15 stycznia 2016

Zagadka rozwikłana ;)

Jednak nie zdecydowaliśmy się na zwiększenie częstotliwości domowych zajęć logopedycznych, kosztem zajęć w przedszkolu. Okazało się to bowiem niepotrzebne :)

Zagadka rozwiązała się sama i problem niechęci do zajęć z "Ułą" (dla przypomnienia klik, klik) jakby zniknął, wyblakł, a w każdym razie stał się mniej uciążliwy i dla nas, i dla samego Ignasia. Okazało się bowiem, że Ignacy się bał....
Jednej konkretnej sytuacji, którą źle zinterpretował i która pozostała w nim taka właśnie zawikłana i budząca jego (dla nas niewytłumaczalny) niepokój. 
Podczas jednych z pierwszych zajęć z panią Logopedą zadzwonił jej telefon, a że był pilny bardzo i wyjątkowo ważny- Pani odebrała połączenie. Rozmowa toczyła się wartko i padło w niej kilkakrotnie słowo: "tato". Co niechybnie Ignacemu skojarzyło się z tatą jego własnym i musiało sobie dziecko wytłumaczyć, że pani Logopeda dzwoni do jego osobistego taty i opowiada o tym, co się dzieje na zajęciach. A nie zawsze dzieje się rewelacyjnie, bo zajęcia wymagają wysiłku i różnie to z zaangażowaniem Ignasia bywa zapewne...

No i "Uła"+ [telefon] + tata" wyjaśniło całą trudność Ignasia i niechęć.
Po wielokrotnym zapewnieniu, że pani Logopeda nie dzwoni do taty, bo nie ma do niego nr telefonu, Ignacy jakby odetchnął z ulgą, otarł łezki i zgodził się pójść na próbę na zajęcia. Wrócił z cukierkami, zadowolony i ucieszony, że tym razem telefon się nie odzywał w trakcie zajęć.

I w całej tej historii pouczające dla mnie jest to, że nie mam pewności, czy dobrze zrozumiałam obawy mojego dziecka? Ta sekwencja słów mogła oznaczać jeszcze przynajmniej dwa inne zdania. Ale to jedno przyniosło ukojenie, więc ufam, że dobrze trafiłam.
Pani Logopeda już też poinformowana o sprawie- zresztą Ona sama podała podczas naszej wspólnej narady taki możliwy powód niechęci Ignasia do spotkań z nią, przeczuwając niejako, że to może być przyczyną lęku i płaczu przed zajęciami z nią.

Mam nadzieję, że kryzys został opanowany przynajmniej na jakiś czas. A umiejętności językowe Ignasia będą się na tyle poprawiać, że będzie mi łatwiej mu pomagać w takich, rzadkich, ale trudnych chwilach.

Tymczasem- o czym wspominałam na FB- Ignacy odkrył w sobie pasję :) Prawdziwą. Wielką. Pochłaniającą go bez reszty od bladego świtu do rozgwieżdżonych nocy.
Tak oto rozpoczyna on swoje dni i kończy- spójrzcie:






I nic go tak nie zajmuje i nie wciąga w ostatnim tygodniu, jak muzyka, śpiew, aplauz, widownia i testowanie własnego głosu. Koniecznie z mikrofonem (nie działającym niestety, ale od czego się ma wyobraźnię)....

Tymczasem, Ciekawych pasji mamy zapraszam gorąco do Czapek :) Wczoraj, dziś i jutro (a kto wie?- może i pojutrze) pojawiają się nowe wpisy- nadrabiam zaległości nawet sprzed świąt ;)


12 stycznia 2016

Klasyka gatunku

















Z przedszkola Ignaś przyprowadził Kolegę. Dni temu parę. Niedawno.

Radość chłopców była ogromna. Mina braci, otwierających nam drzwi, medialna - bezcenna.

W głowie matki pojawił się tabun galopujących myśli pod hasłem "Co im ugotować? Jak zorganizować czas na wypadek braku tak zwanej chemii?"...


I wtedy padło to zdanie:
- Chcę malować farbkami!- Kolega po sowitym fryteczkowym posiłku i półgodzinnej swobodnej galopadzie po całym domu, bezpretensonalnie ogłosił Matce- gospodyni.

- O nie!- pomyślała w popłochu Matka- zanim zdążę wszystko przygotować, powyciągać z szafek, porozklejać na podłodze, Oni się już zdążą... znudzić.... Co to, to nie! - dodała sobie na koniec animuszu i odpowiedziała dziatwie lakonicznie:

- Dobrze. Zaczekajcie chwilę....

Tak. Matka ma poważny problem ze sobą, z konsekwencją i z asertywnością na bakier leciutko też pozostaje, jak widać...


- Bez sensu- lamentowała Matka, chodząc po domu i kompletując potrzebny malarski warsztat dla dwóch średniookiełznanych przedszkolaków - oni pomalują 5 minut, a ja będę sprzątać 20. To nijak się nie kalkuluje. Bez sensu. Bezwzględnie.

