15 lutego 2016

Strategia straceńca

Nie jestem w stanie przypomnieć sobie, kiedy ostatnio miałam tak długą przerwę w pisaniu. Ale chyba wiem dlaczego ;)

Zanim, o ile w ogóle, wprowadzę Was w tajniki powodów milczenia mego, niemocy, lenistwa, tudzież zaniedbania pragnę zrobić coś pilnego, pilącego mnie już bardzo, gdyż muszę to uwolnić, bo zaczynam się tym dławić i krztusić od powstrzymywania.

Zachodzę w głowę, dlaczego sobie to robię i Wam poniekąd również, pomijając milczeniem mieszankę tych uczuć, z którymi zazwyczaj, od lat czterech, o prawie że tej samej porze roku, zderza mnie życie i nie daje się wykiwać, że niby nic, że to już ostatni raz i że nie ma co się nad tym pochylać, to może nie zapeszę mojego pobożnego życzenia tym razem.

Na początku, gdy była ku temu najlepsza okazja, bo gorąca i świeża, pozwoliłam sobie jednak chwilę zwłoki uczynić, by przemyśleć tegoroczną strategię dziękczynną i zebrać potrzebne zasoby, pomysły, rozplanować czas i natachać odpowiednią ilość surowca do domu. A było tego sporo, tak wiele, że już po pierwszej turze wykonawczej, uskutecznionej w naszej dolnej, oldscool'owej al'a BRW, czyli skromnym sumptem urządzonej kuchni, poczułam, że zejdzie mi na to nie jedno, nie dwa, ani nawet trzy przedpołudnia, ale pewnie z kilka dni spędzonych w samotności, przy naszym pierwszym- historycznym, i w życiu Ignasia odgrywającym niepoślednią rolę, stole, w otoczeniu otoczaków przytachanych znad Bałtyku tudzież okolicznych lasów i parków miejskich (bo innych już przecież nie ma). I klejów.

Najpierw zajęłam się więc w wielkim pośpiechu klejeniem, lakierowaniem i suszeniem kamyków dziękczynnych, które chciałam podarować każdej osobie, co to nam się pozwoliła zidentyfikować, a która po jakiejś niedalekiej naszej rodzinnej orbicie krąży i do której mamy jakiś osobisty dostęp.
Ambitnie. Aż "za" może nawet? Odrobinkę.

Następnie pomyślałam, że nie chcę Was tu męczyć tematem, nudzić, mizdrzyć się albo wręcz narzucać, i gdy tak myślałam intensywnie i szczerze, nadszedł grudzień, a to czas jak ta lala, przedświąteczny. Więc znowu, że to jak pięścią w oko będzie lub w nos i takie tam argumenty dziwaczne sobie wysuwałam, zaklejając w przerwach pisane listy do tych Wszystkich z Was, którzy znów "nam się namierzyć dali", ale ich osobiście spotkać nam nie dane bądź wcale nie tak łatwo by było. Kleiłam, klepałam (znaczki rzecz jasna), pisałam, a czas umykał. Z tego całego myślenia i klejenia uszek już w tym roku nie skleiłam, zaś pierników świątecznych nie zagniotłam i nie upiekłam, ale za to makowca jaglanego udało mi się w garnku przemieszać choć trochę, a on i tak nie wszystkim świątecznym gościom mym do gustu przypadł. I trudno.

Minął Nowy Rok jak z bicza i zrobił się "bum" na temat. Wpierw malutki i nieśmiały, a później coraz bardziej wyrazisty, a ja jeszcze w mym bilansie nie wyrobiłam się ani z oficjalnym pismem do Was, Drodzy Czytelnicy, ani nawet z kamykami, co to mi rozeszły się w ilościach mnogich i nieprzewidywanych (bo jak takie malutkie, to nie wypada podarować jednego, tylko chociaż dwa, do kompletu będzie przynajmniej). Do dziś mam uraz maluśki do tych robótek ręcznych i potrzebuję jeszcze pobumelować leciutko, a i tak na liście zostali jeszcze ci najbliżsi Znajomi bądź Ci, z którymi nie zdążyliśmy się spotkać, co moje sumienie oczyszcza delikatnie, ale wcale nie do cna i czysta.
No i listy ze cztery zapewne czekają, i nie wiem nawet czy się doczekają, gdyż teraz to już musztarda po obiedzie i wylane mleko, nad którym nikt prócz mnie płakać nie zamierza, więc już pewnie nie napiszę ich w tych łzach tonąc cała, wcale.

