26 lutego 2016

Gorączka trawi nas! Ale jaka?...

Miało być różowo i chwilowo było. Tak do około 13:30, tuż po obiedzie,  w planach pojawiła się możliwość spaceru... Trzecie oko matczynej intuicji, którą- jak się okazuje, można całkiem nieźle zmylić i wykiwać uśmiechami, energią i zabawą w chowanego i podwójnym zwycięstwem w UNO- postanowiło spojrzeć uważniej, zwłaszcza, że bladość jakaś zalała twarzyczkę pociągłą Ignasia.

I bańka prysnęła, a w zamian pojawiły się złowieszcze 38,6 kresek na termometrze. 
Rzuciliśmy się w te pędy do lekarza i przyznać muszę, że stać mnie na wiele- przynajmniej tak od dzisiaj zaczynam o sobie myśleć. W 10 minut ubrać siebie i nagle słaniającego się Ignasia (chyba na wieść o tym, że jednak ma gorączkę i że idziemy jednak do lekarza), zapakować go do wozu i dojechać, zaparkować pod, po czym wtachać go wtulonego w ramiona me własne do lekarskiego gabinetu tuż przed godz. 14:00! Kłaniam się sobie w pas ;)

A poważnie- choroba nie odpuszcza, niestety, choć wczoraj nas zmyliła i poluzowała swój uścisk.
Czekamy do jutra, na ewentualne badania z krwi i w zanadrzu antybiotyk... 

Tymczasem.
Gdy dziecko złożone gorączką zasypia na salonowej kanapie, a - uwierzcie- od ładnych paru lat mu się to nie zdarzyło, matka wzięła się do konspiracyjnej pracy.

Pamiętacie o akcji na FB, wspominanej przeze mnie kilka dni temu?

(klik, klik) Handmade for Hope- edycja wielkanocna 2016 trwa w najlepsze :)
Krótki spot reklamowy, przedstawiający bohaterów Handmade for Hope możecie obejrzeć tutaj (WARTO!):

https://www.youtube.com/watch?v=iZ3okKYahUQ


Jeśli jeszcze się nie przyłączyliście- mam nadzieję, że tych kilka fotek Was skutecznie zachęci ;)

W najbliższych dniach będę wystawiała moje drobiazgi (tym razem nie czapki, ani nawet nie kamyki), i gorąco zachęcam Was do zaangażowania się w licytacje i pomoc podopiecznym Fundacji SMA.













25 lutego 2016

W czas :)

No. Blog wymieciony z nadmiaru, podobnie jak szafy i piwnice :) Wspaniałe uczucie, zapewniam!

Tymczasem stwierdzić należy z całą stanowczością i uznaniem dla Sprawcy, iż wykazuje się on nadzwyczajnym wyczuciem czasu i empatią wobec matki- opiekunki. Albowiem wybrał sobie wyśmienity czas na chorowanie, w znaczeniu: gorączka, polegiwanie na kanapie, milion życzeń na godzinę (nie na minutę- podkreślić należy uczciwie), osłabiony apetyt i uciążliwa nuda.... 
Byłaby niechybnie, gdyby nie fakt, że choroba Ignaca zbiegła się wspaniale z odwiedzinami Babci :)

Dzięki tej koincydencji mama może spokojnie: wziąć kąpiel o poranku (po nocach siedzi i pisze, podaje syropy i mierzy temperaturę z częstotliwością od "co godzinę", po "raz na trzy godziny"), odespać zarwane nocki, by w godzinach popołudniowych nie przypominać zombie, wyskoczyć do sklepu bez jęzora na brodzie i palpitacji serca, pozałatwiać pewne wyjątkowe sprawy 30 km od domu (wprawdzie z poczuciem winy za pazuchą, ale jednak na poluzowanym postronku).
No i zalegiwać z Dziecięciem na kanapie, oglądać bajki na tablecie, grać w UNO lub zwyczajnie się wspólnie ponudzić, bo obiadki "gotują się same", "pranie wskakuje do pralki", a Starszaki nie snują się same o świcie, obijając się zaspanym wzrokiem po pustej kuchni...

