Minął rok

Nie wiadomo, kiedy. A jednak minął. 

Zanim zaczęłam pisać, przeczytałam sobie dla odświeżenia pamięci tamten wpis- dokładnie z przed roku na ten sam temat :) (znajdziecie go pod tym linkiem:
 http://ignacowka2010.blogspot.com/2015/06/wpis-pod-prad-nie-mylic-z.html (Ci, którzy zerkną, będą mieć pełniejszy ogląd zmian- zachęcam ;)).

Po roku:

- z wielkim luzem i radością pognaliśmy z Ignasiem na tegoroczny przemarsz z okazji Dnia Niepełnosprawnego i Inwalidy, tym razem dedykowany osobom niesłyszącym. Totalnie zero stresu (no może tylko taki, że pewnie znowu się spóźnimy na początek wymarszu ;) ). Raczej radość i ekscytacja, gdyż ubiegłoroczny marsz utwierdził mnie w przekonaniu, że to wesołe wydarzenie, nie smutne.

- Ignacy całą trasę pochodu (UWAGA! UWAGA!) przeszedł na własnych nogach, idąc w parze z kolegą (raz jednym, raz drugim). CAŁĄ TRASĘ! minus 10 metrów, kiedy zupełnie niepotrzebnie, bardziej kierując się moimi odczuciami niż realną potrzebą Ignasia, wzięłam go na ręce. Te jednak szybko dały mi znać, że przesadzam i dalej Ignaś znów wędrował samodzielnie. 

Właściwie potrzebna mu byłam jedynie jako ubezpieczenie od wywrotek (a i tak dwukrotnie zawiodłam), bo świetnie sobie beze mnie radził i z wózka skorzystał tylko w drodze powrotnej do przedszkola...

Po roku nie ma już we mnie tego spięcia i rozgoryczenia, co wcześniej. Nie ma wstydu, zażenowania, poczucia skrępowania. Jest swoboda, zgoda i zadowolenie. 
Taką drogę przeszłam, nie wiedząc właściwie kiedy i jestem z siebie naprawdę dumna- niemniej niż z naszego dzielnego Piechura.
Oboje rozwinęliśmy się wewnętrznie :)

Ucieszył mnie również fakt, że na przemarszu spotkaliśmy znajome dzieci z przedszkola Słoneczko, na czele z Panią Wychowawczynią- które nie tak dawno odwiedzałam z książką i prezentacjami, a Pani Ela potem bardzo ciepło podsumowała nasze spotkania (tu klik, klik).

Niesamowite dla mnie było obserwować, jak Ignacy jest częścią grupy, jak rozmawia z dziećmi, jak do nich przynależy, pomimo kilku trudniejszych momentów, gdy np- potknąwszy się, ratował się przed upadkiem, chwytając dziecko idące przed nim za szyję/ ramię/ plecki. Dbałam oczywiście o to, by takich momentów nie było wiele, jednak i tak się zdarzyły niestety (zapewne nie były miłe dla dziecka, na które trafiło :( ).

Jestem ciekawa, czy w przyszłym roku będzie wraz z dziećmi śpiewał radosne piosenki, towarzyszące korowodowi.

No i znowu miałam przyjemność doświadczyć przyjemności z obserwowania, jak "silniejsi" ustępowali miejsca "słabszym"- mam oczywiście na myśli wstrzymany na czas przemarszu ruch samochodowy, tak by uczestnicy mogli swobodnie i bezpiecznie przejść całą trasą, wiodąca głównymi ulicami miasta!!!
Czy nie mogłoby tak w życiu być?

Podziwiam organizatorów i cieszę się, że przemarsz z roku na rok staje się tradycją łączącą różne społeczności. Naprawdę przyjemnie jest uczestniczyć w takim korowodzie. Jeśli będziecie mieli taką możliwość- gorąco Was zachęcam: przyłączcie się choć na chwilę! Wejdźcie w nurt. Ta chwila może sporo zmienić w waszym życiu...

Na fali lekkości po tym przyjemnym wydarzeniu oddaję Wam kilka ujęć z wtorkowego przedpołudnia:














Komentarze

  1. Jeszcze chwilę i Iguś wystartuje w jakimś maratonie :). Powaga na ostatnim zdjęciu mówi sama za siebie - jest super!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.