03 września 2015

Dys- komfort...

A co, jeśli to życie wyrzuci Was brutalnie z bezpiecznej strefy komfortu? Czy jest tu miejsce na osobisty rozwój? Prawdopodobnie tak, choć trudno mi się wymądrzać, bom nieobiektywna w tej sprawie, ale z pewnością dochodzenie do takiej perspektywy zajmuje nieco więcej czasu, niż w efekcie świadomego, dobrowolnego wyboru o zmianie....


Już wcześniej błąkało mi się po zakamarkach takie wynurzenie (ufam, że nie wynaturzenie ;)). A po tym tekście wyklarowało się tylko precyzyjnie i błyszcząco....

http://www.wonderandponder.pl/szczesliwa-strefa-dyskomfortu/


Jest listopad 2010. Stajemy się po raz trzeci rodzicami i wszystko zapowiada się prawie różowo. Obycie mamy. Siły jeszcze również. Entuzjazm- wiecie jak działają endorfiny ;)- ogromny.

Ignaś malutki, milutki, cichutki. Nic nie zapowiada żadnego bum do pewnego dnia listopada, gdy lądujemy ponownie w szpitalu z żółtaczką. Przechodzi mnie dreszcz, czuwającą przy inkubatorze, łzy zawstydzenia lecą jak grochy, bo trzeba wprowadzić butelkę. Wkręcam sobie różne niepotrzebne myśli do głowy, ale staram się nie tracić animuszu i wiary w przyszłość naszego Maluszka.

A potem jest już tylko gorzej z krótkimi przerwami na kruchą stabilizację....

I tak przez kolejnych 13 miesięcy, gdy jak obuch spada na nas wynik rezonansu i świat przewraca się już dokumentnie do góry nogami... Żadne racjonalizacje nie pomagają. Żadna wściekłość na nieudolność lekarzy i obcesowość personelu pielęgniarskiego. Prawda jest brutalna. Nasz syn jest "uszkodzony neurologicznie"... na poważnie i z marnymi perspektywami na poprawę. I NIE DA SIĘ TEMU ZAPRZECZYĆ!

Brzmi dramatycznie, prawda?
Ilu rodziców staje w tych samych drzwiach do strefy dyskomfortu każdego dnia? I za nic w świecie nie chce zrobić tego pierwszego kroku, choć rzeczywistość wbija ich tam na siłę?

Chciałam dziś nieco powspominać, jak to było. Jak (chcąc- a raczej- nie chcąc) stałam się matką niepełnosprawnego dziecka. Moja strefa dyskomfortu była obszerna, trwała długo i bolała bardzo. A najgorsze w niej było chyba przekonanie, że wejście w nią nie wynikało z mojej dojrzałej, świadomej decyzji. Nie było skutkiem pragnienia zmiany w moim dotychczasowym życiu. Nie było efektem niezadowolenia z tego, co jest. I wszystko wyrywało mnie w drugą stronę. Kazało uciekać. Tylko, że... nie potrafiłam.

Zmagałam się żmudnie ze wszystkim.
Z nowymi wyzwaniami. Z całym światem zewnętrznym, towarzyszącym takim sytuacjom: lekarskim, rehabilitacyjnym, formalnościowym, codziennym. Ale najbardziej zmagałam się ... ze sobą.

Dziś mogę już spokojnie się przyznać, jak trudno mi było pogodzić się z niepełnosprawnością naszego (co tam naszego- mojego) dziecka. I mam takie poczucie, że nie jestem odosobniona i jedyna w tych przeżyciach. Nie wstydzę się ich, choć też nie zamierzam się chwalić. Ale absolutnie i szczerze jej nienawidziłam. 

Jeszcze zaczynając pisanie Ignacówki byłam przepełniona wściekłością i żalem. Czułam się wyjątkowo i bezdusznie pokrzywdzona przez los. Ciągłe zmęczenie i napięcie w towarzystwie niezadowolenia i złości tworzyło we mnie mieszankę wybuchową. Była jak wulkan, wywalający to lawę łez, to stek przekleństw i złorzeczeń  na zmianę, jaka dokonała się w naszym życiu. I było mi diabelsko ciężko. Psychicznie.

Nie wiem (a może wiem, ale nie chcę dziś o nim pisać), jak ten proces się zadział, ale po czterech i pół roku czuję już delikatny powiew świeżości. Nie buntuję się, bo przestałam już odczuwać ten dyskomfort... Można by powiedzieć, że się pogodziłam, ale brzmiałoby to straceńczo i nieprawdziwie. Ja z niczego nie zrezygnowałam. Nie czuję się przegrana. Raczej wydaje mi się, że wygodnie się umościłam na nowo w moim nowym życiu i nauczyłam się go jak przedszkolak alfabetu. Literka po literze. Mogę zacząć budować zdania.
Nie ma już we mnie rozżalenia. Są zadania do wykonania i wyzwania do zrealizowania. Gdy coś mnie boli lub dotyka, szukam rozwiązania. Choć bywam zmęczona okrutnie, to fakt. Tego szczerze nie znoszę. 

Ale najpiękniejsze w tej zmianie jest to, że przestałam traktować niepełnosprawność Ignasia jako źródło nieszczęścia i powód do specjalnego traktowania :) Czasem zatrzymuje mnie myśl, że ta jego inność prawie nie istnieje, nie widzę jej, choć zderzam się z nią codziennie po przebudzeniu ;)
Życie toczy się dalej. Jest barwne, zwyczajne, radosne, męczące- takie, jaki nadamy mu koloryt. jest zupełnie podobne do innych żyć, ma te same troski i te same radości. Może tylko nieco więcej lęku pod podszewką. Może zmęczenia więcej wieczorem, co skutkuje rozdrażnieniem, jeśli się mu nie zaradzi na czas, przeoczy... Ale się toczy. A ja cicho i nieśmiało mogę sobie powiedzieć w lustrze: poradziłam sobie, jest dobrze. Jestem z siebie zadowolona.
I zejść cichutko do kuchni przygotować śniadanie....

1 komentarz:

  1. Wiele razy już tak pomyślałam, ale teraz napiszę: mądra z Pani kobieta...

    OdpowiedzUsuń