25 kwietnia 2016

"Dajesz radę...

Kochana .. :) "- usłyszałam komplement z ust Kobiety, która doskonale wie, co to znaczy dawać sobie w życiu radę, podczas przesympatycznego weekendowego spotkania, w przemiłych okolicznościach przyrody*.

- Dziękuję, Kasiu. Najważniejsze, że Ignacy daje radę- zripostowałam i przez myśl mi przebiegło, że właściwie tylko dlatego ja daję radę, bo On daje radę. Taką zależność widzę. Nie inną. Choć możliwe, że oba te czynniki wzajemnie wpływają na siebie. Ja na niego, On na mnie. I jakoś to leci, postępuje do przodu.

Chyba w tym kryje się fenomen motywacyjny ludzi niepełnosprawnych. Z ograniczeniami pokonują ograniczenia. Najróżniejsze. Tego się od nich uczymy i to w nich nierzadko podziwiamy. Ja przynajmniej.

I skoro Jemu się chce, to mnie też często łatwiej jest chcieć, choć czasem nie zawsze;)


Dziękuję, Kasiu, za inspirację :) Mam nadzieję, że się na mnie nie pogniewasz...

A oto, jak Ignacy ostatnio wspaniale daje sobie radę:

(aż dech w piersi zapiera z dumy i podziwu)....







*o okolicznościach przyrody wspomniałam, gdyż udało nam się na weekend wyjechać w urocze miejsce, pod Karpaczem, w większym niż zwykle rodzinnym gronie. I była to baardzo udana wyprawa. Dla wszystkich :)

21 kwietnia 2016

Czym?

Po ostatnim poście, który napisałam, pozostał we mnie jakiś smutek...

Wiem- był mocny. Do dziś kołaczą we mnie określenia, których w nim używałam. Jak wiele pogardy- nie prawdy, która w oczy kole- ale właśnie pogardy mieści się w tych określeniach. Jak bardzo trzeba być wypełnionym jakimś rodzajem arogancji i agresji wobec innych ludzi, by operować takim językiem?

Po określenia "debil", "idiota" sięgamy w chwilach, gdy targa nami wściekłość, złość, rozgoryczenie. Gdy czujemy się przez kogoś skrzywdzeni i poczucie krzywdy podszeptuje nam taką poniżającą innych, strategię obronną. Przeradzającą się w rodzaj zemsty- upokorzę go, obrażę, okażę mu totalny brak szacunku...

Czym mój syn zasłużył sobie na brak szacunku?

Być może tym, że z niewiadomych przyczyn zapadł na zdrowiu, gdy był jeszcze maleńkim niemowlęciem? Okazał się słabszym organizmem?

Może tym, że od wczesnego dzieciństwa, czyli od 6 m-ca życia, tuż po powrocie ze szpitalnej wędrówki do domu na stałe, dzień w dzień poddawany był  i jest systematycznej rehabilitacji?

A może tym, że wbrew oczekiwaniom świata medycznego postanowił się jednak zmobilizować i zaczął się powoli rozwijać, każdy swój sukces okupując godzinami skrupulatnie zaplanowanej pracy z różnymi specjalistami?

Nie. To chyba niewystarczające powody. Chyba jednak nie jest on godny szacunku, bo wciąż się niewyraźnie wysławia, a jak ekscytuje się czymś i mocno przeżywa, to jego ciało napręża się niekontrolowanie, dłonie ściskają mocniej niż u zdrowych osób, a głos podnosi się o kilka decybeli. No i chodzi tak jakoś nietypowo, dziwnie. I nie potrafi biegać i przeskakiwać przez kałuże.
Nie czyta również płynnie, choć rozpoznaje trafnie wszystkie prawie samogłoski. I marki samochodów także, ale zamiast płynnie wymawiać ich nazwy, ponadawał im swoje własne. Tak, to z pewnością dyskredytuje go w oczach sprawnego świata.... Jest gorszy i tyle. Bezsprzecznie.

Gdy wychodziłam na spacer swego czasu z siedmiomiesięcznym, a później z półtorarocznym Ignacym w wózku, przeżywałam kosmiczny wstyd. Wydawało mi się wtedy, że wszyscy przechodnie, którzy nas mijają na ulicy, widzą, że z Moim Dzieckiem jest coś nie w porządku! Bałam się litości, współczucia, pogardy, wytknięcia moich zaniedbań i błędów jako matki, lub zwyczajnego ludzkiego śmiechu... Nienawidziłam tego. Choć wszystko to rozgrywało się głównie w mojej głowie. Nigdy nic takiego wówczas nam się nie przytrafiło. A jednak miałam zakorzenione przekonanie, prawdopodobnie z czasów mojego dzieciństwa, że niepełnosprawność nie zasługuje na szacunek...

Coś w tym jednak jest i było.

Dzisiaj miewam chwile, gdy- będąc bardzo zmęczoną codziennością, opieką nad Ignacym, domem - przeżywam momenty słabości i zniecierpliwienia. Czasem zwyczajnie podnoszę głos, czasem nakażę odejść do swojego pokoju, warknę... Ale gdy złapię odrobinę dystansu, głębiej odetchnę, odpocznę, widzę wszystko w innym świetle. Dostrzegam wówczas cały wysiłek, który wkładamy z Ignacym w jego usprawnianie, wiem, ile waży każda godzina ćwiczeń, czasem żmudnych, czasem trudnych, czasem nudnych, bo wymagających wielu powtórzeń. Widzę tego drobnego pięciolatka i myślę, że w gruncie rzeczy jest on bardzo dzielnym facetem. Nie poddaje się. Nie zniechęca. Nie kwęka. A jeśli nawet kwęknąć mu się zdarzy, to i tak się zmobilizuje i przynajmniej stara się wykonać swoją "pracę domową", którą dostał od życia.

I wtedy myślę, i czuję, że on bezdyskusyjnie i absolutnie ZASŁUGUJE  NA SZACUNEK. Bez względu na to, ile jeszcze uda mu się wypracować, co osiągnie i do jakiej szkoły pójdzie.
Miło nam będzie, jeśli Świat będzie o tym pamiętał. 

20 kwietnia 2016

Debil i idiota

W styczniu 2014 roku Ignacy rozpoczął swoją edukację przedszkolną. Miał ukończone 3 lata (w listopadzie 2013) i nie potrafił wówczas:

- chodzić ! (czworakował jedynie lub wymagał trzymania za obie rączki)- wchodzić i schodzić po schodach- samodzielnie jeść- korzystać z toalety- bawić się sam i z dziećmi- budować z klocków- mówić- ubierać się ani rozbierać samodzielnie- interesować się książeczkami- skupiać się na 10 minutowej bajce

Kto śledzi jego losy  na łamach bloga, zapewne pamięta te czasy jak przez mgłę. Ja również. Ale one były naprawdę!

Z uwagi na fakt sprzężonej niepełnosprawności Ignaca, właściwie od początku uczęszczania do przedszkola posiadał on orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego. Wybrałam dla niego wraz z mężem jednak placówkę integracyjną- taką, w której większość grupy przedszkolnej stanowią dzieci zdrowe, prawidłowo się rozwijające. Integracyjną, a nie publiczną, zwyczajną- gdyż w takich nie było zaplecza terapeutycznego, którego Ignacy potrzebował jak powietrza.

Sporo o tym pisałam- o naszych ówczesnych dylematach, o naszych troskach, staraniach o nauczyciela dodatkowego, a następnie o naszym zachwycie, radości, dumie, zadziwieniu, wdzięczności i zadowoleniu z podjęcia takiej, a nie innej decyzji.

Jednak w nomenklaturze pewnego europosła (kto nie czytał, ten klik, klik tutaj) w styczniu 2014 roku przyprowadziliśmy naszego małego "Debilka" do grupy zdrowych dzieci, najpewniej po to, by obniżyć w ten sposób poziom funkcjonowania całej grupy owych dzieci i by opóźnić ich rozwój wszelaki (poznawczy, emocjonalny). Zarówno te wówczas dwu-, a następnie trzy- i obecnie czterolatki, wśród których nasz mały "Debilek" spędza około 5 godzin dziennie od dwóch i pół roku, jak i Kadra przedszkolna, pracująca z nimi wszystkimi, jest od tego czasu skazana codziennie  (z wyjątkiem sobót, niedziel i dni ustawowo wolnych od pracy, tudzież ferii i wakacji) "godzić się na bredzenie idioty". My zaś, jako jego rodzice, podejmując decyzję o posłaniu go do placówki nie "specjalnej", lecz integracyjnej właśnie, na skutek naszej mocno ograniczonej świadomości i złych, lecz dobrze zamaskowanych, intencji- wyrządziliśmy mu tym samym ogromną krzywdę, gdyż- jak powiedział pan europoseł (a ja to nieco zmodyfikuję na potrzeby szczebla edukacyjnego, na którym Ignacy się obecnie znajduje): 'Posyłanie idioty do przedszkola to jest katorga dla tego debila”.Mimo wszystko jednak nie żałuję tej skandalicznie głupiej naszej decyzji, gdyż dzięki uczęszczaniu do przedszkola, w którym przebywają w większości zdrowe dzieci, nasz "Debilek" osiągnął w krótkim czasie bardzo wiele.
Samodzielnie się porusza, wspina na drabinki, schodzi ze schodów.
Samodzielnie je posiłki, a niekiedy nawet, gdy ma ochotę- odnosi naczynia do kuchni bądź pomaga w przygotowaniu posiłków i nakrywaniu do stołu. Czasem jeszcze wylewa lub coś rozrzuca, no- ale przecież to "Idiota".
Nauczył się też bawić zabawkami, buduje coraz bardziej realistyczne konstrukcje z klocków, słucha z uwagą czytanych opowiadań, uwielbia oglądać "Świnkę Pepę" i to w seriach jak najdłuższych oczywiście by chciał to robić ;)
Korzysta samodzielnie i sprawnie z toalety, ubiera się częściowo również sam, i rozbiera coraz bardziej sprytnie i sprawnie.
Zaczął nawet nasz "Debilek" mówić! czego byśmy się w 2014 roku nie spodziewali. Owszem, czasami zdarza mu się "bredzić" ;) ale to mija i jest chwilowe, choć niekiedy trochę uciążliwe dla otoczenia ;)

Wygląda więc na to, że sporo skorzystał na kontaktach ze zdrowymi rówieśnikami, choć wcale nie musiał, bo to "Idiota".

Pytanie pozostaje jedynie, jak bardzo zaszkodziła jego obecność i nadal szkodzi owym zdrowym dzieciaczkom, które codziennie rano witają się z nim i spędzają wspólnie te okrągłe 5 godzin. A czasem nawet- o zgrozo!- spotykają się z nim jeszcze na placu zabaw, na spacerach popołudniowych lub wręcz odwiedzają nas w domu bądź zapraszają naszego "Debilka" do siebie.
Trochę czuję się również winna, że właśnie przez niego (i jemu podobne dzieci- debilki) poziom edukacji przedszkolnej jest niższy, niż mógłby być, gdyby Ignacy nie chodził do placówki integracyjnej, ze sprawnymi dziećmi. Poważnie rozważam przeniesienie go do szkoły specjalnej (w tym roku kończy on bowiem 6 lat), bo tam jest jego miejsce już teraz. Tam nikt nie wyrządzi mu krzywdy, ani nie będzie to dla niego "katorgą".
Dziękuję, panie europośle, za uświadomienie już teraz! Naprawdę nie wiedziałam, w jak wielkim pozostaję błędzie. Dzięki panu nie popełnię go już w przyszłości, zastanawiając się nad wyborem szkoły dla naszego syna.

A Wam, jeśli chcecie, przygotowałam mały zestaw postów z przeszłości, w których historia "przedszkolna" Ignacego była wątkiem głównym, lub pobocznym. Tak, dla odświeżenia i "bycia w temacie".

listopad 2013: http://ignacowka2010.blogspot.com/2013/11/za-tydzien-za-miesiac-niebawem.html

styczeń 2014: http://ignacowka2010.blogspot.com/2014/01/sprawozdanie-okresowe.html

maj 2014: http://ignacowka2010.blogspot.com/2014/05/skutki-przedszkola.html

grudzień 2014: http://ignacowka2010.blogspot.com/2014/12/dobre-miejsce-na-ziemi.html


PS. Trochę mi niedobrze od używania tego określenia "Debilek", "Idiota"... Mdli.
Synku! Ty wiesz, że tak o Tobie nie myślimy! Never <3




18 kwietnia 2016

Też tak macie?

Kiedy miałam z 19 lat, mój ówczesny Znajomy zwykł powtarzać (głównie będąc w stanie wesołkowatym- tak to nazwijmy) pewną sentencję. 

"Life is brutal.... and full of zasadzkassss"...

Śmialiśmy się wówczas w głos, choć ewidentnie pobrzmiewał w nim jakiś depresyjny ton, ale kto by się wówczas nad tym zatrzymywał? Byliśmy młodzi i szaleliśmy ociupinkę.

Niedawno natknęłam się na takie stwierdzenie w internecie, jako zwieńczenie pewnego komentarza pod relacją z rozmowy z p. Korwinem-Mikke, którą przeprowadzali przedstawiciele Integracji (klik, klik dla zainteresowanych).

"Life is brutal..." taaaak.

Rzecz, znaczy się rozmowa, była próbą- nieudaną, jak się okazało- znalezienia porozumienia i szacunku w postawie europosła wobec osób niepełnosprawnych. W przeszłości bowiem wypowiadał się on w tonie obraźliwym o intelektualnie niepełnosprawnych dzieciach, że zacytuję za portalem Integracja (link źródłowy: http://www.niepelnosprawni.pl/ledge/x/306354 ):

(...) "Dzieci chore umysłowo do szkół wprowadza się celowo, aby obniżyć poziom edukacji. Nie może być tak, że my godzimy się na bredzenie idioty. Posyłanie idioty do szkoły to jest katorga dla tego debila” – to, cytowane przez „Gazetę Wyborczą”, słowa Janusza Korwin-Mikkego, które miały paść 30 stycznia 2016 r. podczas jego spotkania ze studentami jednej z prywatnych szkół wyższych w Poznaniu. To już kolejna taka wypowiedź tego polityka. (...).

Nie poruszałabym tego tematu, gdyby nie ten komentarz pewnej kobiety pod postem na fb.

Znów zacytuję, sam komentarz: "Moim zdaniem Korwin Mikke wygrał tę pogadankę. Ciut komicznie to wygląda - rozsiadł się jak król na taborecie, pewnie czekał jak mu ktoś piwko przyniesie. Gościu po prostu mówi jak jest w życiu i niestety tak jest. Life is brutal."


No właśnie. Life is brutal. (???)

Nie oczekuję, że teraz z uwagą wgryziecie się w temat, przeczytacie wszystkie zalinkowane teksty (trochę to czasu zabiera niestety), choć zachęcam, jeśli macie taką możliwość. Nie oczekuję, że przyklaśniecie mi, powiecie, że to nieprawda, że tak na świecie nie jest, żebyśmy się my- rodzice dzieci niepełnosprawnych- nie martwili takimi malkontentami, jak cytowane osoby. 

Swoje wiem. Mam oczy i patrzę, mam uszy i słyszę, mam również serce i czuję.
O wyobraźni nie będę wspominała, bo ta u mnie wyjątkowo bujna jest i lubi wybiegać w przyszłość, dziergając najróżniejsze kolory możliwych wydarzeń i opcji ;)

Moje zdanie jest w tej kwestii następujące:

Być może "life is brutal", ale być również może, że nie.

Życie bezspornie jest, takie czy inne, najoględniej mówiąc: neutralne. Toczy się, podskakuje, czasem smęci i snuje... A to, czy jest "brutal" czy nie, to akurat zależy od nas. Wszystkich. I każdego z osobna.

(skądinąd zaczęłam się zastanawiać, dlaczego ta komentująca kobieta tak zobaczyła tę sytuację? Co jej się w życiu przydarzyło- jak mojemu Znajomemu ongdyś- czego doświadczyła? że posługuje się takim podsumowaniem swoich przemyśleń?)...

Też tak macie?... 

10 kwietnia 2016

Wtedy i dziś. Czyli życie.

Jutro poniedziałek. Zabieram się więc za szykowanie prezentacji na umówione spotkanie z dziećmi i wówczas moją pamięć boleśnie przeszywa dawne wspomnienie....


Jest początek roku szkolnego, 8 lat temu? Nasz najstarszy syn rozpoczyna edukację szkolną, wracam z jakiegoś pierwszego zebrania rodziców... Jedna z mam proponuje przeprowadzenie rozmowy z dziećmi w klasie na temat epilepsji, na którą choruje... Muruje mnie. Zatyka. Chyba odczuwam jakiś niewytłumaczalny lęk, wynikający z zamkniętego umysłu i mojej niewiedzy. Pytam się siebie: ale po co? Czemu miałoby to służyć? Nie jestem zachwycona jej pomysłem jako rodzic....


Dziś siedzę i zastanawiam się, czy o tym tutaj wspominać?
Wstyd mi. Ale rozumiem moją postawę z tamtego czasu. Chcę (wówczas chciałam) chronić moje dziecko przed wszystkim, co mnie wydawało się nieznane i straszne. Oszczędzić "niepotrzebnego balastu"...
Wtedy.
Dziś wiem, że ten BALAST TO ŻYCIE...

Siedzę i przygotowuję historię małej Zosi (klik, klik) w fotografiach. Wcześniej opowiadałam i czytałam już dzieciom o niedosłyszącym Franiu i Franiu z respitratorem. (klik, klik) Słuchały z zapartym tchem, choć wcale nie były to łatwe tematy, dopytywały, opowiadały swoje doświadczenia z niepełnosprawnością... Odczuwam potrzebę takich spotkań, widzę, że dzieci chętnie- po przełamaniu bariery tabu- słuchają opowiadań (na spotkaniach czytam fragmenty książki Agnieszki Kossowskiej "Duże sprawy w małych głowach" (klik, klik) czasem- przyznam się bez bicia, je modyfikując na potrzeby konkretnej prezentacji i wieku moich słuchaczy ;)). Dzisiaj widzę sens, potrafię już odpowiedzieć sobie na pytanie: po co? czemu ma to służyć?

Jestem też wdzięczna Osobom, które dostrzegają korzyści z przeprowadzania takich spotkań w swoich placówkach dla swoich podopiecznych. Które pozwalają mi przychodzić i prowadzić takie mini-zajęcia. Cieszę się, że mają bardziej otwarte oczy i serca niż ja te 8 lat temu. Dają mi również kredyt zaufania, którego staram się nie zmarnować, ani nie nadużywać...

Dotychczas udało mi się spotkać dwukrotnie z grupą pięciolatków w przedszkolu "Czerwony Balonik" oraz uczniami czterech klas III w szkole podstawowej w naszym mieście. Wrażenia obie strony mają pozytywne (prelegentka z pewnością, zwłaszcza, gdy już opanuje tremę). Dzieci są cudownie otwarte, choć widzę, że niektórym trudno jest spotkać się z niepełnosprawnością swoich rówieśników- rozmawiamy o tym, wentylujemy uczucia (że się tak wyrażę), mówimy o wszystkich ich rodzajach, pojawiających się w trakcie zajęć. Nie musi być tylko miło i radośnie, ale nie jest też smutno i ponuro. Nie taki jest zamysł tych rozmów, czytania i fotoprezentacji... Celem jest głównie dostarczanie wiedzy i przełamywanie barier, ale też otwieranie obu światów na siebie. I chyba trochę nam się to udaje... 


Dziś pozostaję w nastroju nieco nostalgicznym, zapewne z powodu tego krępującego wspomnienia...
Życie tak wiele mnie uczy, pozwala lub zmusza czasem do zmiany... ;)
I nie da się tego powstrzymać.

