31 maja 2016

W nieznane, czyli grupa wsparcia

Wybieram się w piątek na grupę wsparcia. Dla rodziców dzieci niepełnosprawnych, do Wrocławia, organizowaną prze Fundację Promyk Słońca. Tak, tak- ten Promyk, który wyróżnił naszą Ignacówkę :)

Nie wiem, czy w naszym mieście funkcjonuje taka grupa? Kiedyś się dowiadywałam, szukałam, wiem, że w ofercie jednej z niepublicznych poradni psychologiczno-pedagogicznych jest taka forma pomocy, ale chyba odpłatna i w tamtym czasie grupa się nie zebrała.


Po co mi to?


Uważam, że w grupie jest łatwiej. 

Po to spotykamy się ze znajomymi rodzicami niepełnosprawnych dzieci, żeby nie tylko miło spędzać czas, ale również ROZMAWIAĆ. Dzielić się tym co nas cieszy, ale również tym, co jest dla nas trudne, nie do przeskoczenia, co boli... I choć w znacznej mierze te- wydawałoby się- najtrudniejsze chwile już są za nami- codzienność przynosi nam tony różnych trudnych momentów, okamgnień, przebłysków milisekund, które gromadząc się w naszych umysłach i sercach, po pewnym czasie zaczynają zwyczajnie ciążyć i przygniatać.  A sił trzeba mieć wciąż tyle samo, o ile nie więcej z każdym rokiem. Dzieci rosną, problemy stają się czasem bardziej subtelne, ale zarazem złożone. Strasznie trudno iść samemu po tej drodze. Bardzo cenię sobie realny kontakt z drugim człowiekiem, i szczerą,  niekoniecznie łatwą rozmowę. Świadomość, że nie jesteśmy odosobnieni w tym, z czym się zmagamy wewnątrz nas samych zawsze dodaje mi otuchy i podbudowuje. I tego właśnie teraz potrzebuję dla siebie. Więc grupa wsparcia pojawiła się w mojej skrzynce mailowej w idealnym momencie ;) Jadę. Jak chcecie- też możecie się przyłączyć- może będzie okazja poznać się inaczej? :)

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że o ile nasze dzieciaczki są coraz lepiej "zabezpieczone" rehabilitacyjnie, o rodzicach wciąż mało kto pamięta. A to przecież w naszym życiu wraz z chorobą dziecka pojawia się armagedon. To my bierzemy na klatę (raz lepiej, raz gorzej) wszystko to, co wicher niepełnosprawności niesie. I nierzadko rzuca nam z impetem w twarz, nie bacząc na to, czy jesteśmy gotowi to przyjąć, czy nie. Nawet jeśli jakoś się otrząśniemy z szoku, podniesiemy z kolan, poukładamy nasze życie tak, by dość gładko podążało do przodu, echo tamtych dni albo do nas wraca w czystej postaci wspomnień, albo - rozmazane- pod postacią bliżej nieokreślonych "bolączek", humorów, nastrojów, obaw ciąży nam z dnia na dzień coraz bardziej. Albo powraca jak majowa burza (na którą akurat się zbiera mi nad głową- siedzę na balkonie, gdy piszę te słowa), moczy doszczętnie, straszy piorunami, by potem minąć dostojnie, zostawiając nas zaskoczonych, odurzonych, zdezorientowanych i w poczucie totalnej nieadekwatności. I znów się musimy składać do kupki, zbierać, otrzepywać, "poprawiać koronę"- jak to mówią, i iść dalej...


Nikt inny nas w tym nie wyręczy. Nasze dzieci nie dadzą nam urlopu. Musimy mieć siłę. Po prostu.

Dlatego wybieram się w piątek w nieznane, ale z nadzieją na dobre spotkanie.

Kto wie? 
Może kiedyś sama się pokuszę, by tak właśnie zaopiekować się innymi?
Na razie- w znaczeniu oczywiście symbolicznym- sama wciąż potrzebuję opieki dla siebie. Mimo tego, że mijają kolejne lata. Że jakoś tam sobie "dość dobrze" radzę/ radzimy jako rodzina. I ponoć z wiekiem staję się mądrzejsza ;)
Ponoć ;)


No.

Udało mi się.
Napisałam wreszcie, to co chcę :)
Dobrego wtorku Wam życzę i chowam się w te pędy przed burzą, która groźnie pomrukuje na naszym- wciąż słonecznym- niebie.... jeszcze będzie tęcza być może z tego wszystkiego :)




PS. Jeśli ktoś jest z okolic lub z samego Wrocławia i ma ochotę/ potrzebę również skorzystać z takiej formy wsparcia/pomocy dla siebie, można pisać w tej sprawie na adres:

centrum.wolontariatu@promykslonca. pl


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz