Tour de la Rodzina


Całą naszą pięcioosobową rodziną czekaliśmy na ten moment. Wszystko było ustalone już dużo wcześniej, pozostało nam się jedynie spakować i ruszyć w drogę.
To były zdecydowanie najwspanialsze "ferie" od bez mała 3 lat. Znakomicie udane. Spędzone w gronie Rodziny ze strony Taty. Pełne życzliwości. Przesympatycznych spotkań, na które na co dzień zwyczajnie brakuje sił i czasu.
Spokojne. Leniwe. Komfortowe. Smaczne. Wypełnione dziecięcymi śmiechami i baraszkowaniem kuzynostwa. Kompletnie odrywające nas od trosk i miliarda różnych spraw do załatwienia. Czuliśmy się jak goście, byliśmy w gościach i napawaliśmy się tym stanem bez najdrobniejszych choćby znamion wyrzutów sumienia :)

Serdecznie dziękujemy całej naszej Rodzinie z Jaworzna i Bukowna, gdyż w tamte to okolice nas zwiało tym razem. Zaś w szczególności Cioci Oli i Wujkowi Bartkowi, którzy udostępnili nam swoje mieszkanie na całych 5 dni, byśmy mogli poczuć się jak królowie (i królowa ;)). 

Do dziś wspominamy wtorkowe ognisko (!!!) z garem pełnym aromatycznego "pieczonego po Bukowsku" (znaczy się z burakami), popijanego wytrawnym winem tudzież równie wytrawnym żurem, a to wszystko poprzedzone słonecznym i wietrznym spacerem po Geosferze i marynowanym w occie morszczukiem Wujka Wojtka i Cioci Krysi:); nie chcielibyście poczuć naszego dymnego zapachu nazajutrz, za to rozczulilibyście się z pewnością widokiem drepczącego żwawo niczym amerykański żołnierz wspomagany amerykańskimi środkami w środku nocy przy blasku języków ognia z kiełbaską w dłoni i okrzykiem na ustach: "mama, Cola!" (ciekawa jestem, czy dalibyście tę Colę, czy nie dali takiemu małemu Cudakowi? ;))...

Deszczowy, środowy Kraków, który "jeszcze nigdy tak jak dziś"... przemierzaliśmy z Elą, Łukaszem i Alicją, by chwilę później zejść w podziemia krakowskich Sukiennic i otrzeć się o 1000 lat naszej historii, zanim to jednak nastąpiło- cała gromada opędzlowała największe i najwymyślniejsze w mieście hamburgery, jakich można nam jedynie pozazdrościć, a tuż po "wynurzeniu" w nadal ociekający deszczem krakowski wieczór z Muzeum Historycznego Miasta Krakowa, rozkoszowaliśmy się gorącą czekoladą z dodatkami tudzież czekoladowymi tartami, lodami i co tam jeszcze do głowy komu przyjdzie; 

czwartkowe lenistwo, zwieńczone herbatką u Cioci Marty, i wspólną zabawą dwóch młodszych kuzynów (Ignasia i Julka), podczas gdy starsi chłopcy z Wujkiem Bartkiem zjeżdżali 350 m w głąb kopalni Guido w Zabrzu, by eksplorować górnicze życie (jak napiszę Wam prędkość zjazdu, to Wam włosy dęba staną ;) więc nie napiszę); oraz uprawianie przez nas "galeriowania" na luzie (mama+tata+Ignaś= galerianki, czyli wędrowanie po sklepach bez celu, pośpiechu i z frajdą). Nadmienić muszę jedynie, że nie często się nam to zdarza, rozgrzeszamy się więc z tego bezwstydnie...

i jako zwieńczenie tych pięciu dni beztroski, jak ta wisienka na torcie, niech wspomnę o wizycie u Wujka Józka i Cioci Marysi, którzy nas przed drogą powrotną napoili i nakarmili sowicie (tym razem na stół wjechało "pieczone a'la Jaworzno", równie rozkoszne, choć bez buraków;) poprzedzone wykwintną babką i najlepszą na świecie pomidorówką, która zniknęła z talerzy z prędkością światła, jakby ją zasysało niewidzialne licho z dna głębokich talerzy.

No i w drogę! 








Z tych pięciu rozkosznych dni żałujemy jedynie tego, że nie udało nam się spotkać z resztą rodziny :(
Ale na to liczymy kolejnym razem ;)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.