Tym bardziej się cieszę, że ten eksperymentalny mój pomysł i inicjatywa spotyka się z serdecznym przyjęciem kolejnych placówek :) Będę miała co robić do wakacji, a kto wie- może i w przyszłym roku szkolnym.
Oczywiście w formie wolontariatu-- inaczej nawet sobie tego nie wyobrażam... Moją zapłatą jest zainteresowanie dzieci i otwartość dorosłych i w pełni mnie to satysfakcjonuje. Nadaje też sens.

No. I cieszę się ogromnie z tego, że Rodzice wspomnianych wyżej Bohaterów opowieści wyrazili zgodę na to, żebym mogła opowiadać o ich dzieciach dzieciom zdrowym :) A Agnieszce K. wdzięczna jestem za napisanie książki, która popycha do działania i nie pozwala zachować swych treści wyłącznie dla siebie ;)

No. To do poniedziałku, Mili Państwo! Ja już jestem przygotowana :)
Spotkanie z dziećmi w Czerwonym Baloniku.



Słodki poczęstunek na "do widzenia".



Spotkanie z uczniami klasy III w szkole podstawowej

09 kwietnia 2016

Lekcji pokory ciąg dalszy*

Tamtej podobnych, sytuacji, jak to zwykle bywa, nim ją opisałam, wydarzyło się kilka w ostatnim czasie.
Dlatego mnie też się przelało. Zrozumcie.
Nie wszystko, jak my wszyscy, jestem w stanie przekuwać notorycznie i bohatersko na "złoto". Czasem jest buro i ponuro.  Bądź szaro. Jak w życiu. Czasem. Nie mogę.

Ta historia z "przedwczoraj"  tym niemniej ma swój miły początek i koniec. Choć jednak... w całym garze słodyczy - goryczy jest trochę, nie przeczę.

Po akcji walecznej, bezpiecznej (bo Mamy), podjęłyśmy z Koleżanką decyzję o ewakuacji. Z osiedla na spacer. W nieznane. Wieczór był bowiem ciepły, rozkoszny; słońce bujało na niebie, nie zamierzając zachodzić przedwcześnie; ruszyłyśmy. Więc z dziećmi, z nadzieją na wspólną ich w końcu zabawę. 

I nawet - udało się chłopcom pobawić we dwójkę.  Przez chwilę. I była to chwila dość długa i miła. Zdecydowanie sympatyczna. Osładzająca wcześniejszą, tą przykrą, nam wszystkim. Do czasu. 

Do czasu, gdy pod kolejny plac zabaw, któryśmy wybrały nieopodal poprzedniego, zajechał następny Kumpel z przedszkola z rodzinką ;) Zajechał w przyczepce rowerowej wraz z bratem, z gracją wieziony przez Tatę swego. I z Mamą. Więc była i radość ogromna trzech przedszkolnych Kolegów, co się w takich nietypowych, bądź co bądź, okolicznościach spotkało i trzech Mam, co się spotkały obok piaskownicy wieczorem, bo spotkań takich niewiele jest przecież ostatnio. W mym życiu. A w Waszym?

I choć znów się pojawił "ten trzeci", sytuację wybawiło naprzemienne wojażowanie w rowerowej przyczepce Kolegów. Każdy jechał z każdym, każdy został do przejażdżki zaproszony, a nikt pominięty. I każdy cierpliwie czekał na swą kolej. I grzecznie.  I było w tym mało goryczy, bo chłopcy się znali, wiedzieli co i jak jest z Ignasiem, i tyle. I Ignacy miał więcej zrozumienia dla tamtych, i cierpliwie czekał na rozwój wypadków, ale jakby się nie bał, że straci, że coś go ominie, że zniknie. Że przestanie się liczyć w tej grze i zabawie kompletnie. Na zawsze.

Oczywiście dorośli czuwali. Nad Ignacym i nad tym, by równo obdzielić uwagą każde dziecko. To chore tak samo, co zdrowe.


Dziękuję Wam, znajome Mamy Kolegów naszego Syna.
Nawet nie wiecie, ile to wszystko dla nas znaczy. Bezwzględnie. Bez względu na to, jak potoczy się przyszłość i jak rozejdą się drogi naszych dzieci. O ile....
Jestem Wam ogromnie wdzięczna za ten fragment, przebyty RAZEM. Teraz. Przez nas i nasze dzieci.