W 10 minut warsztat stanął w pełnej krasie. A raczej... poległ.
Na podłodze.

Dzieci zniknęły.
W magicznej krainie zabawy.....
Matka oniemiała...
I odetchnęła. Na moment, bo nagle rozbrzmiało:

- Chcę mieć brudne ręce! - Kolega zaintonował radośnie, z nutą prośby i rozkoszy w głosie (pewnie już oczyma wyobraźni widział to rozbrajające uczucie prawdziwych artystów nawiedzające w akcie tworzenia)...

- To zanurz je w farbkach- odpowiedziała rezolutnie Matka.

Czym zapewniła sobie 45 minutowe wytchnienie... bo dzieci zniknęły jeszcze głębiej w krainie fantazji... A ile się Matka nasłuchała opowieści o wulkanach!- no, mówię Wam. Jak nic, zaraz zostanę specjalistką sejsmologii dziecięcej.

Taka klasyka z gatunku dzieciństwa nas nawiedziła niedawno:)





05 stycznia 2016

Sentymentalnie

nie... nasza rodzina się nie powiększyła ;)

ale od tego się zaczęło- to pierwsze, zamieszone na blogu zdjęcie Ignaca (ca 7 miesiąc jego życia, miejsce: Dzicz).

trudne początki

choć tak niewinnie się zapowiadające i rozkosznie pieszczące oko

jak na początkującą matkę- blogerkę radziłam sobie zwyczajnie, przeciętnie

na nic nie byłam przygotowana: na niepełnosprawność mojego dziecka, na pisanie o naszym życiu, na to wszystko co się później zadziało, choć nie było tam żadnych dramatów

uważam jednak, że warto wracać do tych pierwszych, niezgrabnych, nudnych niekiedy wpisów, by dostrzec całą drogę, którą Ignacy pokonał przez ostatnie 4 lata- od momentu, gdy zaczęłam ją opisywać

zrobiłam więc nieco porządku, dołączyłam etykiety do postów, tych najbardziej przez wszystkich zapomnianych, nawet przeze mnie

Kiedy to było, gdy oznajmiałam światu z dziką rozkoszą kolejny milisukces naszego syna? Cały 2012 rok jest nimi wprost naszpikowany, na równi z lękiem o to, czy będzie chodził, mówił, rozumiał? 

Ignacy przeszedł przez te trzy lata ogromną trasę i wykonał wyjątkową pracę, zaś my - swoją prywatną pielgrzymkę przeszliśmy u jego boku, jako niczego nie rozumiejący wcześniej rodzice... bez grama wiedzy, bez doświadczenia w rodzicielstwie pełnym szczególnych wyzwań...

dzisiaj czuję się trochę jak weteranka, choć mam świadomość, że życie w każdej chwili może nas zaskoczyć... ale chyba już oswoiłam trochę temat, zorientowałam się w podstawach, wiem, w którym miejscu i czego szukać, a to daje ogromne wytchnienie...

Dziękujemy Wam, że z nami jesteście, że byliście i być może pozostaniecie. 

Blog niedługo skończy 4 lata i chyba po raz pierwszy pozwalam sobie na taki sentyment:)

Nie przypuszczałam, że tak długo wytrzymam ;)


Fajnie, że się nie poddaliśmy...
Warto było ten czas przeżyć i znaleźć się tu, gdzie dziś jesteśmy...






04 stycznia 2016

Trzy sprawy bez puenty

Choć ziąb i mróz- staramy się nie odpuszczać.  Z tyłu głowy bowiem tli się nam myśl, że trzeba być czujnym i nie spoczywać w fotelu z poczuciem zwycięstwa. I gdy my na ułamek sekundy, niesieni radością i dumą, pozwalamy sobie na chwilę beztroski i oddech- czujne oko czuwających nad rehabilitacją Ignacego Specjalistów przypomina nam, że to wcale nie koniec, ale że właściwie środek, a może nawet kolejny początek?


Tak to jest, że nasze życie wciąż obraca się wokół rehabilitacji. Cokolwiek by się nie działo, cokolwiek by nas angażowało- ona zawsze powraca jako jeden z naszych życiowych priorytetów.
Właściwie, prawie już do niej przywykliśmy. Jednak czasami osiadamy wygodnie na laurach. Ignacy chodzi. To był nasz cel roku 2015- doszlifować tę umiejętność, wzmocnić, ustabilizować. W miarę jednak jak docieramy do celu, rodzą się nowe, wynikające z niedoskonałości, kierunki pracy. Cóż, nasz syn ma 5 lat, a przed nim kilka kolejnych skoków rozwojowych. Musimy go więc na nie jak najlepiej przygotować, co faktycznie nie pozwala nam odpuścić pracy terapeutycznej ani na moment (no, chyba że świąteczny ;).

