20 września 2015

2,5 km pieszo*

Śmiem twierdzić, że potrzebowaliśmy tego wypadu jak haustu świeżego powietrza. I dziś, z perspektywy kanapy, uczciwie powiem, że to był dobry i piękny, rodzinny i ważny dla nas czas. I nawet nie taki męczący ;)

W ubiegłym roku powzięłam w sobie stachanowską decyzję, że przynajmniej raz w roku wyciągnę moich starszych synów na górską wyprawę. Dla zmiany widnokręgu. Dla złapania ostrości widzenia i odpowiedniego dystansu do świata. Nawet jeśli będą lamentować, oporować, zniechęcać mnie i siebie do tego typu pomysłów. Nawet wtedy, gdy nóżka będzie bolała, a całe to wędrowanie będzie "bez sensu". I od razu zaznaczam, że żadne tam wysokogórskie eskapady nas nie interesują. Ani całodniowe wędrówki po grzbietach gór, żadne ekstremalne wyczyny, łańcuchy czy strome granie. Zwyczajne piesze wędrówki, czasem nawet z wjazdem pod szczyt, za to z długą trasą w dół, może być po kamolach i głazach. Z szumem strumienia w tle albo zwyczajną asfaltówką na lajcie. Ale zawsze z widokami na Przestrzeń.

Ale jeszcze w zeszłym roku nie sądziłam nawet, że będzie z nami wędrował... Ignacy...

Miało być tak: wypożyczone za drobne pieniądze, komfortowe i profesjonalne nosidełko, powinno rozwiązać problem zmęczonych nóżek i powolnego tempa wędrówki. Tak, żeby nikt nie cierpiał, nie marudził, nie pochlipywał tudzież się nie niecierpliwił na tych, co spowalniają marsz grupie.

Było zaś tak, Moi Mili: Ignacy tylko na początku wyprawy wygodnie umościł się w nosidle, rozdając czarujące i dumne uśmiechy wszystkim obecnym i Słońcu. Po około półgodzinnym spacerze trasą wybraną przez Ciocię Madzię- która- jako wytrawna znawczyni okolic z racji dorastania nieopodal przez lat 19, wybrała nam szlak "urokliwy i lekki" (czytaj "płaski w zamyśle", ale kto to wierzy w zapewnienia, że w górach można chodzić po płaskim i wdrapać się zarazem na jakiś szczyt? no kto???), zmieniliśmy plan pierwotny dość szybko. I Ignaś stanął na własnych nogach, bo przecież było płasko i niewyboiście. I to był zwiastun nowego :) Gdyż docelowo Ignacy przeszedł na własnych nogach niemal 1/3 całej wędrówki, wcale nie tak łatwo dając się zamknąć w uprzęży na Ojca ramionach, by marsz całej naszej ferajny mógł nabrać nieco większego tempa... (które i tak zbyt duże nie było- nie czarujmy się wcale) i werwy. I wchodził pod górę, i schodził w dół, a -doszedłszy na schroniskową polanę, całkowicie skąpaną w słońcu, nawet turlał się ze 40 razy, tyleż samo wdrapując na niewielkie wzniesienie, podczas gdy my sapaliśmy i dyszeliśmy i bez skrupułów wylegiwaliśmy się w pozycji horyzontalnej- a on był cały czas w ruchu!

Nic więc dziwnego, że wieczorem padł na poduszkę jak kawka....

Zresztą, rodzice i bracia również, choć- co podkreślam- trasa, która pokonaliśmy, wcale nie była bardzo wymagająca. 

Lecz, gdy się kondycji nie ma (od biegania po schodach po domu w tą i z powrotem trudno ją sobie wszakże wyrobić), za to kilka kilogramów nadwagi i owszem (jakoś stres się w nas odłożyć przez lata musiał), trasę należy dobierać do stopnia sprawności realnej. 

Dlatego też postanowiliśmy ulokować się zapobiegawczo już dość wysoko w górze, bo na Przełęczy Okraj (1046 m n.p.m.), w romantycznie nazwanej i bardzo gustownie urządzonej, wygodnej, Amelkowej Chacie, z której okien rozciąga się przepiękny, rozległy widok na Wałbrzych i Wrocław zamykający horyzont!!! i której Gospodarz już w trakcie krótkiej rozmowy telefonicznej urzekł mnie poczuciem humoru :) 

Do tego dodać trzeba mało zatłoczoną turystycznie okolicę, wszędobylską CISZĘ i smażenyj syr z hranulkami i cała rodzina miała szansę być naprawdę zadowolona. I była :)

Zresztą. Mam kilka zdjęć z tych dwóch sympatycznych dni: pierwszego spędzonego w podróży do schroniska Jelenka (tylko kilka metrów wyżej położonego niż Okraj, 1260 m n.p.m.) oraz drugiego- z pobliskiego Skalnego Miasta w Adrspach (byliśmy tam już kilkakrotnie, ale z Ignasiem to był "the first time").

I jedno słowo podsumowujące ten weekend: WYPOCZĘLIŚMY! 




Dzień I: Ruszamy!


 Małe selfie z rodzicami nie zaszkodzi ;)

Idę! Pod górę! Sam :D


Dotarłem, z niewielką pomocą Taty- powiedzmy ;) 


I schodzę :D (jest nieco trudniej, niż przy wchodzeniu, ale dzielnie daję radę, tylko Mama drży....)


Wciąż mnie humor nie opuszcza, choć to już 18:00 prawie ;)




Dzień II: Skalne miasto, Adrspach, Czechy....


Niezłe te skały były :P


*cała nasza sobotnia trasa wyniosła ok 8 km, co daje Ignasiowi ponad 2,5 km pokonanych  o własnych siłach, na własnych nogach!
Że nie wspomnę o dodatkowych harcach na trampolinie po obiedzie, które też powiększają jego "zakres mocy" w tym dniu :)

2 komentarze:

  1. Ech.. musiało być bosko... Mam zdjęcie na tym samym kamieniu w Ardspachu, jak pewnie większość turystów, ale skoro byliście w Ardspachu to polecam Wam na następny raz mniej znane, bardziej bezludne i urozmaicone Broumowskie Skały. Ja byłam urzeczona, mąż trochę mniej bo przez 8 km niósł Anię. Trasy są różne. Można też dojechać do schroniska/restaurachi Hvezda i stamtąd wyruszyć na spacerek. (na naszej stronie zdjęcia z września zeszłego roku) Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga Marto :) Byliśmy, byliśmy - gdzie my jeszcze nie byliśmy w tym krańcu Polski? :) Dwóch starszych, a kiedyś młodszych synów, zobowiązuje do pokazywania piękna tego świata :) Ale- chętnie poznamy inne skrawki naszego Kraju, gdzie jeszcze nas nie było - czekamy na sugestie!
      Pozdrawiamy Was ciepło!

      Usuń