okazały się więc ciężarki i pas obciążeniowy...

Ciężarki, mocowane do bucików, o wadze nie większej niż 0,5 kg każdy, Ignaś dostał od Cioci Iwonki, którą akurat (kto by pomyślał- taki zbieg okoliczności :)) spotkaliśmy w Ośrodku jeszcze tego samego dnia. Los nam sprzyja jak widać, gdyż Ciocia od razu zaproponowała nam, że wypożyczy nam ów sprzęt, właśnie będąc w jego posiadaniu...  

Hmmm....

Z pasem już tak łatwo nie będzie, gdyż muszę go uszyć ;) Koszt zakupionego profesjonalnego pasa nie jest może zabójczy (ok 140 zł np tutaj), ale rozsądek mi podpowiada, że poradzę sobie z tym wyzwaniem samodzielnie i nie muszę się uciekać do wydawania pieniędzy w tej sprawie (ewentualnie kilka kg fasoli kupić muszę do wypełnienia, ale to drobiazg).

Jakie są pierwsze efekty obciążenia stóp Ignasia?

Cóż- nie wiem, czy to autosugestia, ale wydaje mi się, że Ignaś chodzi nieco, minimalnie ostrożniej, wolniej i stabilniej zarazem. Z pewnością przebieranie nóżkami w zawrotnym tempie nie jest już dla niego taką pestką, jak dotychczas, co wprawia mnie w lekki stan odprężenia- przyznam. Nie muszę już z częstotliwością światła powtarzać jak mantrę "Ignasiu, wooooolniej" i trzymać duszy na ramieniu, w obawie przed jego kolejnym, średnio kontrolowanym upadkiem.... (boli mnie każdy z nich nie mniej niż jego- już tak mam).

Będę bacznie obserwować naszego Perszinga w najbliższych tygodniach i miesiącach z nadzieją na to, że jego chód na tyle się poprawi, iż nie będzie przykuwał ludzkich spojrzeń :) a mnie pozwoli jeszcze głębiej odetchnąć......



20 września 2015

2,5 km pieszo*

Śmiem twierdzić, że potrzebowaliśmy tego wypadu jak haustu świeżego powietrza. I dziś, z perspektywy kanapy, uczciwie powiem, że to był dobry i piękny, rodzinny i ważny dla nas czas. I nawet nie taki męczący ;)

W ubiegłym roku powzięłam w sobie stachanowską decyzję, że przynajmniej raz w roku wyciągnę moich starszych synów na górską wyprawę. Dla zmiany widnokręgu. Dla złapania ostrości widzenia i odpowiedniego dystansu do świata. Nawet jeśli będą lamentować, oporować, zniechęcać mnie i siebie do tego typu pomysłów. Nawet wtedy, gdy nóżka będzie bolała, a całe to wędrowanie będzie "bez sensu". I od razu zaznaczam, że żadne tam wysokogórskie eskapady nas nie interesują. Ani całodniowe wędrówki po grzbietach gór, żadne ekstremalne wyczyny, łańcuchy czy strome granie. Zwyczajne piesze wędrówki, czasem nawet z wjazdem pod szczyt, za to z długą trasą w dół, może być po kamolach i głazach. Z szumem strumienia w tle albo zwyczajną asfaltówką na lajcie. Ale zawsze z widokami na Przestrzeń.

Ale jeszcze w zeszłym roku nie sądziłam nawet, że będzie z nami wędrował... Ignacy...

Miało być tak: wypożyczone za drobne pieniądze, komfortowe i profesjonalne nosidełko, powinno rozwiązać problem zmęczonych nóżek i powolnego tempa wędrówki. Tak, żeby nikt nie cierpiał, nie marudził, nie pochlipywał tudzież się nie niecierpliwił na tych, co spowalniają marsz grupie.

