08 maja 2016

Życie z "maską"

Tak bardzo chciałabym być dzielna i mądra na tyle, by nie stawiać sobie pytań podstawowych, w równie podstawowych kwestiach. Wychowanie Ignasia wydaje się jednak być dla mnie dużym wyzwaniem, o czym rzadko mam ochotę i odwagę pisać, dzielić się, jednocześnie poświęcając mu sporo przestrzeni w moich rozmyślaniach.

Nie jest to łatwe zadanie. Wiem. Zaraz ktoś doda, że wychowanie każdego dziecka, również zdrowego, wcale nie jest proste i licząc, że będzie, wykazuję się kosmiczną naiwnością… Bycie z dwójką naszych starszych Synów doskonale mi to uświadamia i unaocznia. A jednak…. Wtedy było jakoś emocjonalnie ….. łatwiej.

Być może jest to kwestia ilości dylematów, przed którymi życie stawiało nas/ mnie wówczas, i stawia teraz?

Nie wykluczam jednak, że jest to również kwestia „maski niepełnosprawności”, która potrafi wszystko zniekształcić i wypaczyć, gdy się przez nią filtruje relację z dzieckiem. Z drugim człowiekiem również.

Jeśli to jednak jest tak, że różnice, które odczuwam, istnieją naprawdę?....
Nie potrafię sobie odpowiedzieć, tudzież zdecydować się na jakąś wiążącą mnie na dłużej wersję, wariant, optykę , dotyczącą tego „problemu”. Zwyczajnie nie wiem. Czy „wtedy” i „teraz” jakoś znacząco się różni? Czy też poddawanie w wątpliwość tych różnic (jeśli je przyjmiemy do wiadomości) to zwykła minimalizacja i stare, znane dobrze już zaprzeczanie?

Należę do osób, które bardziej czują niż „wią” ;) choć fachowej wiedzy kiedyś mi nie brakowało przecież (nie wiem, czy się ulotniła, czy zdezaktualizowała, czy ja sama przestałam jej ufać?). I tym czuciem odbieram świat i obdarzam innych ludzi. Bez względu na ich sprawność czy nie. Pracowałam zawodowo z naprawdę różnymi grupami społecznymi- że tak brzydko to ujmę. Z dziećmi, z dorosłymi, ze zdrowymi i chorymi, z osobami u kresu swych dni i tymi, przed którymi życie właściwie dopiero otwierało swe wrota, dawało mnóstwo możliwości… I jakoś zawsze stawiałam przede wszystkim na obecność, kontakt, prawdziwe zainteresowanie i próbę zrozumienia świata drugiej osoby. Tymczasem, odkąd jestem osobiście mamą towarzyszącą dziecku z trudnościami rozwojowymi, cała ta wiedza poszła w komin, ulotniła się. Może to nie tak zupełnie, ale tak jakoś przyblakła, wypłowiała, straciła na pewności…

Być może jednak wciąż ją w sobie mam, a jednak w konfrontacji z naszą obecną rzeczywistością wiedza nie kieruje mną już tak bardzo, jak bym sobie tego życzyła. Czasem w moich reakcjach na zachowanie dzieci „idę na skróty”, z czego ani nie jestem dumna, ani moje dzieci zadowolone.

Do tego dochodzi również kwestia „zmęczenia”. I tu znów pojawia się „problem” mojej oceny tego stanu. Czy daję sobie prawo do tego, żeby je poczuć tak naprawdę, czy nie łatwiej- a może właściwiej właśnie- powiedzieć samej sobie, że nic takiego przecież się nie dzieje…. No bo przecież najgorsze jakby już za nami. To znaczy poprzednie lata były dla nas i Ignasia (choć może on tego wcale tak nie odczuwa- nie mam pewności czy czegoś nie dodaję, nadinterpretuję) dużo bardziej wymagające pod każdym względem. Niepewność co do jego zdrowia, a nawet przeżycia w pewnym momencie…. Poszukiwania diagnoz, rehabilitacji. Potem właśnie ta rehabilitacja intensywna, z roku na rok staramy się, by było jej z jednej strony coraz mniej, ale z drugiej strony wciąż adekwatnie do jego „deficytów” (celowo nie użyłam określenia „potrzeb”, bo wcale nie jestem pewna, jak to w gruncie rzeczy z tymi jego potrzebami jest). Z roku na rok jest więc nam emocjonalnie i fizycznie łatwiej. Ignacy dorasta i rozwija się zachwycająco. Staje się coraz bardziej samodzielny i jest to samodzielność coraz bardziej zbliżona do możliwości jego rówieśników (choć najczęściej mam porównanie z dziećmi o rok od niego młodszymi, więc możliwe, że trochę zawyżam ocenę). Doczekaliśmy (tak- mieliśmy takie oczekiwania) chwil, które właśnie się dzieją w jego i naszym życiu. Wszystko wygląda więc tak, że właściwie nie powinnam uskarżać się na jakieś szczególne zmęczenie materiału… A jednak je czuję, by chwilę potem odebrać sobie do niego prawo i powiedzieć „Daj spokój, przecież już wszystko jest prawie ogarnięte, nie dzieje się żaden dramat, jest dobrze”. Bo jest. W istocie. A jednocześnie nie jest…

Zbyt często nie radzę sobie ze zwykłymi sytuacjami, które się dzieją pomiędzy mną a nim. To przekłada się również na relacje ze starszymi chłopcami. Tracę cierpliwość, nie mam dystansu, tak potrzebnego w relacji z drugim człowiekiem, dzieckiem, oczekuję nierealnego, frustrując się później sromotnie. Z drugiej strony pamiętam o podstawowej, kluczowej dla mnie zasadzie, by dbać o siebie, o swoje zainteresowania, czas, wytchnienie, bo jest to niezbędne by mieć siły… Szukam inspiracji, wiedzy, podpowiedzi… Ale to i tak nie wystarcza, nie daje mi ich tyle, ile potrzebuję na co dzień. I koło się zamyka. Nie mogę przecież uciec ze swojego życia :) i nie chcę.

To jedna z refleksji, które przywiozłam z wczorajszej konferencji w Poznaniu, na której Agnieszka Kossowska- mama Dzielnego Franka- wygłosiła swój wykład pt. „Nie ma kaleki- jest człowiek”… I ja tak samo czuję (Normalność- klik, klik), a jednak mgła „niepełnosprawności” zamazuje mi obraz i relację z własnym dzieckiem tak dotkliwie, że czuję się niekiedy całkiem bezradna i nieadekwatna. Myślę więc sobie, że wciąż mam sporo drogi do przejścia… Z samą sobą…


>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>


Wiem, wiem co zrobię :) najlepiej zrzucę wszystko na karb mojego wieku :) To najbardziej niezawodne wytłumaczenie wszystkich dylematów i niedociągnięć :).
Tylko, że…. nie chcę tego robić…


Więc może lepiej pójdę na spacer? :)…..

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz