Dobra zmiana

ma ostatnio zgoła niedobre konotacje, ale wciąż ufam, że budzi uśmiech (choćby krzywy) na waszych twarzach, jak na mojej niewątpliwie.

Bo o takiej dobrej zmianie to my marzymy od jakiegoś półtora roku, może mniej nieco.


A wydarzyła się ona w ten weekend poprzedni, co to go lansowałam na fb jako udany bardzo. Gdyż własnie taki był. I w dobrym towarzystwie kuzynostwa spędzony i w pięknych okolicznościach przyrody jendakowoż.


Tak bardzo odpoczywaliśmy przez ten weekend ostatni, co to nam się nieco przedłużył (do wtorku)- ale taka była intencja od początku (jak się widzi z rodziną raz na pół roku, a bliską sercu bardzo), że przyjechałam makabrycznie zmęczona ;) Pisać o tym nie będę, bo każdy gorsze miewa dni i noce, a najważniejsze, że one mijają albo przynajmniej dają się poskromić lub przepędzić, co też uczyniłam. I byle do następnego razu!


Dobra zmiana rzeczona w tytule dotyczyła tego- tadam! tadam! :






Ci, którzy nie wiedzą bądź zapomnieli w natłoku różności, którymi nas życie zasypuje, wspomnę, że Ignacy odmówił siedzenia na końskim grzbiecie jakiś już rok temu, twierdząc- uczciwie i dosadnie- że "qpa <śmierdzi> i on konika nie".


Tak się przy tym natężył i spiął, że wątpliwości w jego decyzję nie miałam najmniejszej, więc hipoterapia taka z prawdziwego zdarzenia na ten czas zawisła na kołku. I tak wisi. I czeka. Aż Ignacy zdanie zmieni, ośmieli się, zaufa, przekona, że koń też (prócz zapachów) korzyści mu może sporo przynieść.


Tymczasem w poniedziałek, zupełnie niespodziewanie dla nas, będąc w Western City, Ignacy poprosił o....... konika!

Nie było to takie skakanie na głęboką wodę, gdyż kilka tygodni wcześniej- będąc w odwiedzinach u naszej znajomej Maji, której rodzice stajnie piękne mają z mieszkańcami szlachetnymi, Ignacy dał się namówić (chyba właśnie dzięki owej Maji, która dała mu spontaniczny, dziecięcy przykład) na odwiedziny "u koników". Kto ma kłopot z tolerancją zapachu końskiego, ten zapewne wie, że to też wyczyn. 
I po takim treningu, wstępnie przygotowującym grunt do kolejnego kroku, zadziało się właśnie to, co powyżej uwieczniłam- z niedowierzaniem w oczach- na zdjęciach.

Czyżby to naprawdę był jakiś przełom? Dobra zmiana? A jeśli tak, to czy na długo i na pewno?- takie rozmyślania sobie prowadzę ostatnio i czekam na rozwój sytuacji....


Bardzo by było korzystne dla Ignasia wrócić na prawdziwą hipoterapię. Zwłaszcza, że wróciliśmy ostatnio również do ćwiczeń w kombinezonie Dunag (co Ignacy zaaprobował) i aż się prosi, by pójść o ten jeden krok dalej...


Tyle o rehabilitacji (kusi, żeby pociągnąć ten temat, ale nie przed weekendem... poza tym w poniedziałek umówiona jestem na spotkanie z zespołem terapeutycznym w przedszkolu, żeby podsumować pracę syna, więc być może będę miała więcej do napisania w tej kwestii).


Zaś weekend....


Cóż. Był uroczy. Pogoda, choć straszyła- raczej nam sprzyjała, trzeba było tylko wrócić do zimowych kurtek... Laba, zwiedzanie, spanie, pływanie i tony śmiechu. Nie dziwi, że można się było zmęczyć, khm, khm....



Z Ciocią Ewą <3


Komentarze

  1. Postęp! I niech sobie pan J.K-M. mówi co chce - my wiemy swoje. Chociaż sama w wieku tych kilku lat bałam się konia, więc może coś w tym jest. A tak z okazji Dnia Mamy zapraszam do przeczytania opowiadania Emily Pearl Kingsley pod http://na-sciezkach-codziennosci.blogspot.com/2016/05/cos-na-dzien-mamy-dla-mam.html. Nie wiem dlaczego, ale jednym z pierwszych skojarzeń po przeczytaniu była Pani. Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.