Było zaś tak, Moi Mili: Ignacy tylko na początku wyprawy wygodnie umościł się w nosidle, rozdając czarujące i dumne uśmiechy wszystkim obecnym i Słońcu. Po około półgodzinnym spacerze trasą wybraną przez Ciocię Madzię- która- jako wytrawna znawczyni okolic z racji dorastania nieopodal przez lat 19, wybrała nam szlak "urokliwy i lekki" (czytaj "płaski w zamyśle", ale kto to wierzy w zapewnienia, że w górach można chodzić po płaskim i wdrapać się zarazem na jakiś szczyt? no kto???), zmieniliśmy plan pierwotny dość szybko. I Ignaś stanął na własnych nogach, bo przecież było płasko i niewyboiście. I to był zwiastun nowego :) Gdyż docelowo Ignacy przeszedł na własnych nogach niemal 1/3 całej wędrówki, wcale nie tak łatwo dając się zamknąć w uprzęży na Ojca ramionach, by marsz całej naszej ferajny mógł nabrać nieco większego tempa... (które i tak zbyt duże nie było- nie czarujmy się wcale) i werwy. I wchodził pod górę, i schodził w dół, a -doszedłszy na schroniskową polanę, całkowicie skąpaną w słońcu, nawet turlał się ze 40 razy, tyleż samo wdrapując na niewielkie wzniesienie, podczas gdy my sapaliśmy i dyszeliśmy i bez skrupułów wylegiwaliśmy się w pozycji horyzontalnej- a on był cały czas w ruchu!

Nic więc dziwnego, że wieczorem padł na poduszkę jak kawka....

Zresztą, rodzice i bracia również, choć- co podkreślam- trasa, która pokonaliśmy, wcale nie była bardzo wymagająca. 

Lecz, gdy się kondycji nie ma (od biegania po schodach po domu w tą i z powrotem trudno ją sobie wszakże wyrobić), za to kilka kilogramów nadwagi i owszem (jakoś stres się w nas odłożyć przez lata musiał), trasę należy dobierać do stopnia sprawności realnej. 

Dlatego też postanowiliśmy ulokować się zapobiegawczo już dość wysoko w górze, bo na Przełęczy Okraj (1046 m n.p.m.), w romantycznie nazwanej i bardzo gustownie urządzonej, wygodnej, Amelkowej Chacie, z której okien rozciąga się przepiękny, rozległy widok na Wałbrzych i Wrocław zamykający horyzont!!! i której Gospodarz już w trakcie krótkiej rozmowy telefonicznej urzekł mnie poczuciem humoru :) 

Do tego dodać trzeba mało zatłoczoną turystycznie okolicę, wszędobylską CISZĘ i smażenyj syr z hranulkami i cała rodzina miała szansę być naprawdę zadowolona. I była :)

Zresztą. Mam kilka zdjęć z tych dwóch sympatycznych dni: pierwszego spędzonego w podróży do schroniska Jelenka (tylko kilka metrów wyżej położonego niż Okraj, 1260 m n.p.m.) oraz drugiego- z pobliskiego Skalnego Miasta w Adrspach (byliśmy tam już kilkakrotnie, ale z Ignasiem to był "the first time").

I jedno słowo podsumowujące ten weekend: WYPOCZĘLIŚMY! 




Dzień I: Ruszamy!


 Małe selfie z rodzicami nie zaszkodzi ;)

Idę! Pod górę! Sam :D


Dotarłem, z niewielką pomocą Taty- powiedzmy ;) 


I schodzę :D (jest nieco trudniej, niż przy wchodzeniu, ale dzielnie daję radę, tylko Mama drży....)


Wciąż mnie humor nie opuszcza, choć to już 18:00 prawie ;)




Dzień II: Skalne miasto, Adrspach, Czechy....


Niezłe te skały były :P


*cała nasza sobotnia trasa wyniosła ok 8 km, co daje Ignasiowi ponad 2,5 km pokonanych  o własnych siłach, na własnych nogach!
Że nie wspomnę o dodatkowych harcach na trampolinie po obiedzie, które też powiększają jego "zakres mocy" w tym dniu :)

18 września 2015

Zwyczajność codzienna

Okropnieśmy dziś zaspali, katastroficznie! 
Podniosłam zaspaną powiekę i w mig zorientowałam się, że mamy 35 minut do rozpoczęcia terapii pedagogicznej w przedszkolu. I to nie takiej zwyczajnej, tylko z nauką gestów Ignasia na początku! Nie mogliśmy się więc spóźnić za żadne skarby świata, a tu śniadanie, ubieranie i cały ten galimatias z wyciągnięciem Śpiocha z łóżka.... Zbiegam w popłochu do kuchni, wciągając bluzkę na plecy i nawołując do góry: "Ignasiu, wstań, proszę, mamy mało czasu do przedszkola!". A on coś tam pomrukuje leniwie... Wstawiam wodę na kawę, na szybko szykuję kanapkę z dżemem (ostatni hicior ignasiowych śniadań, pozostawiający jednak wieeeele do życzenia pod względem wartości odżywczych). Ponawiam prośbę- "chodź, Kochanie,  mam już dla ciebie ubranka na dole!"...