Nie redukując roli Taty w tym czasie, powinno się przyznać, iż on również z tej sytuacji korzysta, nie spiesząc się rano, wieczór i w południe, wykonując jeno to, co konieczne i najbardziej niezbędne (np. szukając termometru o 5 nad ranem w pokoju syna ;)).


Dzięki temu cudownemu spięciu zdarzeń (choroby- nieplanowanej i odwiedzin- planowanych, i owszem) wszyscy mamy szansę na wyjście żywo z tygodniowej przerwy w życiorysie przedszkolnym i nawet w dobrych nastrojach :) No i zdrowieje się o niebo lepiej w takiej atmosferze i w takim towarzystwie Babci kochanej :)







24 lutego 2016

Który to już raz?

Wydaje mi się, że czwarty, ale głowy nie dam (zbyt cenna dla mnie ;)).
Tak czy inaczej, z pewnością trzy edycje pamiętam, a najbardziej tą, w której po prostu nie miałam siły wziąć udziału, choć chęci mnie nie opuszczały ;)

Powzięłam więc mocne postanowienie poprawy i niniejszym zapraszam Was, Drodzy Czytelnicy, do zajrzenia na stronę wydarzenia Handmade for Hope - edycja Wielkanoc 2016. Można będzie  w jego trakcie nabyć niepowtarzalne upominki, wspierając szczytny cel- poszukiwanie leku hamującego nieuleczalną jak dotąd chorobę, czyli rdzeniowy zanik mięśni.

Ta edycja Handmade for Hope, organizowana przez Fundację SMA, prócz tradycyjnych już licytacji przedmiotów wykonanych przez uczestników wydarzenia własnoręcznie (!), daje możliwość wystawianie przedmiotów na aukcjach charytatywnych (Charytatywni.Allegro) oraz licytowania książek! Można więc zaangażować się wielorako: zrobić coś samodzielnie na licytację (ja preferuję ten wariant), wystawić przedmiot na aukcji charytatywnej, podarować książkę do licytacji bądź (najlepiej) nabyć któryś z tych przedmiotów, wpłacając środki na konto Fundacji SMA. Możliwości- jak widzicie- jest wachlarz, wystarczy tylko chcieć (i znaleźć w sobie energię ;)).

Zasady obecnej edycji szczegółowo opisane zostały na stronie wydarzenia na FB- dla ułatwienia zamieszczam bezpośredni  link: https://www.facebook.com/events/891843580931816/

Mam również nadzieję, że niebawem uda mi się przysiąść w spokoju (a o ten ostatnio jest trudno- co przysiadam -na przykład do komputera, zlatują się moje kochane dzieci i otaczają mnie niespotykaną wręcz i niejasną dla mnie troską i zainteresowaniem żywym i gorącym;)) i przygotować kilka fantów- niespodzianek na kolejne licytacje. Tworzenie poprzednich sprawiło mi sporą frajdę ;)

Zatem pozdrawiam Was ciepło i gorąco (dla odmiany) zapraszam do włączenia się w nurt przedświątecznych (tak, tak!) przygotowań. Jak Wielkanocna, to wielkanocna, prawda?


PS. Na profilu fb Ignacówki  wspominałam o niedomaganiu ignasiowym, które trwa już prawie 3 dzień, ale sprawy idą ku lepszemu... 
Poprosimy o kciuki na okoliczność powrotu do pełnego zdrowia :) A i Wam go życzymy szczerze!




