30 grudnia 2015

Rok Słowa

Zamiast promyków słońca, muskających powieki, albo płatków śniegu wirujących nad dachami, codziennie rano opadają na mnie lawiny słów, wyrywając mnie mniej lub bardziej brutalnie z krainy snów. 
Różne bywają to poranki. Różne bywają to słowa. Słowa- nie w znaczeniu gibkich, krągłych dźwięków, rozchodzących się w powietrzu jak muzyka. Raczej koślawych, chropowatych, specyficznie skandowanych, pozbijanych pozornie przypadkowo w dziecięce konstrukcje myślowe.
Są wśród nich obowiązkowe, jak mycie zębów, pytania: o tatę, o braci, o czekające dziś spotkania z terapeutami. Są wśród nich prośby: o ubranie, o śniadanie, o telefon czy zabawę. Albo są te najtrudniejsze- powtarzane w koło, jak katarynka, słowa wyciągające mnie z letargu: mama, mama, mama...

Jednak ich najcenniejszą cechą charakterystyczną jest fakt, że są.

A każde wyuczone, mozolnie stworzone, zbite, z wcześniej opanowanych do perfekcji sylab, wyćwiczone setkami powtórzeń, pytań i odpowiedzi. "Ku-la", "ja(j)- ko", "auto-ka-ka" <autokar, autobus>, "Ola".... itp. itd.

Ten rok zdecydowanie był rokiem mowy. Jej rozwijania, ćwiczenia, radości z każdego nowego określenia, wpadającego do koszyka słów. Słów, które, jak owady w gorące, letnie popołudnie, krążą niestrudzenie w naszej domowej przestrzeni, brzęczą, drgają, dzwonią, czasami nużą, ale w większości są błogosławione zwyczajnie. Tak wiele to zmieniło w naszym życiu. Tak wiele dało.
Otworzyło Ignaca świat na innych, a świat innych (braci na przykład) na jego świat. Chociaż jeszcze tak wiele zostało do powiedzenia.


I do wypracowania.
Bo każde słowo w ustach naszego syna to wynik jego i naszej świadomej, celowej, codziennie wykonywanej pracy, poświęcanej uwagi, wkładanego wysiłku. I niegasnącej wciąż nadziei w to, że mu się powiedzie, że w końcu się nauczy...
Usta Ignasia nie płyną po fali słów i zdań, nie poddają się miękko zamysłom umysłu. One są  jak mozolnie i ostrożnie składany domek z kart, rozpadający się pod najlżejszym podmuchem wiatru czy fałszywym ruchem dłoni- wciąż i wciąż trzeba je układać od nowa, szukać dla danego słowa odpowiedniego wzorca. I nawet jeśli na usta ciśnie się jakieś określenie, nie dość zautomatyzowane, świeże, nie powtórzone po tysiąckroć- usta nie zawsze chcą je wypuścić, mocują się z Ignacym, a on mocuje się z nimi tak długo, aż odnajdzie odpowiedni wzorzec w pamięci i zmusi je do właściwego ułożenia.


***

Od wczoraj, zupełnie spontanicznie, rozpoczęliśmy logogopedyczny, domowy, turnus eksperymentalny ;) Pani Agnieszka, która pracuje z Ignacym w domu, od wakacji raz w tygodniu, w pierwszej połowie roku 2015- dwa razy w tygodniu, zgodziła się przychodzić w obecnej przerwie świąteczno-noworocznej na codzienne zajęcia. Włącznie z sobotą i niedzielą. Chcemy sprawdzić, czy taki intensywny trening (6 dni) przyniesie coś nowego Ignasiowi. Wszelkie inne zajęcia terapeutyczne są w tym czasie zawieszone, tworzy się więc fantastyczna przestrzeń na wzmożone sesje logopedyczne. Jednocześnie obawa przed przeciążeniem dziecka jest wprost minimalna. Poza godziną zajęć w strukturze, pełen luz... Spacery, wyjście na basen, zabawa w domu, odwiedziny u znajomych, wplecione w rozrywkę powtórki utrwalające zadania z porannych zajęć. Oddychamy swobodniej i naturalnie zwalniamy pod koniec. Z tym małym wyjątkiem ;)
Jeśli efekty nas zaskoczą pozytywnie, spróbujemy to powtórzyć w ferie.


***
mama, tata, baba, Alu, Mako, Ola, Ania, Uła, Aga, Ela, Jasiu, nie, tam, tu, kupa, auto, ałałka (pies), mniam (jeść), cześśś, papa (iść), autokaka (autobus), mam, ała-auto (wypadek samochodowy, zepsuty samochód), ała (boli, gorący), uchu (pociąg), noga, ja(j)ko, tak, la (ja, moje), lala, kuku(ł)ka, Mati (Mateusz), Asia, Asiunia, Asiulka ;), Anitka, Anetka, ko(t)ek, muuu (krowa) - 

z tych słów składa się świat 5-letniego Ignacego. Niewiarygodne, jak wiele można przekazać, posługując się tak znikomą liczbą słów. Jeśli jednak dodać do tego gesty i dźwiękonaśladownictwo- sprawa staje się o wiele łatwiejsza :)

Długa jeszcze jednak droga przed nami.... jakby na nią nie spoglądać...

24 grudnia 2015

Wigilijnym świtem pisane

***


Więc się zastanawiam, jakich użyć słów.

Spokoju? Nadziei? Wytrwałości? Radości? Zdrowia?

Tak- tego wszystkiego z pewnością życzymy i sobie, I Wam. Choć każdy potrzebuje dla siebie czegoś swojego, o czym wie tylko on. Być może kilkoro jego bliskich...

Same życzenia jednak niewiele zmienią, więc dbajcie o siebie i swoje potrzeby, Drodzy Czytelnicy. Szukajcie, wyciągajcie dłoń, bierzcie dla siebie i dawajcie innym. 

Zaś Ignasiowi życzę, by przeklinał, kłamał, zmyślał, śpiewał, kłócił się i co tylko możliwe jeszcze, gdy można MÓWIĆ.
Wszystko zniosę :) i przyjmę z pokorną radością ;)


No i teraz nie wiem, czy wklejać to zdjęcie?
Tak mi się poukładały w głowie szumnie życzenia...





23 grudnia 2015

Święta

Przed Świętami, czyli dziś, trzeba mi się szczególnie zmobilizować. A to sztuka nie lada, zwłaszcza, gdy za oknem wiosna ;)

Jak to jest, że właśnie teraz tyle zdarzeń pogania jedno drugie?

Bo i koncert kolęd wczoraj, Jasełka w ubiegłym tygodniu, wizyta u lekarza i spotkanie autorskie? A między tym pierniczki, których nie upiekłam i nie upiekę już pewnie, zepsuty robot kuchenny, skutecznie rozgrzeszający mnie z opieszałości cukierniczej, choinka gubiąca już pierwsze igiełki i premiera Gwiezdnych Wojen, które kuszą bardziej, niż świąteczne porządki.

Święta...


Jasełka przedszkolne udały się wybornie tego roku. Nasz Pastuszek poradził sobie rewelacyjnie, i choć nie śpiewał z dziećmi, to tańczył, odgrywał rolę w punkt i nie pomylił się ani razu. Kto był, ten widział, jak pękaliśmy z przejęcia i dumy. Nawet tata się pojawił punktualnie w drzwiach sali, czym zrobił nam najpiękniejszą niespodziankę, bo wiadomo- praca zawodowa....
I choć Ignaś znowu nie zaśpiewał w tym roku żadnej kolędy, to wraz z dziećmi zamigał przebojowo "Lulajże Jezuniu" po raz pierwszy w życiu, choć jestem pewna- nie ostatni.




Żeby poradzić sobie z całorocznym, kumulującym się akurat w grudniu, zmęczeniem, postanowiliśmy odwrócić skutecznie naszą uwagę i życie od przedświątecznych porządków, zakupów, szaleństwa i naszą sprawdzoną już metodą, uciekaliśmy w świat przyjemnie spędzanego rodzinnego czasu.