Zaglądam na schody i widzę dwie gołe nóżki, a potem małe rączki, a w nich..... pakiet startowy w składzie: skarpetki, koszulka, majteczki!!!!

Mowę mi odbiera w takich momentach ze wzruszenia....

Taka nasza zwyczajność codzienna.... <3

10 września 2015

Przyszedł....

No i co?
Nie spodziewałam się go jeszcze dwa lata temu.
A dziś nadszedł. 
Ten dzień.
Dzień, w którym z nieopisaną dumą i satysfakcją Ignacy otrzymał swoją pierwszą wyprawkę przedszkolną. Taszczył ją zapamiętale i samodzielnie, nie bacząc na okazałe gabaryty i swoje niestabilne jeszcze kroki i był jak w siódmym niebie... Przedszkolak. NASZ Przedszkolak...

Który od dłuższego już czasu nie potrzebuje pomocnej dłoni, schodząc samodzielnie  po schodach, uciekając mamie z kuchni na dół, do "pokoju dziadka" i wcale nie stosując się do maminych zachowawczych próśb "na pupie, Ignasiu, proszę Cię"....

Ten dzień :)
Duma nas rozpiera i wzruszenie okrutne. 



Tak, tak- dobrze widzicie :)
Przedszkolne mury wyglądają już inaczej:) 
Od sierpnia mamy do przedszkola około 300 kroków od domu :D
Jakaż to radość, gdy przychodzi po Ciebie Brat lub Ciocia! A mama nie musi co dzień odpalać silnika samochodu (choć z tego powodu to Ignaś może akurat ubolewać ;))...
A jak wspaniale przechodzi się samodzielnie przez jezdnię, podnosząc jedną rączkę w umownym geście zatrzymującym nadjeżdżające pojazdy ;)
No mówię Wam- Przedszkolak pełną parą...

Pomysł wprowadzania pojedynczych gestów w grupie Ignasia też nabiera już rumieńców i zapewne niebawem Ignaś będzie już mógł nawiązać dialog z kolegami z grupy. Nawet bez tego widać już subtelną zmianę we wzajemnych relacjach Ignasia z dziećmi. On już też poszukuje ich towarzystwa, więc ufam, że jesteśmy wszyscy na tak zwanej "dobrej drodze".


A najlepsza zabawa jest z?

Tatą oczywiście!
Bo któż inny tak pięknie wprowadzi cię w fascynujący świat warsztatów samochodowych, myjni i wyścigów resorakami?.....


03 września 2015

Dys- komfort...

A co, jeśli to życie wyrzuci Was brutalnie z bezpiecznej strefy komfortu? Czy jest tu miejsce na osobisty rozwój? Prawdopodobnie tak, choć trudno mi się wymądrzać, bom nieobiektywna w tej sprawie, ale z pewnością dochodzenie do takiej perspektywy zajmuje nieco więcej czasu, niż w efekcie świadomego, dobrowolnego wyboru o zmianie....


Już wcześniej błąkało mi się po zakamarkach takie wynurzenie (ufam, że nie wynaturzenie ;)). A po tym tekście wyklarowało się tylko precyzyjnie i błyszcząco....

http://www.wonderandponder.pl/szczesliwa-strefa-dyskomfortu/


Jest listopad 2010. Stajemy się po raz trzeci rodzicami i wszystko zapowiada się prawie różowo. Obycie mamy. Siły jeszcze również. Entuzjazm- wiecie jak działają endorfiny ;)- ogromny.

Ignaś malutki, milutki, cichutki. Nic nie zapowiada żadnego bum do pewnego dnia listopada, gdy lądujemy ponownie w szpitalu z żółtaczką. Przechodzi mnie dreszcz, czuwającą przy inkubatorze, łzy zawstydzenia lecą jak grochy, bo trzeba wprowadzić butelkę. Wkręcam sobie różne niepotrzebne myśli do głowy, ale staram się nie tracić animuszu i wiary w przyszłość naszego Maluszka.

A potem jest już tylko gorzej z krótkimi przerwami na kruchą stabilizację....

I tak przez kolejnych 13 miesięcy, gdy jak obuch spada na nas wynik rezonansu i świat przewraca się już dokumentnie do góry nogami... Żadne racjonalizacje nie pomagają. Żadna wściekłość na nieudolność lekarzy i obcesowość personelu pielęgniarskiego. Prawda jest brutalna. Nasz syn jest "uszkodzony neurologicznie"... na poważnie i z marnymi perspektywami na poprawę. I NIE DA SIĘ TEMU ZAPRZECZYĆ!

Brzmi dramatycznie, prawda?
Ilu rodziców staje w tych samych drzwiach do strefy dyskomfortu każdego dnia? I za nic w świecie nie chce zrobić tego pierwszego kroku, choć rzeczywistość wbija ich tam na siłę?

Chciałam dziś nieco powspominać, jak to było. Jak (chcąc- a raczej- nie chcąc) stałam się matką niepełnosprawnego dziecka. Moja strefa dyskomfortu była obszerna, trwała długo i bolała bardzo. A najgorsze w niej było chyba przekonanie, że wejście w nią nie wynikało z mojej dojrzałej, świadomej decyzji. Nie było skutkiem pragnienia zmiany w moim dotychczasowym życiu. Nie było efektem niezadowolenia z tego, co jest. I wszystko wyrywało mnie w drugą stronę. Kazało uciekać. Tylko, że... nie potrafiłam.

Zmagałam się żmudnie ze wszystkim.
Z nowymi wyzwaniami. Z całym światem zewnętrznym, towarzyszącym takim sytuacjom: lekarskim, rehabilitacyjnym, formalnościowym, codziennym. Ale najbardziej zmagałam się ... ze sobą.

Dziś mogę już spokojnie się przyznać, jak trudno mi było pogodzić się z niepełnosprawnością naszego (co tam naszego- mojego) dziecka. I mam takie poczucie, że nie jestem odosobniona i jedyna w tych przeżyciach. Nie wstydzę się ich, choć też nie zamierzam się chwalić. Ale absolutnie i szczerze jej nienawidziłam. 

Jeszcze zaczynając pisanie Ignacówki byłam przepełniona wściekłością i żalem. Czułam się wyjątkowo i bezdusznie pokrzywdzona przez los. Ciągłe zmęczenie i napięcie w towarzystwie niezadowolenia i złości tworzyło we mnie mieszankę wybuchową. Była jak wulkan, wywalający to lawę łez, to stek przekleństw i złorzeczeń  na zmianę, jaka dokonała się w naszym życiu. I było mi diabelsko ciężko. Psychicznie.

Nie wiem (a może wiem, ale nie chcę dziś o nim pisać), jak ten proces się zadział, ale po czterech i pół roku czuję już delikatny powiew świeżości. Nie buntuję się, bo przestałam już odczuwać ten dyskomfort... Można by powiedzieć, że się pogodziłam, ale brzmiałoby to straceńczo i nieprawdziwie. Ja z niczego nie zrezygnowałam. Nie czuję się przegrana. Raczej wydaje mi się, że wygodnie się umościłam na nowo w moim nowym życiu i nauczyłam się go jak przedszkolak alfabetu. Literka po literze. Mogę zacząć budować zdania.
Nie ma już we mnie rozżalenia. Są zadania do wykonania i wyzwania do zrealizowania. Gdy coś mnie boli lub dotyka, szukam rozwiązania. Choć bywam zmęczona okrutnie, to fakt. Tego szczerze nie znoszę. 

Ale najpiękniejsze w tej zmianie jest to, że przestałam traktować niepełnosprawność Ignasia jako źródło nieszczęścia i powód do specjalnego traktowania :) Czasem zatrzymuje mnie myśl, że ta jego inność prawie nie istnieje, nie widzę jej, choć zderzam się z nią codziennie po przebudzeniu ;)
Życie toczy się dalej. Jest barwne, zwyczajne, radosne, męczące- takie, jaki nadamy mu koloryt. jest zupełnie podobne do innych żyć, ma te same troski i te same radości. Może tylko nieco więcej lęku pod podszewką. Może zmęczenia więcej wieczorem, co skutkuje rozdrażnieniem, jeśli się mu nie zaradzi na czas, przeoczy... Ale się toczy. A ja cicho i nieśmiało mogę sobie powiedzieć w lustrze: poradziłam sobie, jest dobrze. Jestem z siebie zadowolona.
I zejść cichutko do kuchni przygotować śniadanie....

02 września 2015

Po prostu... ;)

Muszę dziś zrobić coś pozytywnego, gdyż mnie żółć zalewa...
Posprzątam trochę. Poodkurzam. Pozbieram pranie z suszarki i powieszę kolejne. Pomyję okna lub pomaluję framugi od drzwi. Potem ździebko poprasuję, pomniejszając rosnącą stertę, czekającą od zarania lata... Poczytać już pewnie nie zdążę. Ale za to popisać- i owszem ;) Pospaceruję?- hmmmm... pewnie bym i chciała, ale czasu mi nie starczy z pewnością. Pobiegnę do szkoły zapisać syna na zajęcia muzyczne (to już zrobiłam z rana, ale mi pasuje do konceptu, więc piszę ;)). Poukładam wstępnie plan rehabilitacji dla Ignasia, tak- wiecie- w zrównoważony rozwój inwestując, a zarazem nie forsując za bardzo czteroletniej psychiki mojego dziecka kochanego. Potem sobie dla odmiany popichcę troszeczkę, bo temperatura spadła i znów chce nam się jeść. Posłucham muzyki, co łagodzi obyczaje i napędza pozytywną energię. Przygotuję deser, by wieczorem napić się kawy i poplotkować z koleżanką. Polecę na zakupy (na szczęście mam blisko!). 
I zrobiwszy to wszystko w moim ślimaczym tempie, powędruję radośnie po mojego Przedszkolaka, który po 4 godzinach w przedszkolu dziarsko i radośnie powróci do domu (hmmm- może spacer wtedy uda nam się zrealizować wspólnie?). 

Wieczorem padnę. Znaczy się położę do łóżka. I powtórzę sobie ze dwieście razy "Coś ty, dziś, kobieto, zrobiła, żeś taka zmęczona?". Pobujam się w objęciach wyrzutów sumienia. Połajam się rezolutnie, że przecież kolejny dzień minął, a ja nic nie zrobiłam sensownego i zasnę....


***
Gdy dziś rano, szykując śniadanie, obejrzałam się rutynowo za siebie, ujrzałam taki widok przecudny: Ignacy stał chwiejnie, naciągając na pupę oporne dżinsy i z lubością wyczekując gromkiego aplauzu. Należy mu się! Boże. Cudowne mam to moje dziecko (pozostałe również! proszę nie zapominać!). Zastanawiam się czasem, jak to będzie, gdy już dobijemy do mety? A mam przeczucie, że ona jest naprawdę niedaleko. Raczej bliżej, niż dalej.  Może nie być idealna, ale wychodzimy na prostą. Co ja wtedy zrobię? Jak na nowo ułożę sobie życie? Czym się zajmę?


***

Proszę nie posądzać mnie o ukryte sympatie polityczne ;) Nie przejawiam takich.
Pobawić się chciałam trochę. Powygłupiać ;)


*** 
Poranek:



01 września 2015

Warto!

Nie oglądajcie tego filmu :) Jest... nudny...? 50 sekund wdrapywania się pod górę i 5-ciosekundowy zjazd... ot, co ;)

Ale jaka nas duma rozpiera! Jaka radość na twarzy, jaka satysfakcja! Dla takich chwil warto! Ponad wszelką cenę i ponad wszystko! Wypuszczać spod skrzydeł nieopierzonego kurczaka i patrzeć, jak zaczyna... latać?




Powodzenia dla wszystkich "nieopierzonych kurczaczków"! Rozwińcie skrzydła tak szeroko, jak tylko się da :) I  nie bójcie się latać, choćby ktoś twierdził, że Wam się nie uda :)
I do .... wakacji ;)


PS. Szczególne życzenia pomyślności i powodzenia dla naszego kolegi Frania, który dziś rozpoczął "zerówkę"! Wspaniałej przygody, Franiuuuuuuuuuuuuuu!