Dzięki naszym towarzyskim spotkaniom, poza strukturami przedszkola, w którym nasze drogi się skrzyżowały niedawno, Ignacy i my mamy szansę przeżywać  jego prawie zwyczajne dzieciństwo. Z kolegami. Z zabawą. Z odwiedzinami i urodzinowymi kinder-parties. Nawet jeśli czasami trzeba nam stać z boku, zamiast się nurzać w głównym nurcie zabawy. My wiemy. Tak jest świat poukładany. Ale razem czasami udaje nam się poukładać go trochę inaczej. 
I to ma wartość olbrzymią. I cieszy :)




*zapraszam tych, którzy nie czytali, do wpisu poprzedniego, którego ten jest kontynuacją ;)

06 kwietnia 2016

Lekcja pokory

Takie kwiatki, proszę Państwa:

Najpierw postanowiłam to przemilczeć. Ostatecznie- zwyczajny dzień, nic szczególnego, bez rewelacji.
Wrodzona przekora jednak nie pozwala mi. Opiszę. Zaryzykuję.

Piękne popołudnie. Idziemy na umówione spotkanie. Miejsce: plac zabaw na pobliskim osiedlu. Ignacy ma spotkać się z Kolegą, mama z koleżanką. Zapowiada się sympatycznie. I tak też się toczy sytuacja, do pewnego incydentu.

Na placu zabaw dołącza Chłopczyk. 
Zdrowy. Spragniony dziecięcego, co tam- chłopięcego, towarzystwa. Ma lat pięć i natychmiast nawiązuje znajomość z Kolegą Ignasia. Ignaś się przygląda. Na początku jeszcze próbuje wziąć udział w zabawie, dogonić chłopców, którzy śmigają jak odrzutowce, bawią się w wyścigi, po chwili jednak wycofuje się na ubocze, bo chyba widzi, co się święci...

Nie ma z nimi szans. Ani płynnie nie mówi, ani sprawnie nie biega. Potrafi, owszem, stanąć okrakiem na barierkach ze sznura, zjechać z fantazją ze ślizgawki, wspiąć się po schodach lub drabinkach, ale ganiać za kolegami już nie bardzo. Przygląda się im, rozbawionym na całego. Czeka. Na co? Na swoją kolej?- nie wiem. 
Chyba wie, że w życiu jest pewna hierarchia i każdy ma swoje miejsce. Tu: wyznaczone przez sprawność.

W pewnej chwili postanawia pobujać się na huśtawce. Takiej- wiecie- dla dwóch osób, jedna w górze, druga w dole. Huśtawka nie sprężynuje, więc samemu nie ma jak się wzbić w górę. Ignacy wciąż jednak próbuje, żeby cokolwiek robić. Chłopcy radośnie nadbiegają. 

Na ten jeden moment odwracam wzrok i właściwie nie wiem, jak to się stało, że nagle oni dwaj podskakują na huśtawce, a Ignacy stoi obok, przyglądając się i opierając się o ogrodzenie....

Koleżanka dostrzega. Komentuje. Zachęca synka, by zawołał Ignasia do zabawy. Ten wesoło go woła, już będąc daleko, już wdrapując się bez trudu na oddalone o jakieś 10 metrów schodki konstrukcji. Ignacy rusza z kopyta. Ile ma sił w swoich chudych nóżkach. Walczy z grawitacją, walczy w równowagą, ale dociera bez szwanku. Zwycięzca ;)
Zaczyna się wdrapywać na rzeczone schodki, czując na plecach oddech Chłopca, który "zabrał mu" Kolegę. Chłopiec szturcha Ignasia, popycha, żeby ten się odsunął. Ignacy traci poczucie bezpieczeństwa, chwieje się, ale nie puszcza rączek z barierek. Sporym wysiłkiem utrzymuje jednocześnie równowagę, przewagę i nie przepuszcza swojego "rywala" przed siebie. 
Co więcej: walczy!