I tak, w ubiegłą niedzielę, zupełnym już, ciemnym wieczorem, ruszyliśmy na pewną fascynującą wystawę, z której przywieźliśmy takie wspomnienia: puste przestrzenie, eksponaty prawie wyłącznie do naszej dyspozycji, cisza, spokój, brak tłumów (bo wszyscy na zakupach ;)) i mnóstwo czasu, by bawić się kolejkami.... Ignacy był przeszczęśliwy :) A my razem z nim.










W trakcie tej wycieczki zaskoczyła mnie pewna obserwacja zachowania mojego Syna. I dała sporo do myślenia.... Otóż- Ignaś zabrał z sobą znalezionego gdzieś w jednej z szuflad, niedziałającego już, pilota od sprzętu stereo. A ponieważ od miesiąca całkowicie ograniczamy mu dostęp do telefonów komórkowych, bo stały się one źródłem niepokojącego mnie uzależnienia, pilot ów zamienił się w jego rączkach w wyimaginowany telefon, którym na przemian to dzwonił do swojej ukochanej Babci, opowiadając jej w swoim narzeczu wrażenia z wystawy, to znów "pstrykając" zdjęcia tym konstrukcjom, które najbardziej go urzekły...
Niezwyczajny był to widok. Trochę zawstydzający nas, dorosłych, a tak dobrze oddający ducha obecnych czasów... Podziałał na mnie oczywiście jak kubeł jeszcze zimniejszej wody, pokazując, jak mistrzowskim obserwatorem otoczenia jest nasz 5-latek...

Także, ten... tego...

Święta. Są dla nas coraz większym wyzwaniem duchowym... Ale mam wrażenie, że udało nam się nie zginąć pod ostrzałem reklam i marketingowej nagonki... 

Jutro przyjadą goście. Będzie tak po naszemu- niespiesznie, z nieumytymi oknami, w delikatnym chaosie.

I Wam tego samego życzymy: bądźcie sobą. Czujcie się z sobą tak dobrze, jak to tylko możliwe. Bądźcie. Po prostu. I w zdrowiu.





13 grudnia 2015

Skok

Chciałam Wam coś przypomnieć, skok w przeszłość wykonać, co uświadamia nadmiar, którego się nie ceni zazwyczaj.

Dwa lata. Czas, który był potrzebny, bo osiągnąć kawałek z tego całego tortu, nazywanego życiem...

Tych kilkadziesiąt SEKUND, może więcej, może mniej, oznacza setki przepracowanych godzin w krótkiej, pięcioletniej wspólnej naszej podróży pod wiatr. Jest równowartością już tysięcy kilometrów przemierzonych za kółkiem, ze wzrokiem utkwionym we wstecznym lusterku i duszą zwisającą mizernie na ramieniu każdorazowo, gdy mijamy się z TIRem ;)

Niemniej warto było to zobaczyć na nowo, Być może podzielić się tym z Wami też warto? Kto wie?

Nic nam nie spadło z nieba. Ale smakuje jak najwytrawniejsza manna ;)


Kwiecień 2014:




Maj 2014:



Czerwiec 2014:


Październik 2014:



Kwiecień 2015:

Sierpień 2015:


Wrzesień 2015:

10 grudnia 2015

Przeprawa

Oczekuję jej jutro, choć wolałabym jej sobie zaoszczędzić.
Jej widmo krąży nad nami od jakichś trzech lat, czyli od momentu, gdy po raz ostatni zgodziłam się zaszczepić Ignasia szczepionką skojarzoną.

Szykuję się na nią psychicznie, składam chrono- i logicznie dokumentację, tak, by po raz kolejny w życiu wyjść na głupca w obliczu wiedzy medycznej i "braku przeciwwskazań". 

Na szczęście nie będę tam sama, poprosiłam tym razem męża by mi towarzyszył, czuję bowiem, że to będzie trudna rozmowa i nie chcę jej prowadzić sama.

Ignacy otrzymał dwa cykle szczepionek. Zakończyliśmy ten proces po drugim, gdy jego wątroba na skutek rotawirusa chyba oznajmiła swoją niewydolność. Wówczas czara się przelała, zaś lęk urósł już we mnie tak bardzo, że podjęłam rozpaczliwą decyzję o stawianiu czoła wszelkim naciskom i namowom podania mu kolejnych dawek szczepionek.
Możecie tego nie rozumieć, ani nie pochwalać. Ja jednak wiem, że mam prawo podejmować suwerenną decyzję w tej sprawie, nawet kosztem bycia nękaną i straszoną przez Sanepid, pod groźbą kary administracyjnej czy grzywny.


Jak długo jeszcze będę poszukiwać wsparcia w opinii lekarzy, by odroczyć Ignacego od kolejnych dawek szczepionek, nie wiem. Czasem jestem już tym wyczerpana, zwłaszcza, gdy znajduję w skrzynce pocztowej kolejne, podnoszące mi ciśnienie pismo....
Nasza rodzinna Pani Pediatra na szczęście mnie wspiera i wydaje się, że rozumie nawet. Wstawiła się za nami w lokalnej stacji Sanepid'u, gdzie gorliwe Panie urzędniczki groziły wystosowaniem kolejnego oficjalnego pisma i przymuszaniem mnie grzywną. Cóż, gdy wyjaśnienia Pani Doktor okazały się niewystarczające, potrzebne jest pismo odraczające, którego wystawić się nie zdecydowała, albo sąd. Doszło do tego, że nawet sama Pani Doktor odbiera telefony ponaglające ze stacji, ja zaś termin wizyty trzy miesiące temu zarezerwowałam w Poradni Szczepień na dzień jutrzejszy- wcześniejszego nie było.

I podczas gdy Wy będziecie jutro popijać drugą poranną kawę w pracy, ja będę tłumaczyć moją obawę i spostrzeżenia kolejnej lekarce i narażać się na niezrozumienie tudzież lekceważenie moich obaw. Które są proste i niestety już niereformowalne. Boję się jak ognia jedynie tego, że Ignaś może mieć jakieś powikłania poszczepienne. I regres. Najgłupszy z możliwych. Jeśli znajdę kogoś, kto mi zagwarantuje wzięciem na siebie odpowiedzialności za taką ewentualność i podpisze się pod tym- zaszczepię. W przeciwnym razie- nigdy. Niestety. Gdyż ja takich możliwych (choć niekoniecznych) konsekwencji po prostu już nie udźwignę. 


Niewtajemniczonym wyjaśnię jedynie, że w krótkim odstępie czasu (1-4 tygodnie) po każdym szczepieniu przeciwko WZW B w okresie niemowlęctwa u Ignasia występowało zapalenie wątroby i żółtaczka o nieustalonej etiologii. To właściwie mi wystarczy by się po prostu bać kolejnego. Zaś opisane w jednej z ulotek powikłanie o nazwie "encefalopatia" przywodzi mi na myśl wynik pierwszego rezonansu magnetycznego mózgu Ignasia.
Dlatego, cokolwiek ktokolwiek próbowałby mi tłumaczyć- niewiele to da. Bo nic mnie nie zmusi do podjęcia kolejnego tego kalibru ryzyka.....


Trzymajcie, proszę, kciuki. Choć trochę.....


PS. Krztusiec i szkarlatynę mamy już za sobą. Właściwie boimy się tylko odry i tężca. I tyle.

07 grudnia 2015

Wróg

Nocą, w niedzielę, trochę po północy, siedząc na balkonie w chłodnym, grudniowym wietrze i oddając się nikczemnemu nałogowi memu tuż przed snem, namierzyłam wroga!

To nie Ignasia niepełnosprawność odbiera mi to, czego tak wszyscy obecnie dla siebie pragną!

To on.

Zdradziecki, podstępny, wkradający się niezauważalnie pod postacią świetnych pomysłów i niezapomnianych wrażeń, tudzież szarych codziennych rutynowych spraw i drobiazgów.

Mój wróg.

Z m ę cz e n i e....

Będę musiała coś na niego zaradzić. Bardziej o siebie zadbać, kosztem nawet zaniedbania kilku innych spraw czy zadań. Coś odłożyć, coś przełożyć, o czymś zapomnieć, z czegoś zrezygnować...
Usiąść wygodnie na kanapie, obłożyć się jakimś relaksującym zajęciem, albo nawet dać nura pod kołdrę totalnie przez nocą. I tak do końca roku, a jeśli trzeba nawet dłużej.....

