Zimo-wiosna, czyli ferie po naszemu.

Po tak trudnym wywodzie, jaki zaserwowałam Wam i sobie ostatnim razem, dziś nie planuję żadnych ekstremalnych wynurzeń. Odbijam się lekko od dna i mogę śmiało podryfować na fali lżejszego nastroju:) 

Macie ochotę na odrobinę fotowspomnień? Szczerze mówiąc, wydaje mi się, że zwyczajnie się Wam one należą. Za całą cierpliwość, którą mi okazujecie, brnąc przez zakręty moich dylematów i dywagacji;)

Ferie w rozkwicie, choć nasze już zmieniły się w przeszłość, zatem warto utrwalić kilka cennych momentów z udziałem Ignasia.

Zimy tej zimy jak na lekarstwo, z zapałem i chciwie rzucaliśmy się zatem na każdy jej drobny zwiastun, okruszek, wirujący w powietrzu płatek śniegu o nieustalonej trajektorii lotu... Raz zdarzyło się nawet, że odzialiśmy naszego pięciolatka w narciarskie oprzyrządowanie ;) Wyglądało to lepiej na zdjęciach, niż w czasie rzeczywistym, ale warto zaszczepiać pasje, nawet jeśli nic z niej w przyszłości nie wypączkuje. Zabawa była krótka, ale zdecydowanie przednia!







Kiedy już zimowa aura opuściła naszą skromną, boczną uliczkę, pozostawiając po sobie nawet nie zapach delikatnie skrzącego się śniegu o poranku, jedynie mokre strużki na ogrodowych alejkach, postanowiliśmy poszukać jej w Czechach. Ze skutkiem. Acz krótkotrwałym, przyznaję ze smutkiem.





Jesteśmy w niekończącej się podróży. Z Ignasiem. Już sama nie wiem, kogo szybciej i skutecznie zabija monotonia i wciąż te same widoki za oknem. Jak powietrza potrzeba nam więc odmiany, choćby krótkotrwałej, naszpikowanej atrakcjami, tak by wysycić drzemiącego w nas pożeracza endorfin. Dlatego czasami wybieramy się w rejs do... Taty. A dokładniej- do jego miejsca pracy, które dla Ignasia jest rajską wyspą pełną rozkoszy (telefon, komputer i klimatyzacja, a wszystko w zasięgu małej rączki i bez ograniczeń). Któż nie chciałby choć przez ułamek milisekundy poczuć w sobie taką moc i znaczenie?
Ostatni taki rejs odbyliśmy właśnie w lutym. Dziękujemy niniejszym współpracownikom Taty za niegasnącą wyrozumiałość i życzliwość :) bo było głośno ;)



Nie mniejszą atencją cieszyły się również place zabaw w naszym rozkładzie jazdy. Czy to pod dachem będące, na których Ignacy radzi sobie z miesiąca na miesiąc po prostu coraz lepiej, jak również te pod osłoną błękitnego nieba, rozświetlonego lutowym słońcem, co to jeszcze nie ogrzeje znacząco, ale już cieszy przeogromnie, zwiastując nadchodzącą zmianę...





I na deser został nam Wyjazd.
Ale to już w następnym poście ;)
[zaczęłam go tu opisywać sumiennie, jednak
gdy zobaczyłam jak szybko namnaża się ta plaga liter i słów
ogarnęło mnie zaniepokojenie
że tym razem 
już mi tego nie wybaczycie...
wycięłam więc wszystko i 
przekleiłam do kolejnego wpisu.
Tym samym zadbałam i o siebie i o Was ;)]
dobranoc.




Komentarze

  1. To prawda - w tym roku zimy jak na lekarstwo. Ignaś cudownie wygląda w stroju narciarskim. Tak dojrzale. Wzruszyło mnie zdjęcie Igiego z tatusiem - ma w sobie to coś. Widać, że mężczyźni trzymają ze sobą sztamę!

    OdpowiedzUsuń
  2. To prawda, Karolino- trzymają, trzymają:) wszyscy panowie trzymają, bo na tym polega sens naszej rodziny ;) nawet, jak ktoś na chwilę się puści, pozostali prędko go łapią :)
    Szkoda tylko, że tak mało tej zimy .... Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Przyznam, że na zdjęciach w stroju narciarskim Ignaś wyglądał rewelacyjnie. Śniegu trochę mało, ale dobrze, że choć trochę (na początku stycznia) było. W końcu dwa lata temu śniegu nie było wcale, przynajmniej w naszych okolicach.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.