Poruszająca wizyta

Jak on wyrósł....
Taka myśl przemknęła mi przez głowę, gdy przyglądałam się Ignasiowi na pustym już o tej porze korytarzu Poradni Genetycznej FUM we Wrocławiu.

Ile to lat minęło od naszej pierwszej wizyty w tej Poradni? Trzy, trzy i pół?
Pamiętam ją jak dziś (chyba nawet opisywałam ją, zdegustowana wówczas bardzo, na blogu...).
Mieliśmy umówioną godzinę wizyty na ok. 14:00. Jechałam pędem przez Wrocław, by zdążyć na czas. Wracaliśmy chyba z hipoterapii, i Ignaś miał jakieś 45 minut na drzemkę (dużo wówczas sypiał w dzień), ale oczywiście nie usnął. O posiłku  nie wspomnę...
Weszłam na ten- teraz prawie pusty - korytarz, a tam dosłownie łańcuszek pacjentów. Opóźnienie masakryczne. Ignaś w nosidełku. Ja zestresowana, podrażniona, przerażona (to był ten trudny początek naszej drogi z napisem "Niepełnosprawność"- wiecznie byłam podrażniona i rozchwiana emocjonalnie). Wparowałam do rejestracji i zapytałam pani rejestratorki, czy z takim małym dzieckiem mam czekać w takiej długiej kolejce???? Pani, że owszem- tak. Ciśnienie mi podskoczyło i natychmiast poinformowałam Panią, że wobec tego nie będę czekać i proszę mi wyznaczyć jakiś termin w dniu, w którym będziemy pierwsi w kolejce......

I tak dalej, i tak dalej....

Rany... jaka ja byłam waleczna i śmieszna ;) Nieeee, wcale nie śmieszna. Rozsądna ;)


A wczoraj?
Wchodzimy spokojnie. Ignacy pcha ze wszystkich sił ciężkie wejściowe drzwi i krzyczy w nich na cały regulator do wszystkich zgromadzonych swoje entuzjastyczne "czeeeeśśś". (Dlaczego niektórzy ludzie mu nie odpowiadają?- nie rozumiem :) ).
Siada z gracją na krzesełku w poczekalni. Zaraz potem wstaje i podąża za mną do tej słynnej rejestracji, gdzie wita się z Panią i zagląda za kontuar z ciekawością, by sekundę później już być przy włączniku światła i przygaszać i włączać światło. Urwis jeden...
Wracamy spokojnie do poczekalni, gdzie przed nami kilkoro pacjentów czeka przed gabinetem. Będzie opóźnienie, jak ta lala, ale tym razem jest we mnie taaaaaaki luz, spokój. Ucinamy sobie pogawędkę z Ignacym, idziemy skorzystać z toalety, raz, potem drugi- tym razem Ignaś maszeruje sam na drugi koniec korytarza i powtarza "mama nie, la". Idę za nim, ale tylko po to, by przytrzymać mu drzwi i jednocześnie nie pozwolić, by zamknął się smyk od środka- różne ma pomysły w tej płowej główce, Rozrabiak mały....

Gdy zostajemy na poczekalni z jedną parą oczekujących na wizytę pacjentów, Ignacy idzie do stolika z zabawkami dla dzieci i zaczyna się regularnie bawić. Nie muszę już odstępować go na krok, bo wiem, że świetnie sobie poradzi. Siedzę więc i czekam na to, co się wydarzy za chwilę, na męża, który miał dojechać do nas po pracy, relaksuję się. Patrzę na Ignasia i wspominam tą naszą pierwszą tutaj wizytę. Pełną napięcia, niepokoju, złości, przerażenia, niewiadomej.....

Jak wiele zmieniło się w naszym życiu od tamtej pory...
Jak zmienił się Ignaś....
Jak zmieniłam się ja......

Jestem poruszona tym odkryciem. Zwyczajnie.



Komentarze

  1. Za każdym razem jak czytam twoje najnowsze wpisy to po cichutku proszę: Ja za dwa lata chcę być w tym samym miejscu : rehabilitacyjnie, emocjonalnie i tak ogólnie,całościowo.
    Cieplutko pozdrawiam
    Wioletta mama Zosi

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.