By wykrzesać w sobie więcej pary na to, co jednym przychodzi łatwiej, a innym- ciężką pracą....

Na normalność....



Tymczasem cicho zamykamy czas hucznych spotkań i rozmów do nocy. Na kilka kolejnych tygodni. Do Świąt.
Na czas regeneracji pozostawiam sobie zaś takie wspomnienie.... z soboty:



fot. Agnieszka Kossowska



05 grudnia 2015

Bajki i książka

Natchnęło mnie któregoś dnia, gdy odbierałam Ignaca z przedszkola. Podzieliłam się pomysłem z wychowawczynią Ignasia i dostałam kolejny pomysł już na tacy. Zaczęłam szukać....

W sumie udało mi się znaleźć co najmniej kilkanaście całkiem interesujących, ale przede wszystkim mądrych, wyjaśniających tematykę niepełnosprawności, bajek terapeutycznych dla dzieci w różnym wieku. Wszystkie je zebrałam dla siebie, ale również dla innych, w zakładce Ignacówki "W sieci złowione" (bo gdzieżby indziej?), robiąc przy okazji mały porządek w zamieszczonych tam linkach.
Być może kogoś z Was zainteresuje taki sposób objaśniania trudnych wątków swoim pociechom, a niewykluczone, że i sami skorzystacie tak zwyczajnie dla siebie ;) Tak było ze mną- do czego nawiążę za moment.
Bajki nie są ani rzewne, ani długie, ani skomplikowane- jak to bajki. W przystępny sposób pomagają zrozumieć to, co niezrozumiałe, odreagować ukrywane emocje, wydobywając je na wierzch, nazywając je po imieniu. Myślę, że sporo dzieci ma szansę odnaleźć się w ich bohaterach i ich postawach i uporządkować w sobie trudne kwestie, które przynosi przebywanie z osobą niepełnosprawną. Są oczywiście inne terapeutyczne bajki w sieci i na księgarskich półkach, dotykające innych dziecięcych problemów, mnie jednak najbardziej zainteresowały te, które poruszają temat Inności.

Przy okazji z radością podzielę się z Wami wspaniałą dla mnie nowiną :) Otóż, 19 grudnia, czyli już niebawem, odbędzie się premiera, promocja i spotkanie autorskie zarazem "Dużych spraw w Małych głowach"!!!! Zamierzam na nim być oczywiście, gdyż jestem emocjonalnie związana i z samą książką i z jej Autorką :)




Czym różni się ta książka od wspomnianych wyżej bajek? Czy było sens ją pisać? tracić czas, energię, siły, by następnie ją wydać? Czy nie wystarczy tych kilkanaście pozycji, traktujących o niepełnosprawności, lub czy można powiedzieć coś jeszcze, odkryć Amerykę po raz kolejny?
Myślę, że zdecydowanie TAK.

Przeczytałam z uwagą większość bajek terapeutycznych o tematyce niepełnosprawności, które znalazłam w sieci (jeśli WY znaleźliście jakąś jeszcze- proszę, podzielcie się nią ze mną!!!!!). I przeczytałam Duże Sprawy w Małych Głowach (jeszcze w czasach, gdy się tworzyły, powstawały a potem szykowały się do druku :)).

I wiecie co?
Prócz zasadniczej różnicy, wynikającej z formuły publikacji (książka vs bajki), według mnie jest to książka NIEZWYKŁA. I innowacyjna zarazem! Prócz tego, że opisuje zagadnienia, wyjaśnia je w przystępny sposób, czyli dostarcza wiedzę, to ma jeszcze jedną niespotykaną dotąd zaletę.
Jej absolutnie wyjątkową wartością dodaną jest bowiem fakt, że pisarka przyjęła perspektywę CHOREGO DZIECKA, a nie osób z jego otoczenia, jak ma to miejsce w większości poznanych przeze mnie bajek....
Pozwala zatem poznać świat niepełnosprawnych osób od środka niejako, od podszewki. Pokazać ich sposób patrzenia na świat, przeżywania go (wcale nie tak różny od naszego w większości rodzajów niepełnosprawności), ich potrzeby i troski, czyniąc to jednocześnie z ogromnym wyczuciem, ale i poczuciem humoru!!! Ta książka nie jest ani ckliwa, ani smutna, ani trudna, choć traktuje całkiem serio i fachowo trudne problemy. Jako jedna z nielicznych poświęca też uwagę dzieciom niepełnosprawnym intelektualnie.

Ja osobiście jestem w niej zauroczona (co zapewne da się bez trudu wyczuć w melodii moich zachwytów i achów ;)) i nie mogę się doczekać, kiedy wezmę ją do ręki i przewrócę pierwsze strony....

No i te ilustracje.... !!!!!!

Tak.
Dobrze, że są takie publikacje na rynku.
Teraz pozostaje tylko z nich korzystać..... :)

03 grudnia 2015

Budowanie. Pomimo.

O akceptacji można pisać na milion sposobów.
Przychodzi taki czas, że staje się ona priorytetem w życiu rodzica. Każdego rodzica, każdego dziecka. Tak myślę.

Kto z nas- jeśli ma pod swoimi skrzydłami jakiegoś Maluszka- nie przygląda się wnikliwie relacjom swojego smyka z innymi dziećmi? Kto nie czuwa, by nie spadł ze ślizgawki, by nie sypał piaskiem w oczy innym w piaskownicy, by dzielił się zabawkami? i - by był akceptowany i lubiany przez inne dzieci?

Bardzo bym chciała, by moje dzieci miały przyjaciół- cha, górnolotnie napisane, prawda? No, to przynajmniej znajomych, kolegów... To moje chciejstwo nie jest wyjątkowe, podzielają je wszyscy członkowie naszej rodziny, mówią o tym starsi synowie, myślą babcie.... Chce ich mieć również Ignacy. Banalna sprawa. Ale paradoksalnie nie łatwa.



Inności Ignasia musimy się uczyć. Taka wiedza nie była i nie jest nam dana, jak jakiś ekstra dar od losu. Nie urodziliśmy się z nią.  Nie mieliśmy jej w sobie nawet w chwili przyjścia Ignasia na świat.....
Uczymy się systematycznie. Kolokwium zdajemy non stop. Życie nas ocenia, sama relacja z synem jest wykładnikiem naszej pilności. Zdarza mi się narzekać i skarżyć, z takiego prostego ludzkiego zmęczenia. A na to, że jestem nieustannym tłumaczem konsekutywnym, albo, że nie rozumiem, czego chce ode mnie mój syn. Czasem jest pod górkę z tym wszystkim. Po prostu.

Ale my mamy marne szanse na wymiganie się od lekcji, jaką dało nam życie. Zostaliśmy postawieni w obliczu wyzwania i je podejmujemy, ostatecznie czerpiąc z niego satysfakcję. Każdy postęp w naszej relacji, każda zmiana w Ignaca możliwościach, daje nam motywację na "dalej". Nie wyobrażam sobie, że mogłoby być inaczej. To MOJE życie. Takie jest. Zgadzam się na to.

Pisząc to wszystko chciałam powiedzieć, że też musiałam się nauczyć akceptacji mojego dziecka, a właściwie jego zachowań i ograniczeń. I wciąż to czynię, nieustannie.

Integracja jest wynikiem nauki akceptacji. Ta zaś jest żywym, aktywnym procesem, który trzeba gdzieś zapoczątkować, lecz później czynnie w nim uczestniczyć, zaangażować sięOna się niestety nie dzieje sama :( 

Co innego tolerancja. Ona nie wymaga zaangażowania. Może istnieć samodzielnie, nie oczekując od nas włączania się w działanie. I taką tolerancję z pewnością Ignacy otrzymuje od świata. Od dzieci w przedszkolu również. Od dorosłych, którzy stają na naszej drodze, zazwyczaj.
Sama tolerancja nie prowadzi jednak ani do akceptacji, ani tym bardziej nie integruje żadnych Światów.


Zbyt dużo chcę- pomyślicie zapewne. W głowie jej się przewraca- dodacie?
Być może. 
Ja jednak chciałabym, by moje dziecko było nie tyle tolerowane- choć to i tak wiele. Chciałabym, by było akceptowane, włączane w życie, by się integrowało ze światem i by świat zechciał się zintegrować z nim, pomimo jego trudności. 

To dlatego zabieramy Ignaca we wszystkie miejsca dla niego odpowiednie, w których bywamy. Chcemy go uczyć świata. I uczyć świat Ignacego. Chodzimy praktycznie wszędzie: do sklepów, do galerii, do muzeów, do kawiarni i restauracji, na koncerty (o ile nie są zbyt rockowe i głośne ;)). Na basen, do kościoła, na place zabaw, jeździmy autobusem, tramwajem, pociągiem. Czasami pozwalam mu załatwić proste sprawy samodzielnie- niech próbuje, stara się, doświadcza. Idzie więc Ignaś do sklepu i mówi do Pani ekspedientki swoje przeciągłe i niewyraźne "cześśś". Podaje jej pieniążki i pokazuje na migi, co chce. Czasem się udaje, ale niekiedy muszę wkroczyć z pomocą obu stronom. Znów "robię za tłumacza", objaśniam, poprawiam.... Powodzenie takich misji zależy w równym stopniu od umiejętności Ignacego, co od otwartości osoby, do której wychodzi on z inicjatywą. Czasem dogadają się sami, a ja stoję z boku i błogo się uśmiecham, czasem dorosły z zadziwieniem szuka w moim spojrzeniu wsparcia. 

Robimy wiele. A ostatnio jeszcze więcej.


Od początku listopada udaje nam się spotykać z kolegami i koleżankami Ignasia z przedszkola poza samym przedszkolem. Zapraszamy ich do siebie. Dziś zostaliśmy zaproszeni z rewizytą do kolegi. Obserwuję uważnie te spotkania i stawiam sobie pytania, odpędzam niepokoje, cieszę się, kiedy dzieci się sobą interesują. Bywa z tym jednak różnie. Jedne spotkania udają się bardziej, inne mniej. To zależy od dzieci. Od temperamentu odwiedzających nas Maluszków. Ale sądzę, że również od czegoś jeszcze...

Ignacy do wszystkich dzieci nastawiony jest pozytywnie. Cieszy się na ich przyjście bądź spotkanie ogromnie!!!. Do tego stopnia, że zdarzyło mu się prawie zjechać po schodach w dół, gdy szliśmy otwierać kiedyś drzwi Gościom (na szczęście trzymałam go za rękę i obyło się bez wypadku). Zabiera od dzieci kurteczkę, niesie ją do garderoby, łapie za rączkę i wprowadza z nieskrywaną ekscytacją na piętro. Czasem chce oprowadzić po całym domu, pokazać wszystkie zakamarki, zabawki. Chwali się i przeżywa maksymalnie.
Dzieci zazwyczaj czują się onieśmielone. Wiadomo- nowe miejsce, nowy dom, ale również- nietypowy Gospodarz. Nie mówi, inaczej się chwilami zachowuje, wielu rzeczy nie potrafi tak sprawnie wykonać, jak one, mimo, że jest starszy. Sądzę, że dzieci wykazują się wspaniałą tolerancją i życzliwością, odwiedzając Ignaca. Bardzo to doceniam. Myślę jednak, że też trochę się go obawiają, bo jest Inny. W domu wyraźnie to widać. W przedszkolu jest wiele dzieci, można się bawić z każdym. Podczas odwiedzin indywidualnych dzieci postawione są przed dużym dla nich wyzwaniem, nie ukrywajmy. Dlatego myślę, że są bardzo dzielne i odważne. Odważne, bo mają w sobie gotowość na poznanie inności. Dzielne- bo lepiej lub gorzej, ale starają się sobie z nią poradzić. I tutaj jest miejsce i czas dla nas- dorosłych.