I tak spędzam sobie kolejny miesiąc w milczeniu, w zaniechaniu i zaniedbaniu, serwując sobie, niczym najwykwintniejszą przystawkę, wyrzuty sumienia, poczucie dyskomfortu, etykietkę niewdzięcznicy, lenia, obiboka..

a wszystko to dlatego, że............

wcale nie chcę...
mimo tego, że na ogół czuję się pogodzona i szczęśliwa, choć jednak czasem brakuje mi cierpliwości...
w głębi duszy wolałabym się z tym nie mierzyć, nie myśleć, nie planować, nie czekać, nie liczyć, nie szukać, nie zastanawiać się...
w całej tej niepełnosprawności to właśnie wydaje mi się cholernie trudne
może nawet najtrudniejsze, zdecydowanie bardziej niż codzienność i to, co dotychczas przeszliśmy...

I teraz już wiem, że ta cała moja opieszałość i niewdzięczność to wcale nie jest niewdzięczność żadna, tylko wypieranie twardej rzeczywistości i wewnętrzny brak na nią zgody, który tak się właśnie manifestuje pokrętnie. Ale jakżeby inaczej u zawodowca być miało?...

I tak sobie myślę kretyńsko prawie, że może jak nie podziękuję (i nie poproszę Was) tym razem, jak zwykłam to czynić dotychczas w kompletnej zgodzie ze sobą samą (nie potrafię być niewdzięczna, tak jak nie za bardzo wychodzi mi kłamstwo- chyba, że bokiem lub pąsem oblewając czoło i poliki, demaskatorsko zwłaszcza) to Ignaś już nie będzie tego wszystkiego potrzebował?!!!!!

Rozumiecie tę logikę?!

Ozdrowieje. Wydźwignie się prędziutko, wyliże jak lodowy deser w upalne popołudnie do cna z wafelka, stanie na nogach pewnie i stabilnie, że go żaden szturchaniec nie zachwieje, nie przewróci, sińca na kolanku nie nabije. Co tam stanie! Podskoczy, podbiegnie, na rower wsiądzie i z nami popędzi w dal przed siebie nieznaną i świetlaną. A te piosenki, co to je teraz nuci cichutko pod noskiem, w samochodzie jadąc na rehabilitację, to całymi zwrotkami śpiewał będzie z pamięci idealnie artykuując każde słówko, zdanie, zwrotkę i refren każdy jeden, jak leci, śpiewająco i śpiewnie.
O całej reszcie wspominać nie będę, bo nigdy do końca nie dotrę, a miałabym tu co wymieniać, bo lista mych marzeń i obaw jednakowoż, długa jest, bezkresna prawie.


Taka dorosła.
Taka dojrzała. 
Taka duża 
i taka wykształcona.
A taka głupia. 
I naiwna, magicznie myśląca i oszukująca samą siebie nie gorzej niż innych, ino zdecydowanie, o całe niebo, o Wszechświat i Kosmos cały, lepiej! 

Taka jest ta moja strategia straceńc(z)a.

Więc teraz pokornie i w zgodzie na to, co jest naprawdę:


Dziękuję.
Dziękujemy.
Wam wszystkim, którzy pamiętaliście o  naszym Synu w ubiegłym i w poprzednich latach, a którym osobiście nie udało nam się podziękować w żaden wymyślny sposób.

Zdecydowanie aspekt gromadzenia środków na rehabilitację swojego dziecka/ bliskiej osoby poprzez formułę 1% podatku jest jednym z najtrudniejszych emocjonalnie elementów oswajania niepełnosprawności. Dla mnie.
Co chyba udało mi się powyżej dość klarownie wyjaśnić i wyłuskać ;)

Przynajmniej doszłam do źródła mojej niechęci do pisania bloga.
Miałam bardzo ważną zaległość, z którą nie miałam siły się zmierzyć.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz