30 listopada 2015

Uła nie!

Uła nie, Aga tak... i rzewny płacz o poranku, ciągnący się całą drogę do przedszkola...

Uła nie, mama [proszę], [płakać], Uła nie!

Nie łatwo odprowadzać w takim stanie Dziecko do przedszkola. Jeszcze trudniej tego słuchać, ocierając mu łzy z policzków, lizanych zachłannie przez porywiste języki wiatru.

Uła nie!

Właściwie od października zmagamy się z tematem, powracającym niczym bumerang, wydawałoby się znikąd, puszczony.
I były rozmowy.
Konsultacje ze znajomymi, z Logopedką znaną od lat. Było wspólne poszukiwanie przyczyn. Wywiad wśród Pań Przedszkolanek. Rozmowa z Ułą... Były już ustalenia, że na koniec zajęć cukierki, łakocie, nagrody... Było poczucie zapanowania nad tematem, rozwiązania problemu, a mimo to dziś rano znów wróciło "Uła nie, mama, Uła nie....".

I tu i tam wszystko przebiega tak samo*
Ta sama metoda pracy, ten sam poziom trudności, podobna konsekwencja, wymagania, zadania. Te sam kierunek, do którego zmierzamy... Te same kwalifikacje. 
A jednak "Uła nie, Aga tak, mama". I płacz. To on jest najgorszy. I nic na niego nie pomaga, prócz telefonu do taty....


Ignacy nie należy do dzieci unikających zajęć terapeutycznych. Owszem- nie zawsze chce mu się ćwiczyć, czasem lawiruje, udaje, że nie rozumie, lub zwyczajnie nie słucha poleceń. Pracuje od kilku lat z wieloma specjalistkami. Od zawsze staramy się, by były to te same Osoby, do których Ignacy się przywiązał, które lubi, którym ufamy. W sumie pracuje z nim 7 Pań, w tym od września, "Pani Uła"- logopeda, z którą Ignaś stawiał dosłownie pierwsze kroki terapeutyczne w przedszkolu, gdy jeszcze nie potrafił samodzielnie siedzieć! Osobiście, mam do "Pani Uły" ogromny sentyment, gdyż to dzięki jej sprytnej sztuczce Ignaś zaczął się czołgać do przodu, wprawiając mnie w trakcie tych sierpniowych zajęć w prawdziwą euforię wymieszaną ze wzruszeniem.... (tu dowód- klik, klik:  http://ignacowka2010.blogspot.com/2012/08/wielki-dzis-dzien.html). To był zaiste wielki dzień w jego i naszym życiu!
A tu taki klops. Taki bunt, żal, rozrzewnienie i sprzeciw...
Bardzo trudno nam rozpoznać Ignaca powody tej rozdzierającej niechęci. Takie sceny, jak dzisiejsza, rozgrywają się niezmiernie rzadko i wyłącznie w odniesieniu do tych właśnie zajęć :( Wszystkie inne są ok, Ignacy nigdy się na nic nie skarży, nawet, gdy później w krótkiej rozmowie któraś z Pań przyzna, że na danych zajęciach Ignaś był rozkojarzony i nie chciał współpracować, i potrzebne były dyscyplinujące rozmowy (cokolwiek to znaczy). Ignacy nadal chętnie wędruje do swoich terapeutek, czasem wręcz się cieszy na spotkanie z nimi, ale "Uła, nie" i kropka...


Nie wiem, co począć z tym fantem. (A może wiem, tylko sama siebie okłamuję?).
Jestem już zmęczona. Nie chce mi się kolejny raz iść i rozmawiać o przyczynach, szukać pomysłów.
Nie wiem, co robić...

Szach- mat. Na razie.
_______________________________________________________________

Ok. 
Z trudem, ale jednak podejmuję w sobie decyzję o zmianie. Dyskretnej. Kosmetycznej niemal na razie korekty proporcji. I może właśnie dwa razy w domu, raz w przedszkolu przyniesie poprawę? Bo może to zwyczajne zmęczenie natłokiem zajęć przedszkolnych jest sprawcą? A Aga po prostu fajniejsza niż Uła? I nie starajmy się tego oceniać, bo po cóż? Każdy ma prawo wyboru. I kropka.
Ignacy także.



*Dla wyjaśnienia: Ignacy uczestniczy w terapii logopedycznej trzykrotnie w trakcie tygodnia- dwa razy w przedszkolu z "Panią Ułą" i raz w domu z Agą.

2 komentarze:

  1. Witam serdecznie, gdy czytałam ten wpis przypomniał mi się chłopiec - Krzyś, który miał podobny problem i mimo wielu prób, rozmów, umawiania się itd - problem ten przetrwał właściwie do wieku dorosłego. To niepełnosprawny chłopiec z zespołem FAS, codziennie rano trzeba było go wyciągnąć z łóżka, ubrać, doprowadzić do "stanu używalności". Mimo, że był już prawie dorosły 17-18 letni chłopiec - nic i nikt nie był wstanie go przekonać, żeby sam wstał i wybrał się do szkoły. Fizycznie był w stanie sam się ubrać, ale miał jakąś barierę psychiczną, bardzo długo trwały te ranne przygotowania i sama wielokrotnie pomagałam we wnoszeniu go do samochodu i pilnowaniu przed szkołą żeby po prostu wszedł i nie zwiał, ale gdy przekraczał próg szkoły działo się coś dziwnego - gdy spotykał kolegów i znajome twarze wszystko mu mijało i z uśmiechem na twarzy szedł do swojej klasy i - mimo wcześniejszych protestów - chętnie brał udział w zajęciach. Gdybym sama tego nie widziała, trudno byłoby mi w to uwierzyć. Chłopiec miał jakąś ogromną barierę, którą nie był w stanie pokonać i myślę, że to po prostu tak jest, że niektóre dzieci tak mają - coś ich blokuje i żaden specjalista nie dojdzie do tego dlaczego tak jest. Musimy chyba to zaakceptować, że niektóre dzieci"tak mają" i często same nie wiedzą dlaczego i o co im chodzi - coś lub ktoś im nie odpowiada i tyle ;) s.M

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga s.M. Bardzo się cieszę, że udało się zamieścić komentarz :)
      A co do jego treści- zgadzam się, że czasem trudno jest nam przyjąć coś, czego nie rozumiemy. I to jest sztuka właśnie. Zaakceptować wbrew logice lub mimo niewiadomej :)
      Swoją drogą- jest to w jakiś sposób FAScynujące, prawda?
      Pozdrawiam ciepło :)

      Usuń