Idziemy do przedszkola

Nie znoszę tytułowej formy "pluralis majestatis', ale w dzisiejszym poście jest ona absolutnie uzasadniona.

"Jutro to już na pewno Ignacy pójdzie do przedszkola!"- tak sobie obiecuję od dwóch dni, po czym spędzamy wspólnie kolejne przedpołudnie.... 

Uniknęliśmy na razie widma podania antybiotyku i postawiliśmy na czas i wewnętrzną siłę Ignaca.
Wygląda na to, że sobie poradził z infekcją i po dodatkowych dwóch dniach w domu, jutro już na pewno pójdzie do przedszkola! ;)

A ja razem z nim.

Wcześniej nie wspominałam o tym na blogu (w prywatnych rozmowach i owszem), ale odwiedzam Ignasiową grupę przedszkolną z różną częstotliwością i w różnych celach. Cele te dyktuje samo życie rówieśnicze i moje jego obserwacje, staram się więc nie zanudzać przedszkolaków wciąż tym samym.
Nigdy wcześniej nie angażowałam się tak w edukację moich dzieci. Chodziłam na zebrania, rozmawiałam dużo z dziećmi w domu, nie byłam jednak typem społecznika, szukającego sobie dodatkowego zajęcia, koniecznie z misją (prócz samej przyjemności i pasji). Skąd wzięły się we mnie takie zakusy teraz?
Odpowiedź jest chyba wyjątkowo banalna ;)

Uczę więc dzieciaczki gestów języka migowego (ale w dość okrojonym zakresie- tylko tych, których używa lub do niedawna używał Ignacy), migamy wspólnie piosenki "okolicznościowe", a czasem czytam im bajki :)
Jestem bardzo wdzięczna Nauczycielkom ignasiowej grupy (i Pani Dyrektor) za to, że nie zamykają przed nami tej możliwości i zgadzają się na te moje odwiedziny od czasu do czasu.
Wszystkie te wysiłki po to, by jak najlepiej zintegrować Ignasia z dziećmi i by zatroszczyć się o obie strony tej integracji...
Czy ma to sens? Albo szanse powodzenia? Czy faktycznie można zbudować jakąś wspólną płaszczyznę porozumienia pomiędzy dziećmi zdrowymi i niepełnosprawnymi?
Wciąż zadaję sobie te pytania i czuję się niekiedy jak szaleniec, idealistka, w porywach do "niepogodzonej z losem swego dziecka matki".
W gruncie rzeczy jednak głęboko wierzę w to, że jest to możliwe i że warto przekraczać te niewidzialne granice. Z korzyścią dla wszystkich (chciałam napisać "obu stron", ale coś mi nie pozwala tak dzielić świata już na początku).

I tak życie z Ignasiem otwiera mnie na nowe możliwości, pokazuje kierunki i wymaga ode mnie tylko jednego: łapać wiatr, który wieje, w rozpostarte żagle... Mam nadzieję tylko, że nie roztrzaskam się o skały ;)

PS. Jutro będę czytać moją "autorską" bajkę o.... dinozaurach. Oby się dzieciaczkom spodobała :)

PS. 1. Na licytacjach Handmade for Hope wystawiłam już pierwsze "fanty handmade" :) Zapraszam Was serdecznie do obejrzenia, dziękując jednocześnie wszystkim tym osobom, które już dołączyły do wydarzenia na FB! 

wersja wielkanocno- wiosenna:

https://www.facebook.com/events/891843580931816/permalink/899545973494910/

wersja "ludowa":

https://www.facebook.com/events/891843580931816/permalink/898295843619923/




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.