19 lutego 2016

Tour de la Rodzina


Całą naszą pięcioosobową rodziną czekaliśmy na ten moment. Wszystko było ustalone już dużo wcześniej, pozostało nam się jedynie spakować i ruszyć w drogę.
To były zdecydowanie najwspanialsze "ferie" od bez mała 3 lat. Znakomicie udane. Spędzone w gronie Rodziny ze strony Taty. Pełne życzliwości. Przesympatycznych spotkań, na które na co dzień zwyczajnie brakuje sił i czasu.
Spokojne. Leniwe. Komfortowe. Smaczne. Wypełnione dziecięcymi śmiechami i baraszkowaniem kuzynostwa. Kompletnie odrywające nas od trosk i miliarda różnych spraw do załatwienia. Czuliśmy się jak goście, byliśmy w gościach i napawaliśmy się tym stanem bez najdrobniejszych choćby znamion wyrzutów sumienia :)

Serdecznie dziękujemy całej naszej Rodzinie z Jaworzna i Bukowna, gdyż w tamte to okolice nas zwiało tym razem. Zaś w szczególności Cioci Oli i Wujkowi Bartkowi, którzy udostępnili nam swoje mieszkanie na całych 5 dni, byśmy mogli poczuć się jak królowie (i królowa ;)). 

Do dziś wspominamy wtorkowe ognisko (!!!) z garem pełnym aromatycznego "pieczonego po Bukowsku" (znaczy się z burakami), popijanego wytrawnym winem tudzież równie wytrawnym żurem, a to wszystko poprzedzone słonecznym i wietrznym spacerem po Geosferze i marynowanym w occie morszczukiem Wujka Wojtka i Cioci Krysi:); nie chcielibyście poczuć naszego dymnego zapachu nazajutrz, za to rozczulilibyście się z pewnością widokiem drepczącego żwawo niczym amerykański żołnierz wspomagany amerykańskimi środkami w środku nocy przy blasku języków ognia z kiełbaską w dłoni i okrzykiem na ustach: "mama, Cola!" (ciekawa jestem, czy dalibyście tę Colę, czy nie dali takiemu małemu Cudakowi? ;))...

Deszczowy, środowy Kraków, który "jeszcze nigdy tak jak dziś"... przemierzaliśmy z Elą, Łukaszem i Alicją, by chwilę później zejść w podziemia krakowskich Sukiennic i otrzeć się o 1000 lat naszej historii, zanim to jednak nastąpiło- cała gromada opędzlowała największe i najwymyślniejsze w mieście hamburgery, jakich można nam jedynie pozazdrościć, a tuż po "wynurzeniu" w nadal ociekający deszczem krakowski wieczór z Muzeum Historycznego Miasta Krakowa, rozkoszowaliśmy się gorącą czekoladą z dodatkami tudzież czekoladowymi tartami, lodami i co tam jeszcze do głowy komu przyjdzie; 

czwartkowe lenistwo, zwieńczone herbatką u Cioci Marty, i wspólną zabawą dwóch młodszych kuzynów (Ignasia i Julka), podczas gdy starsi chłopcy z Wujkiem Bartkiem zjeżdżali 350 m w głąb kopalni Guido w Zabrzu, by eksplorować górnicze życie (jak napiszę Wam prędkość zjazdu, to Wam włosy dęba staną ;) więc nie napiszę); oraz uprawianie przez nas "galeriowania" na luzie (mama+tata+Ignaś= galerianki, czyli wędrowanie po sklepach bez celu, pośpiechu i z frajdą). Nadmienić muszę jedynie, że nie często się nam to zdarza, rozgrzeszamy się więc z tego bezwstydnie...

i jako zwieńczenie tych pięciu dni beztroski, jak ta wisienka na torcie, niech wspomnę o wizycie u Wujka Józka i Cioci Marysi, którzy nas przed drogą powrotną napoili i nakarmili sowicie (tym razem na stół wjechało "pieczone a'la Jaworzno", równie rozkoszne, choć bez buraków;) poprzedzone wykwintną babką i najlepszą na świecie pomidorówką, która zniknęła z talerzy z prędkością światła, jakby ją zasysało niewidzialne licho z dna głębokich talerzy.

No i w drogę! 








Z tych pięciu rozkosznych dni żałujemy jedynie tego, że nie udało nam się spotkać z resztą rodziny :(
Ale na to liczymy kolejnym razem ;)

17 lutego 2016

Zimo-wiosna, czyli ferie po naszemu.

Po tak trudnym wywodzie, jaki zaserwowałam Wam i sobie ostatnim razem, dziś nie planuję żadnych ekstremalnych wynurzeń. Odbijam się lekko od dna i mogę śmiało podryfować na fali lżejszego nastroju:) 

Macie ochotę na odrobinę fotowspomnień? Szczerze mówiąc, wydaje mi się, że zwyczajnie się Wam one należą. Za całą cierpliwość, którą mi okazujecie, brnąc przez zakręty moich dylematów i dywagacji;)

Ferie w rozkwicie, choć nasze już zmieniły się w przeszłość, zatem warto utrwalić kilka cennych momentów z udziałem Ignasia.

Zimy tej zimy jak na lekarstwo, z zapałem i chciwie rzucaliśmy się zatem na każdy jej drobny zwiastun, okruszek, wirujący w powietrzu płatek śniegu o nieustalonej trajektorii lotu... Raz zdarzyło się nawet, że odzialiśmy naszego pięciolatka w narciarskie oprzyrządowanie ;) Wyglądało to lepiej na zdjęciach, niż w czasie rzeczywistym, ale warto zaszczepiać pasje, nawet jeśli nic z niej w przyszłości nie wypączkuje. Zabawa była krótka, ale zdecydowanie przednia!







Kiedy już zimowa aura opuściła naszą skromną, boczną uliczkę, pozostawiając po sobie nawet nie zapach delikatnie skrzącego się śniegu o poranku, jedynie mokre strużki na ogrodowych alejkach, postanowiliśmy poszukać jej w Czechach. Ze skutkiem. Acz krótkotrwałym, przyznaję ze smutkiem.





Jesteśmy w niekończącej się podróży. Z Ignasiem. Już sama nie wiem, kogo szybciej i skutecznie zabija monotonia i wciąż te same widoki za oknem. Jak powietrza potrzeba nam więc odmiany, choćby krótkotrwałej, naszpikowanej atrakcjami, tak by wysycić drzemiącego w nas pożeracza endorfin. Dlatego czasami wybieramy się w rejs do... Taty. A dokładniej- do jego miejsca pracy, które dla Ignasia jest rajską wyspą pełną rozkoszy (telefon, komputer i klimatyzacja, a wszystko w zasięgu małej rączki i bez ograniczeń). Któż nie chciałby choć przez ułamek milisekundy poczuć w sobie taką moc i znaczenie?
Ostatni taki rejs odbyliśmy właśnie w lutym. Dziękujemy niniejszym współpracownikom Taty za niegasnącą wyrozumiałość i życzliwość :) bo było głośno ;)



Nie mniejszą atencją cieszyły się również place zabaw w naszym rozkładzie jazdy. Czy to pod dachem będące, na których Ignacy radzi sobie z miesiąca na miesiąc po prostu coraz lepiej, jak również te pod osłoną błękitnego nieba, rozświetlonego lutowym słońcem, co to jeszcze nie ogrzeje znacząco, ale już cieszy przeogromnie, zwiastując nadchodzącą zmianę...





I na deser został nam Wyjazd.
Ale to już w następnym poście ;)
[zaczęłam go tu opisywać sumiennie, jednak
gdy zobaczyłam jak szybko namnaża się ta plaga liter i słów
ogarnęło mnie zaniepokojenie
że tym razem 
już mi tego nie wybaczycie...
wycięłam więc wszystko i 
przekleiłam do kolejnego wpisu.
Tym samym zadbałam i o siebie i o Was ;)]
dobranoc.




15 lutego 2016

Strategia straceńca

Nie jestem w stanie przypomnieć sobie, kiedy ostatnio miałam tak długą przerwę w pisaniu. Ale chyba wiem dlaczego ;)

Zanim, o ile w ogóle, wprowadzę Was w tajniki powodów milczenia mego, niemocy, lenistwa, tudzież zaniedbania pragnę zrobić coś pilnego, pilącego mnie już bardzo, gdyż muszę to uwolnić, bo zaczynam się tym dławić i krztusić od powstrzymywania.