Odwraca się w stronę Chłopca i zaczyna go łapać za ramię, odpychać, bić po ramieniu. Wygląda na to, że jest zły. Bardzo. Jego cierpliwość się skończyła właśnie w tej chwili.

Wkraczamy do akcji: ja i mama Chłopca. Sytuacja jest na kilkanaście sekund opanowana.

Ignacy staje bezpiecznie na platformie, Chłopiec wchodzi za nim i dalej rozmawia z Kolegą Ignasia, kompletnie nie zwracając na Ignaca  uwagi. Wtedy ten łapie go za czapkę, ściąga ją i chce ją wyrzucić na piasek. Przelało mu się. Gorycz, frustracja, oburzenie- nie wiem, co jeszcze....

Interweniuję, zabraniając takiego zachowania, niefortunnie jednak Ignac drasnął "rywala" w policzek w okolicy oczka. Chłopiec jest wściekły i oburzony, chce oddać Ignasiowi. Robi się gorąco między nimi. Obie mamy czuwają w gotowości.

I wtedy Kolega Ignasia mówi tych kilka słów: "Zostaw go, to mój kolega. Jest słabszy, ale go lubię!"... Czteroletni chłopczyk... 

Nie wiem, czy świat poczeka na Ignasia...
Jakie będzie jego w nim miejsce w przyszłości...
Ile uda mu się nadgonić straconego czasu? i czy w ogóle? I do którego momentu?

Wiem tylko, że tych kilka słów dla mnie, matki, znaczyło bardzo wiele. Tych kilka prostych słów znaczyło, że świat czasami go dostrzega.
A to i tak wiele.

Tylko czy i na jak długo wystarczy?


05 kwietnia 2016

dyskretne przenoszenie akcentów

Piękna świąteczne pogoda (kto jeszcze o niej pamięta- ręka w górę ;)) sprzyjała wybitnie. Dziś kolejny piękny, wiosenny dzień. Zapewne nie utrzymam Was przy monitorze dłużej niż 10 minut, a samych filmów, które chciałam Wam pokazać, jest na 15;)

Czy cieszą?

I owszem- gdy się patrzy z tej perspektywy- rozsadzają serce z radości i dumy.

Jednak- gdy zakradnie się ta perspektywa, bardziej powszechna, radości już nieco mniej, troski raczej.

Obserwowałam Ignaca z mieszanką emocji. Że chodzi- to wspaniale. Ba- nawet uczy się jeździć samodzielnie na laufradzie, co w zeszłym roku, mimo naszych nadziei i chęci, leżało daleko poza jego możliwościami. 

Teraz idzie mu o niebo lepiej, a jednak na ułamek milisekundy wkrada się ta zdradziecka myśl: "Chłopcy mieli 3 latka, gdy śmigali na laufradzie... Iggi ma skończone 5". I kwasica gotowa - zalewa serce wzburzoną falą. Trzeba się później z niej pieczołowicie obmywać, odświeżać spojrzenie, krzesać wdzięczność tak długo, aż znowu zaiskrzy i zajmie całą powierzchnię rozsądku.

Wiecie, o czym piszę. 
O najbardziej niszczycielskiej sile, którą w sobie noszę- o porównywaniu. Co to potrafi zniweczyć każdą radość.

Nie łatwo się mu oprzeć, gdy się wychowuje dziecko z opóźnionym rozwojem. Wybaczam więc sobie i mam nadzieję, że i wy mi wybaczycie to smęcenie przy tak pięknym dniu, Zwłaszcza, że mam dla Was takie dwie małe migaweczki z naszych wiosennych wędrówek, dzięki którym stwarzam w sobie dla siebie z siebie mistrzynię dyskretnego przenoszenia akcentów. Z tego, co martwi, bo może nastąpić, na to, co dodaje otuchy i jest właśnie w tej chwili, istnieje.





(W szczególności po odtworzeniu powyższego filmiku powtarzam sobie, że warto. Że trzeba czekać, próbować, ćwiczyć, uczyć i ufać, że powoli dotrzemy do naszego celu...)