09 kwietnia 2016

Lekcji pokory ciąg dalszy*

Tamtej podobnych, sytuacji, jak to zwykle bywa, nim ją opisałam, wydarzyło się kilka w ostatnim czasie.
Dlatego mnie też się przelało. Zrozumcie.
Nie wszystko, jak my wszyscy, jestem w stanie przekuwać notorycznie i bohatersko na "złoto". Czasem jest buro i ponuro.  Bądź szaro. Jak w życiu. Czasem. Nie mogę.

Ta historia z "przedwczoraj"  tym niemniej ma swój miły początek i koniec. Choć jednak... w całym garze słodyczy - goryczy jest trochę, nie przeczę.

Po akcji walecznej, bezpiecznej (bo Mamy), podjęłyśmy z Koleżanką decyzję o ewakuacji. Z osiedla na spacer. W nieznane. Wieczór był bowiem ciepły, rozkoszny; słońce bujało na niebie, nie zamierzając zachodzić przedwcześnie; ruszyłyśmy. Więc z dziećmi, z nadzieją na wspólną ich w końcu zabawę. 

I nawet - udało się chłopcom pobawić we dwójkę.  Przez chwilę. I była to chwila dość długa i miła. Zdecydowanie sympatyczna. Osładzająca wcześniejszą, tą przykrą, nam wszystkim. Do czasu. 

Do czasu, gdy pod kolejny plac zabaw, któryśmy wybrały nieopodal poprzedniego, zajechał następny Kumpel z przedszkola z rodzinką ;) Zajechał w przyczepce rowerowej wraz z bratem, z gracją wieziony przez Tatę swego. I z Mamą. Więc była i radość ogromna trzech przedszkolnych Kolegów, co się w takich nietypowych, bądź co bądź, okolicznościach spotkało i trzech Mam, co się spotkały obok piaskownicy wieczorem, bo spotkań takich niewiele jest przecież ostatnio. W mym życiu. A w Waszym?

I choć znów się pojawił "ten trzeci", sytuację wybawiło naprzemienne wojażowanie w rowerowej przyczepce Kolegów. Każdy jechał z każdym, każdy został do przejażdżki zaproszony, a nikt pominięty. I każdy cierpliwie czekał na swą kolej. I grzecznie.  I było w tym mało goryczy, bo chłopcy się znali, wiedzieli co i jak jest z Ignasiem, i tyle. I Ignacy miał więcej zrozumienia dla tamtych, i cierpliwie czekał na rozwój wypadków, ale jakby się nie bał, że straci, że coś go ominie, że zniknie. Że przestanie się liczyć w tej grze i zabawie kompletnie. Na zawsze.

Oczywiście dorośli czuwali. Nad Ignacym i nad tym, by równo obdzielić uwagą każde dziecko. To chore tak samo, co zdrowe.


Dziękuję Wam, znajome Mamy Kolegów naszego Syna.
Nawet nie wiecie, ile to wszystko dla nas znaczy. Bezwzględnie. Bez względu na to, jak potoczy się przyszłość i jak rozejdą się drogi naszych dzieci. O ile....
Jestem Wam ogromnie wdzięczna za ten fragment, przebyty RAZEM. Teraz. Przez nas i nasze dzieci.

Dzięki naszym towarzyskim spotkaniom, poza strukturami przedszkola, w którym nasze drogi się skrzyżowały niedawno, Ignacy i my mamy szansę przeżywać  jego prawie zwyczajne dzieciństwo. Z kolegami. Z zabawą. Z odwiedzinami i urodzinowymi kinder-parties. Nawet jeśli czasami trzeba nam stać z boku, zamiast się nurzać w głównym nurcie zabawy. My wiemy. Tak jest świat poukładany. Ale razem czasami udaje nam się poukładać go trochę inaczej. 
I to ma wartość olbrzymią. I cieszy :)




*zapraszam tych, którzy nie czytali, do wpisu poprzedniego, którego ten jest kontynuacją ;)

1 komentarz:

  1. A już myślałam, że tym razem pominęli Ignasia w wożeniu przyczepką... Są jednak empatyczni ludzie na tym świecie...

    OdpowiedzUsuń