Zachodzę w głowę, dlaczego sobie to robię i Wam poniekąd również, pomijając milczeniem mieszankę tych uczuć, z którymi zazwyczaj, od lat czterech, o prawie że tej samej porze roku, zderza mnie życie i nie daje się wykiwać, że niby nic, że to już ostatni raz i że nie ma co się nad tym pochylać, to może nie zapeszę mojego pobożnego życzenia tym razem.

Na początku, gdy była ku temu najlepsza okazja, bo gorąca i świeża, pozwoliłam sobie jednak chwilę zwłoki uczynić, by przemyśleć tegoroczną strategię dziękczynną i zebrać potrzebne zasoby, pomysły, rozplanować czas i natachać odpowiednią ilość surowca do domu. A było tego sporo, tak wiele, że już po pierwszej turze wykonawczej, uskutecznionej w naszej dolnej, oldscool'owej al'a BRW, czyli skromnym sumptem urządzonej kuchni, poczułam, że zejdzie mi na to nie jedno, nie dwa, ani nawet trzy przedpołudnia, ale pewnie z kilka dni spędzonych w samotności, przy naszym pierwszym- historycznym, i w życiu Ignasia odgrywającym niepoślednią rolę, stole, w otoczeniu otoczaków przytachanych znad Bałtyku tudzież okolicznych lasów i parków miejskich (bo innych już przecież nie ma). I klejów.

Najpierw zajęłam się więc w wielkim pośpiechu klejeniem, lakierowaniem i suszeniem kamyków dziękczynnych, które chciałam podarować każdej osobie, co to nam się pozwoliła zidentyfikować, a która po jakiejś niedalekiej naszej rodzinnej orbicie krąży i do której mamy jakiś osobisty dostęp.
Ambitnie. Aż "za" może nawet? Odrobinkę.

Następnie pomyślałam, że nie chcę Was tu męczyć tematem, nudzić, mizdrzyć się albo wręcz narzucać, i gdy tak myślałam intensywnie i szczerze, nadszedł grudzień, a to czas jak ta lala, przedświąteczny. Więc znowu, że to jak pięścią w oko będzie lub w nos i takie tam argumenty dziwaczne sobie wysuwałam, zaklejając w przerwach pisane listy do tych Wszystkich z Was, którzy znów "nam się namierzyć dali", ale ich osobiście spotkać nam nie dane bądź wcale nie tak łatwo by było. Kleiłam, klepałam (znaczki rzecz jasna), pisałam, a czas umykał. Z tego całego myślenia i klejenia uszek już w tym roku nie skleiłam, zaś pierników świątecznych nie zagniotłam i nie upiekłam, ale za to makowca jaglanego udało mi się w garnku przemieszać choć trochę, a on i tak nie wszystkim świątecznym gościom mym do gustu przypadł. I trudno.

Minął Nowy Rok jak z bicza i zrobił się "bum" na temat. Wpierw malutki i nieśmiały, a później coraz bardziej wyrazisty, a ja jeszcze w mym bilansie nie wyrobiłam się ani z oficjalnym pismem do Was, Drodzy Czytelnicy, ani nawet z kamykami, co to mi rozeszły się w ilościach mnogich i nieprzewidywanych (bo jak takie malutkie, to nie wypada podarować jednego, tylko chociaż dwa, do kompletu będzie przynajmniej). Do dziś mam uraz maluśki do tych robótek ręcznych i potrzebuję jeszcze pobumelować leciutko, a i tak na liście zostali jeszcze ci najbliżsi Znajomi bądź Ci, z którymi nie zdążyliśmy się spotkać, co moje sumienie oczyszcza delikatnie, ale wcale nie do cna i czysta.
No i listy ze cztery zapewne czekają, i nie wiem nawet czy się doczekają, gdyż teraz to już musztarda po obiedzie i wylane mleko, nad którym nikt prócz mnie płakać nie zamierza, więc już pewnie nie napiszę ich w tych łzach tonąc cała, wcale.

