Cofka

Brzydki tytuł. Wiem. Nachodzi mnie ostatnio ta scena, prosto z przeszłości. Więc "cofka".

Jest styczeń 2011. 
Jedziemy we trójkę z Ignacym do Wrocławia, na oddział chirurgii dziecięcej. Na wysokości Psar zaczynamy się kłócić w samochodzie tak gwałtowanie, że każde z nas ma ochotę wysiąść i nigdy już nie wrócić. Nigdy wcześniej tak się nie kłóciliśmy.... Nie radzimy sobie z lękiem i napięciem. Jesteśmy przerażeni.

Kilka dni później stoimy z mężem na chodniku przy ul. Marii Curie Skłodowskiej we Wrocławiu. Na wysokości wjazdu pod oddział chirurgii dziecięcej. Przez ulicę przelewa się morze samochodów. Jest głośno. Klaksony przemieszane z chlupotem opon na mokrej nawierzchni i warkotem silników. Przystaje tramwaj na pobliskim przystanku. Dzwonki. Światła. Zmierzcha. Ludzie.

Zapalamy papierosa.
Pierwszego z pełną premedytacją od ładnych kilku lat. Łamiemy się. Mąż przyznaje, że w końcu kupił całą nową paczkę i że może mi zostawić na wieczór. I na jutro. I na kiedy tylko będę chciała.
Chcę.
Taka autodestrukcja z rozpaczy i lęku. Wchodzę w nią na ładnych kilka kolejnych lat.

Minutę temu zjechaliśmy windą z najwyższego piętra, obok sal zabiegowo-operacyjnych (chyba- nie pamiętam szczegółów). Ignacy ma zabieg. Pierwsza operacja naszego dziecka w życiu. Jesteśmy rozdygotani ze strachu i poczucia odrealnienia. Kompletnie nie wiemy, co się może stać, co będzie, co nas i jego czeka. Jakiś koszmarny absurd, którego nie zakładaliśmy w scenariuszach naszej rodziny. Właśnie się dzieje.

Od tamtego dnia palimy już regularnie, żeby poradzić sobie z napięciem. Ja uciekam przed sobą i zmęczeniem. Przed czym ucieka mąż- nie wiem :(

Operacja niewiele dała. Tak, jak cały pobyt na oddziale chirurgii dziecięcej, na który prawdopodobnie zostaliśmy wypchnięci z rodzimego oddziału pediatrycznego jako przypadek przekraczający tradycyjne przyjęcia i objawy. Wszyscy spanikowali. Nawet lekarze. Nie było żadnej atrezji dróg żółciowych. Nie było konieczności operowania. Była utrudniona retencja żółci, ale nie wiadomo dlaczego. No i była narastająca żółtaczka. Nie wiadomo dlaczego.
Kilka dni leżenia jak piąte koło u wozu na oddziale, gdzie lekarze "nie diagnozują, nie leczą, tylko operują". Żeby dowiedzieć się czegoś o stanie zdrowia, planach wobec Ignasia, jego przypadku staję przed gabinetem ordynatora i informuję pielęgniarkę, że nie ruszę się stąd, póki Pan Ordynator nie wyjdzie do mnie i nie porozmawia. Stoję tak z godzinę lub dłużej. W środku cała kipię z wściekłości na kompletną ignorancję.  Mam dość zdawkowych informacji rzucanych mi przez ramię, w pośpiechu, w ciągłej drodze skądś-dokądś. Przecież przyszłam tu, by komuś przeszkadzać, a moje dziecko jest całkiem zdrowe.

Poduszki dla małych pacjentów są w okropnym stanie. Nie, żeby były brudne. Nie. Mają pełno dziurek w poszewkach. Przechodzi mi przez myśl, że jak już stąd wyjdziemy, zrobię jakąś akcję szycia poszewek dla tego oddziału. To żenujące, żeby dzieci spały w takiej pościeli... A matki na krzesełkach przy łóżeczkach dzieci z kategorycznym zakazem wyjmowania dziecka z łóżeczka lub położenia się na podłodze (żeby był łatwy dostęp do łóżka pacjenta)...Mam to w nosie i wsuwam karimatę pod łóżeczko Ignasia. nikomu nie wadzi. A ja mogę go podkarmiać piersią, gdy się kilkanaście razy wybudza w nocy. Oczywiście na własne ryzyko. Obsztorcowana przez pielęgniarkę oddziałową z groźbą usunięcia z oddziału.

Na szczęście po kilku dobach zwalnia się łóżko w sali (jednej z dwóch) dla matek z dziećmi i przychodzi kolej na mnie- mogę się przenieść! I spać obok łóżeczka Ignasia na swoim łóżku. Taka drobna radość w całej tej sytuacji.

Po zabiegu jesteśmy poproszeni do gabinetu zastępcy ordynatora oddziału. Lekarz pokazuje nam wyniki operacji. Nic nie znaleziono. Wycinek wątroby, pobrany laparoskopowo do analizy wskazuje na możliwe zmiany metaboliczne. Dostajemy skierowanie na oddział zakaźny (na Bujwida) z kolejną etykietką (choroba metaboliczna)....



***
Palić przestaliśmy dopiero kilka miesięcy temu. najpierw mąż, w styczniu tego roku ja. Od razu poczułam się bardziej wypoczęta ;)

***

Napisałam ten tekst, bo się ze mnie sam próbował wydostać.
Może teraz będzie mi łatwiej skupić się na czymkolwiek innym? :)

Komentarze

  1. gratuluje niepalenia :-)
    akcja z poszewkami wyszła? bo ja jakby co coś tam prostego na maszynie mogę uszyć ;-)
    pozdrawiam
    ivonesca

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.