W połowie grudnia zostaliśmy rzetelnie rozliczeni z naszych postępów i konsekwencji w elektrostymulacji mięśni Ignaca i cóż- muszę przyznać, że bardzo tego pytania potrzebowaliśmy. Tak jak wszystkich, nas również dopada zmęczenie i gdy tylko Ignacy zaczął ostro protestować raz, drugi, trzeci przed "ćwiczeniami nóżek w domu"- jakoś mu w tej naszej słabości ulegliśmy. Kilka tygodni nam uciekło i ze wstydem musieliśmy się do tego przyznać sami przed sobą. Racjonalizacje nie wchodziły w grę. Musieliśmy ogłosić ponownie rodzinną mobilizację.

Żeby jakoś urozmaicić ćwiczenia, wymagające od Ignacego kolejnych kilkudziesięciu minut dziennie wysiłku, (poza pracą w przedszkolu i na zajęciach popołudniowych ze specjalistami), wymyśliłam "jesienno-zimowe spacerki dla dwojga". Prawda, że dobrze brzmi?
I tak, tuż po pracy, Tata (dużo rzadziej zaś mama- przyznaję), zabierał Ignacego na 45 minutową przechadzkę "pod prądem" po okolicy. Istotą przechadzki była jednoczesna stymulacja mięśni pośladków za pośrednictwem naszego elektrostymulatora, oraz dociążenie stóp półkilogramowymi obciążnikami (Ignacy coraz częściej bowiem chodzi na palcach, co jest nieprawidłowym wzorcem, zupełnie nie dociążając pięt). Dwa- trzy razy w tygodniu spacer plus dwa, trzy razy w tygodniu "zwyczajne" ćwiczenia nóg z elektrostymulatorem wypełniły więc całe tygodniowe pensum i mamy wreszcie czyste sumienie ;) Ignacy też znosi teraz dużo lepiej ćwiczenie nóżek na kanapie, niż wcześniej, bo nie odbywa się ono de facto codziennie tak samo. 
A po co właściwie to larum, skoro chłopak chodzi?
Cóż. Na razie chodzi. Trudno jednak przewidzieć, jak będzie sobie radził, gdy jego ciało zacznie szybko się zmieniać, punkt ciężkości przesuwać się, a drobne mięśnie nie zamienią się w muskuły... bo raczej się nie zamienią- to możemy akurat przewidzieć....  Istnieje ryzyko, że samodzielne chodzenie może być dla niego problemem gdy chłopak podrośnie (a wzrost ma po kim dziedziczyć, oj, ma ;), więc trzeba o tym pomyśleć już teraz.

Myślimy więc. Ćwiczymy. I staramy się być spokojni o przyszłość.


Tymczasem domowy turnus logopedyczny dobiegł końca.
Jego efektem są nowe słowa, chociaż nie wszystkie weszły naturalnie do użytku codziennego, ale wiemy, że są w repertuarze Ignaca i będziemy je skrzętnie wydobywać w odpowiednich momentach. Na razie tryumfy święci "guma", "oko" jest też dobrze opanowane, pojawiła się "koala", ale niestety wycofała "kukułka"- Ignaś nie jest jej w stanie powtórzyć...  I tak doświadczenie mi podpowiada, że musimy cierpliwie poczekać. Nie oczekujemy cudu. Przyglądamy się. 


Jest jeszcze jeden zaległy temat, do którego czuję, że powinnam powrócić- temat konsultacji  w poradni chorób zakaźnych w sprawie szczepień Ignasia.
Wbrew moim niepokojom i fantazjom wstępnym, wizyta okazała się bardzo rzetelna i ludzka. Lekarka, która nas przyjęła, poświęciła nam ponad godzinę czasu (!)- współczuję kolejnym pacjentom oczekującym na wizytę- w trakcie której dokładnie, uważnie prześledziła całą historię choroby Ignasia, przeczytała (!) wszystkie dokumenty medyczne, wysłuchała z uwagą naszych wątpliwości, wniosków, spostrzeżeń i określiła Ignacego jako "dziecko z grupy ryzyka szczepień". Zaproponowała nam rozpoczęcie procedury ustalania indywidualnego kalendarza szczepień, odraczając bezterminowo szczepienia preparatami zawierającymi żywe szczepy bakterii i zlecając szereg badań z krwi, by ustalić poziom odporności Ignasia na choroby, przeciw którym był on już szczepiony w pierwszym roku życia. Naprawdę podeszła do tematu rzetelnie i niespiesznie, czym zyskała moje uznanie i przychylność. W chwili obecnej nie wiem, jaką ostateczną decyzję podejmiemy w kwestii dalszych szczepień. Chcę poczekać na wyniki badań i jej opinię. Pani doktor jednak w pierwszych pięciu minutach naszej rozmowy użyła sformułowania, które kołacze mi się wciąż po głowie "szczepienia są obowiązkowe, ale nie przymusowe". I takiej przestrzeni właśnie potrzebowałam. 
Kolejną wizytę w poradni mamy wyznaczoną na 20 stycznia 2016 r- niebawem. Bardzo jestem ciekawa jej przebiegu i efektów.

Tymczasem.
Bez puenty.
Pozdrawiam.