I tak spędzam sobie kolejny miesiąc w milczeniu, w zaniechaniu i zaniedbaniu, serwując sobie, niczym najwykwintniejszą przystawkę, wyrzuty sumienia, poczucie dyskomfortu, etykietkę niewdzięcznicy, lenia, obiboka..

a wszystko to dlatego, że............

wcale nie chcę...
mimo tego, że na ogół czuję się pogodzona i szczęśliwa, choć jednak czasem brakuje mi cierpliwości...
w głębi duszy wolałabym się z tym nie mierzyć, nie myśleć, nie planować, nie czekać, nie liczyć, nie szukać, nie zastanawiać się...
w całej tej niepełnosprawności to właśnie wydaje mi się cholernie trudne
może nawet najtrudniejsze, zdecydowanie bardziej niż codzienność i to, co dotychczas przeszliśmy...

I teraz już wiem, że ta cała moja opieszałość i niewdzięczność to wcale nie jest niewdzięczność żadna, tylko wypieranie twardej rzeczywistości i wewnętrzny brak na nią zgody, który tak się właśnie manifestuje pokrętnie. Ale jakżeby inaczej u zawodowca być miało?...

I tak sobie myślę kretyńsko prawie, że może jak nie podziękuję (i nie poproszę Was) tym razem, jak zwykłam to czynić dotychczas w kompletnej zgodzie ze sobą samą (nie potrafię być niewdzięczna, tak jak nie za bardzo wychodzi mi kłamstwo- chyba, że bokiem lub pąsem oblewając czoło i poliki, demaskatorsko zwłaszcza) to Ignaś już nie będzie tego wszystkiego potrzebował?!!!!!

Rozumiecie tę logikę?!

Ozdrowieje. Wydźwignie się prędziutko, wyliże jak lodowy deser w upalne popołudnie do cna z wafelka, stanie na nogach pewnie i stabilnie, że go żaden szturchaniec nie zachwieje, nie przewróci, sińca na kolanku nie nabije. Co tam stanie! Podskoczy, podbiegnie, na rower wsiądzie i z nami popędzi w dal przed siebie nieznaną i świetlaną. A te piosenki, co to je teraz nuci cichutko pod noskiem, w samochodzie jadąc na rehabilitację, to całymi zwrotkami śpiewał będzie z pamięci idealnie artykuując każde słówko, zdanie, zwrotkę i refren każdy jeden, jak leci, śpiewająco i śpiewnie.
O całej reszcie wspominać nie będę, bo nigdy do końca nie dotrę, a miałabym tu co wymieniać, bo lista mych marzeń i obaw jednakowoż, długa jest, bezkresna prawie.


Taka dorosła.
Taka dojrzała. 
Taka duża 
i taka wykształcona.
A taka głupia. 
I naiwna, magicznie myśląca i oszukująca samą siebie nie gorzej niż innych, ino zdecydowanie, o całe niebo, o Wszechświat i Kosmos cały, lepiej! 

Taka jest ta moja strategia straceńc(z)a.

Więc teraz pokornie i w zgodzie na to, co jest naprawdę:


Dziękuję.
Dziękujemy.
Wam wszystkim, którzy pamiętaliście o  naszym Synu w ubiegłym i w poprzednich latach, a którym osobiście nie udało nam się podziękować w żaden wymyślny sposób.

Zdecydowanie aspekt gromadzenia środków na rehabilitację swojego dziecka/ bliskiej osoby poprzez formułę 1% podatku jest jednym z najtrudniejszych emocjonalnie elementów oswajania niepełnosprawności. Dla mnie.
Co chyba udało mi się powyżej dość klarownie wyjaśnić i wyłuskać ;)

Przynajmniej doszłam do źródła mojej niechęci do pisania bloga.
Miałam bardzo ważną zaległość, z którą nie miałam siły się zmierzyć.