Zwykle staram się jak mogę wyjaśniać dzieciom różne zachowania Ignaca. Nie usprawiedliwiam go jednak, gdy jest niegrzeczny. Wyjaśniam, gdy jego nieporadność może wzbudzić w innym dziecku lęk lub niechęć. Jednocześnie mocno zwracam uwagę na naukę Ignacego odpowiednich form komunikowania się z innymi,  odpowiednich zachowań wobec nich. Zawsze wymagam, by przeprosił, gdy kogoś skrzywdzi- umyślnie, bądź nie, co też się zdarza. Uciszam, gdy krzyczy zbyt głośno. Tłumaczę, gdy łapie zbyt mocno. Ale staram się nie ingerować w zabawy. Pozostawiam to dzieciom. Czasami dzieci bawią się obok siebie, ale widzę w tym pewną jedność, wspólnotę. Coś sobie wymienią z Ignasiem, coś ustalą, czasem się posprzeczają;), czasem sobie ustąpią i każde z nich pogrąża się w swojej zabawie. Jest jednak jakaś między nimi interakcja.

Ale czasami bawią się zupełnie same, jakby odizolowane, nie zwracając uwagi na Ignacego, omijając go kompletnie, trochę jakby zagubione w całej tej dziwnej dla nich sytuacji. Szybko się też wówczas nużą wizytą. Zawsze mam z tyłu głowy fakt, że to dopiero czterolatki, naprawdę dzielne czterolatki, które wspaniale radzą sobie z nową dla nich, trudną też być może, sytuacją. I jestem dla nich pełna podziwu :)

Jestem przekonana, że jeśli się dzieciom wyjaśni, co jest powodem inności, z jaką się zderzają (trochę z naszego- dorosłych- wyboru- nie ich własnego przecież jeszcze), jest im dużo łatwiej poradzić sobie z "problemem". One też potrzebują się nauczyć akceptacji Inności, zwłaszcza, jeśli uczęszczają (z wyboru dorosłych) do placówki integracyjnej. Dziś widzę i rozumiem, że jest to wyzwanie dla wszystkich. Wyzwanie, które wymaga włożenia pewnego wysiłku, psychologicznego- powiedzmy, i które ma szansę zaprocentować w przyszłości. Pod warunkiem, że nie wrzucimy dzieci na głęboką wodę bez wsparcia, czyli bez objaśniania im Świata. A nasz Świat- Świat niepełnosprawności- trzeba wyjaśniać tak samo, jak wyjaśnia się dzieciom każde ludzkie i ziemskie zjawisko, z którym ma ono do czynienia:) Brak takich wyjaśnień jest dla nich źródłem dodatkowego stresu po prostu. I w ostateczności- zniechęca do poznawania, zaś zachęca do unikania i odrzucania.


O tym, jak postanowiłam objaśniać nasz świat Dzieciom, napiszę kolejnym razem. Dziś już i tak poświęciliście nam sporo czasu :)
Za co Wam dziękuję, bardzo. mama.

02 grudnia 2015

Meme i Czapki




Jak to w życiu nie ma przypadków, prawda?

Zima, chłodno, wiatr targa czym popadnie.

Siedzę i dziergam. Dziergam i siedzę. Czas płynie. 



Pisałam Wam kiedyś w kilku słowach o Czapkach (klik, klik). Są, tworzą się, czasem swawolnie i bez ograniczeń, czasem dla Kogoś konkretnie, pod zamysł i życzenie. To równie wielka satysfakcja, jak wędrówka z Ignacym przez meandry niepełnosprawności. Uwierzcie. Nieco jednak bardziej relaksująca. Ociupinkę ;)


I oto niedawno na drodze mojej stanęła Meme. Meme Manufaktura. A że blisko mamy do siebie, jakoś tak serdecznie i pozytywnie, podałyśmy sobie dłonie i stało się :)Spójrzcie: (klik, klik)  Czapki z Meme. Meme z Czapkami.

Zaglądnijcie do nas. Może skusicie się na coś.
Ooooo, na przykład na czapkę ;)





PS. Mam nadzieję, że to Znajomość na dłużej, dlatego, prócz tego wpisu, dla zainteresowanych, niebawem na pasku bocznym po lewej stronie znajdziecie stałą furtkę do Meme :) Zaglądajcie do nas i do Niej/ Nich!