Rytuał

Już, już miałam nadzieję, że przeminęło z wiatrem. Że wraz z dorastaniem naszego trzeciego Muszkietera, odeszło w zapomnienie i zrobiło przestrzeń dla zajęć bardziej dostojnych, edukacyjnych, stanowiących intelektualne wyzwanie. Że nie napiszę- rozwijających...

Tymczasem klops. Powtarzalny. Rytualny, Powracający ze zdwojoną siłą, li to tęsknotą spowodowaną, li dziecięcą przekorą, kto wie?

Co poniedziałek, tuż po godzinie 16:00, oznaczającej koniec "mordęgi" rehabilitacyjnej (która w rzeczy samej ostatnio przypomina przyjemne pogawędki i leciutki "truchcik" w towarzystwie uroczych i wyrozumiałych Pań fizjoterapeutek, niż mordercze, żmudne, wyciskające siódme lub piętnaste poty z chudziutkiego ciałka ekwilibrystyczne ćwiczenia), następuje ON. Ignacowy rytuał.

"Auto, mama, la <bawić się>?".

I choćby za oknem zawierucha, deszcz i ziąb, choćby umówione wizyty ze specjalistami, choćby w domu wypieczony na rumiano kotlecik i dwóch braci z zapowiedzią budowania ekstra-zamków-Lego czekało, ba! nawet fryteczki czy wizyta u jednej z Cioć, nic nie jest w stanie zastąpić od 10 do 20 minut spędzonych w samochodzie. Za kierownicą, rzecz jasna. Z kluczykami w dłoni. Z mamą na tylnej kanapie- niech się sobą zajmie, biedaczka, sama. Świat przestaje istnieć. Zaczyna się wielka podróż po krętych ulicach, wprost do pracy taty, albo - jeszcze lepiej- do Babci jednej bądź drugiej, bo dalej trza jechać i dłużej...
Oczywiście pod jednym warunkiem, stojącym chwiejnie na straży zdrowego rozsądku i rodzicielskiej odpowiedzialności. Że pod żadnym pozorem nie wolno uruchamiać silnika!!! (ręczny hamulec zaciągnięty do granic wytrzymałości, pedały opuszczone do samiutkiej podłogi, byle tylko dalej od małych, krótkich, zwisających z fotela stópek).







I tak sobie siedzimy w tym aucie, a minuty płyną i płyną. Za szybą wcale nie zmieniający się krajobraz, kierunkowskazy nam marsza grają, wycieraczki im wtórują harmonijnie, radio to cichnie, to grzmi na całe podwórze i suniemy.... po wymyślonej w tej małej, płowej i szalonej główce trasie przed siebie.



Jakbyście na nas czekali w domu w poniedziałkowe popołudnie- na bank spóźnimy się całe pół godziny, weźcie to pod uwagę, proszę.

Poniedziałkowy rytuał musi być. Jako zapowiedź udanego całego tygodnia i motywacja do dalszych ćwiczeń ;)


Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.