04 stycznia 2016

Trzy sprawy bez puenty

Choć ziąb i mróz- staramy się nie odpuszczać.  Z tyłu głowy bowiem tli się nam myśl, że trzeba być czujnym i nie spoczywać w fotelu z poczuciem zwycięstwa. I gdy my na ułamek sekundy, niesieni radością i dumą, pozwalamy sobie na chwilę beztroski i oddech- czujne oko czuwających nad rehabilitacją Ignacego Specjalistów przypomina nam, że to wcale nie koniec, ale że właściwie środek, a może nawet kolejny początek?


Tak to jest, że nasze życie wciąż obraca się wokół rehabilitacji. Cokolwiek by się nie działo, cokolwiek by nas angażowało- ona zawsze powraca jako jeden z naszych życiowych priorytetów.
Właściwie, prawie już do niej przywykliśmy. Jednak czasami osiadamy wygodnie na laurach. Ignacy chodzi. To był nasz cel roku 2015- doszlifować tę umiejętność, wzmocnić, ustabilizować. W miarę jednak jak docieramy do celu, rodzą się nowe, wynikające z niedoskonałości, kierunki pracy. Cóż, nasz syn ma 5 lat, a przed nim kilka kolejnych skoków rozwojowych. Musimy go więc na nie jak najlepiej przygotować, co faktycznie nie pozwala nam odpuścić pracy terapeutycznej ani na moment (no, chyba że świąteczny ;).

W połowie grudnia zostaliśmy rzetelnie rozliczeni z naszych postępów i konsekwencji w elektrostymulacji mięśni Ignaca i cóż- muszę przyznać, że bardzo tego pytania potrzebowaliśmy. Tak jak wszystkich, nas również dopada zmęczenie i gdy tylko Ignacy zaczął ostro protestować raz, drugi, trzeci przed "ćwiczeniami nóżek w domu"- jakoś mu w tej naszej słabości ulegliśmy. Kilka tygodni nam uciekło i ze wstydem musieliśmy się do tego przyznać sami przed sobą. Racjonalizacje nie wchodziły w grę. Musieliśmy ogłosić ponownie rodzinną mobilizację.

Żeby jakoś urozmaicić ćwiczenia, wymagające od Ignacego kolejnych kilkudziesięciu minut dziennie wysiłku, (poza pracą w przedszkolu i na zajęciach popołudniowych ze specjalistami), wymyśliłam "jesienno-zimowe spacerki dla dwojga". Prawda, że dobrze brzmi?
I tak, tuż po pracy, Tata (dużo rzadziej zaś mama- przyznaję), zabierał Ignacego na 45 minutową przechadzkę "pod prądem" po okolicy. Istotą przechadzki była jednoczesna stymulacja mięśni pośladków za pośrednictwem naszego elektrostymulatora, oraz dociążenie stóp półkilogramowymi obciążnikami (Ignacy coraz częściej bowiem chodzi na palcach, co jest nieprawidłowym wzorcem, zupełnie nie dociążając pięt). Dwa- trzy razy w tygodniu spacer plus dwa, trzy razy w tygodniu "zwyczajne" ćwiczenia nóg z elektrostymulatorem wypełniły więc całe tygodniowe pensum i mamy wreszcie czyste sumienie ;) Ignacy też znosi teraz dużo lepiej ćwiczenie nóżek na kanapie, niż wcześniej, bo nie odbywa się ono de facto codziennie tak samo. 
A po co właściwie to larum, skoro chłopak chodzi?
Cóż. Na razie chodzi. Trudno jednak przewidzieć, jak będzie sobie radził, gdy jego ciało zacznie szybko się zmieniać, punkt ciężkości przesuwać się, a drobne mięśnie nie zamienią się w muskuły... bo raczej się nie zamienią- to możemy akurat przewidzieć....  Istnieje ryzyko, że samodzielne chodzenie może być dla niego problemem gdy chłopak podrośnie (a wzrost ma po kim dziedziczyć, oj, ma ;), więc trzeba o tym pomyśleć już teraz.

Myślimy więc. Ćwiczymy. I staramy się być spokojni o przyszłość.


Tymczasem domowy turnus logopedyczny dobiegł końca.
Jego efektem są nowe słowa, chociaż nie wszystkie weszły naturalnie do użytku codziennego, ale wiemy, że są w repertuarze Ignaca i będziemy je skrzętnie wydobywać w odpowiednich momentach. Na razie tryumfy święci "guma", "oko" jest też dobrze opanowane, pojawiła się "koala", ale niestety wycofała "kukułka"- Ignaś nie jest jej w stanie powtórzyć...  I tak doświadczenie mi podpowiada, że musimy cierpliwie poczekać. Nie oczekujemy cudu. Przyglądamy się. 


Jest jeszcze jeden zaległy temat, do którego czuję, że powinnam powrócić- temat konsultacji  w poradni chorób zakaźnych w sprawie szczepień Ignasia.
Wbrew moim niepokojom i fantazjom wstępnym, wizyta okazała się bardzo rzetelna i ludzka. Lekarka, która nas przyjęła, poświęciła nam ponad godzinę czasu (!)- współczuję kolejnym pacjentom oczekującym na wizytę- w trakcie której dokładnie, uważnie prześledziła całą historię choroby Ignasia, przeczytała (!) wszystkie dokumenty medyczne, wysłuchała z uwagą naszych wątpliwości, wniosków, spostrzeżeń i określiła Ignacego jako "dziecko z grupy ryzyka szczepień". Zaproponowała nam rozpoczęcie procedury ustalania indywidualnego kalendarza szczepień, odraczając bezterminowo szczepienia preparatami zawierającymi żywe szczepy bakterii i zlecając szereg badań z krwi, by ustalić poziom odporności Ignasia na choroby, przeciw którym był on już szczepiony w pierwszym roku życia. Naprawdę podeszła do tematu rzetelnie i niespiesznie, czym zyskała moje uznanie i przychylność. W chwili obecnej nie wiem, jaką ostateczną decyzję podejmiemy w kwestii dalszych szczepień. Chcę poczekać na wyniki badań i jej opinię. Pani doktor jednak w pierwszych pięciu minutach naszej rozmowy użyła sformułowania, które kołacze mi się wciąż po głowie "szczepienia są obowiązkowe, ale nie przymusowe". I takiej przestrzeni właśnie potrzebowałam. 
Kolejną wizytę w poradni mamy wyznaczoną na 20 stycznia 2016 r- niebawem. Bardzo jestem ciekawa jej przebiegu i efektów.

Tymczasem.
Bez puenty.
Pozdrawiam.



3 komentarze:

  1. Pani Anito dzisiaj znów była kukulka ;-) jest dobrze

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hura! Super :) Tak to jest, gdy nie ja Panią odprowadzam do drzwi :) Bośmy się jakoś dziś minęły, prawda? Pozdrawiam ciepło i do zobaczenia wkrótce.

      Usuń
  2. Przyznam szczerze, że czekałam na ciąg dalszy dotyczący kwestii szczepień.
    Jeśli nie masz nic przeciwko, dopytam kiedyś o kilka rzeczy - bo i nas temat dotyczy.
    PS. No i zjada mnie ciekawość, na którą panią doktor trafiliście, z dwóch powodów - ale to na priv ;)

    OdpowiedzUsuń