Posty

Wyświetlanie postów z czerwiec, 2016

Lipcowe wojaże

Obraz
Po internecie krążył ostatnio taki obrazek, ukazujący różnicę pomiędzy drogą życia (tak to nazwijmy) dziecka zdrowego - neurotypowego, i dziecka obciążonego jakąś chorobą... 
Wyglądał on mniej więcej tak:



I coś w tym jest :) choć oczywiście mówimy tu o ogromnym uproszczeniu...
Niemniej jednak, mając przed oczami tę grafikę, przedstawiam Wam nasze lipcowe plany:
04 lipca - wizyta u neurologa 
05 lipca - dentysta kontrolnie (okazało się, że podczas jednego z wielu Ignacowych upadków uszkodzona została górna mleczna jedynka naszego Malucha i trzeba zobaczyć, czy nie pojawi się stan zapalny)
06 lipca - ortopeda (musimy zdobyć opinię o braku przeciwwskazań do hipoterapii, planujemy bowiem zachęcać Ignacego do powrotu na koński grzbiet,a bez zgody ortopedy jest to niedozwolone. Przy okazji Ignacy musi mieć wykonane badanie stawów biodrowych, żeby lepiej dostosować bieżącą rehabilitację. Ignacy wciąż nie potrafi biegać ani skakać i jego fizjoterapeutki zastanawiają się, czy będzie to w ogóle możli…

Nie pamiętam

Siedzieliśmy ostatnio z mężem wieczorem, lulani delikatnie czerwonym winem przed snem, odprężeni i rozbawieni upływającym dniem i tak jakoś samo przyszło wspominanie przeszłości... Bardzo rzadko nam się ono zdarza, zazwyczaj skoncentrowani jesteśmy na tym, co przynosi nam teraźniejszość- a ta obdarowuje nas nadzwyczaj obficie, tym razem jednak było inaczej.

-"A pamiętasz, jak wylądowaliśmy z Ignacym na zakaźnym?".....

- "Ja wtedy wcale bym nie pojechał z nim do tego szpitala"....
- "Ja pamiętam, jak wciskałam mu w środku nocy po 30 ml mleka, a on się wykręcał..."

I tak dalej, i tym podobne....


-"A ten drugi pobyt pamiętasz? Na zakaźnym?"...


Nie. Wcale nie pamiętam. A mam raczej dobrą pamięć.

Nie pamiętam niczego prócz pierwszej nocy, gdy przywieziono Ignacego karetką na sygnale, a ja siedziałam struchlała, bez żadnych pasów bezpieczeństwa, trzymając ręce na zawiniątku z moim dzieckiem, i mechanicznie klepałam słowa modlitwy, bo niewiele mi pozostało do…

Projekt z książką w tle!

Zastanawiam się, czy wiecie, że tuż po książce "Duże Sprawy w małych głowach" powstał projekt szkoleniowy na szeroką skalę...

Żeby książka nie leżała na półkach, pokrywając się kurzem, jej autorka i kilkoro pasjonatów postanowili rozruszać temat i stworzyć projekt pod nazwą "Including Education". Projekt ów zakłada, że w oparciu o treści zawarte w książce (czyli tematyka niepełnosprawności wśród dzieci) można prowadzić zajęcia dla uczniów i przedszkolaków. Wiecie- takie merytoryczne i oswajające równocześnie (czyli to, co sama robię, bazując na własnych kompetencjach w tym zakresie- Spotkania)
Jako, ze temat niepełnosprawności jest trudny emocjonalnie, wielu nauczycieli może zwyczajnie nie wiedzieć, jak go ugryźć, co powiedzieć, czy w ogóle rozmawiać, gdy dzieci pytają. Poza tym bywa i tak, że niepełnosprawność dziecka jest tematem tabu, obarczonym przekonaniami o tym, że to nieszczęście, więc może nie dotykajmy go, porusza trudne emocje, z którymi nie zawsze wiemy…

Dzień na głowie

Obraz
Dziś miał być zupełnie inny dzień, niż był. Wszystko nagle postawiło się na głowie.

Miał być wieczorny relaksik w ogródku, niania Asia dla Ignasia, wczesne spanie.

Tymczasem około 14:00 dowiedziałam się od znajomej przedszkolnej mamy, że wrocławskie ZOO otwiera wieczorem swoje bramy dla osób niepełnosprawnych w ramach "Wieczoru marzeń 2016".

Zamiast zostawić tę informację w spokoju, upchnąć gdzieś głęboko w kieszeń i spokojnym truchcikiem odwieźć jednego syna do domu, a Ignasia na rehabilitację, tam wypić spokojną kawkę w promieniach czerwcowego słońca, po czym wrócić równie spokojnie do domu, by beztrosko trwonić piątkowy wieczór przy komputerze, tudzież prasowaniu lub pieleniu ogródka- wpadłam w decyzyjny popłoch. Na fali tego popłochu zadałam niefortunne pytanie, które właściwie o wszystkim przesądziło w momencie, gdy stawiałam znak zapytania na końcu zdania. Jeszcze nie wybrzmiał doszczętnie, a już padła entuzjastyczna odpowiedź "Taaaaa, mama, ooooo".

No i zaczęło …

Oni dwaj.

- Mogę napisać o Was na blogu: jakich mam wspaniałych synów, chłopcy?

-Nie!

-Tak!
Padły jednocześnie dwie odpowiedzi.

-No dobra, możesz, tylko nie pisz moich danych osobowych!- zgodził się ten, który najpierw się nie zgodził.

-I nie zamieszczaj żadnych zdjęć ze mną- dodał rezolutnie ten drugi.

Zdarzało mi się już wspominać o starszych braciach Ignacego, na przykład tutaj (klik, klik). Mam jednak ciągle wrażenie, że w jakimś sensie to niesprawiedliwe, bo cała uwaga blogowa skupiona jest na najmłodszym, a o nich tak rzadko... Na szczęście w naszym realnym życiu te proporcje są nieco inaczej rozłożone.


Przez trzy ostatnie dni leżałam złożona klasyczną, wypasioną, wszystkimi objawami się objawiającą, anginą ropną. Jak z dzieciństwa wyjętą. Leżałam odosobniona, odizolowana od reszty, i cały świat się kręcił beze mnie.


I podczas gdy ja, tam w sypialni, od domowników odcięta i obowiązków domowych, oni tu na dole wspaniale sobie radzili we czwórkę, zupełnie nie dając po sobie poznać, że im do czegoś …

Krótka seria

Poczucie humoru.

Po co jest?


Nie po to, żeby obśmiać nasze dzieci bądź jakieś błahe wydarzenia. 

Nie po to też, by się nimi chwalić, albo pajacować, tudzież mydlić oczy innym, że my to tacy luźni, mądrzy i ze stali jesteśmy.

Poczucie humoru to taki pancerzyk, który zakładamy, żeby nie zwariować. Żeby przez chmury smutku przebić się na moment do słońca i ogrzać. Żeby wziąć oddech, gdy już nam się pętla rozpaczy na szyi zaciska coraz ciaśniej i ciaśniej.


Żeby się nie złamać również jest po to. Też.


Pod natłokiem codzienności.

Pod ciężarem obaw.
Pod jarzmem choróbska.
Pod kilodekotonami spraw do załatwienia dla naszych dzieci.

Po to jest nam- rodzicom - poczucie humoru....


Nie dajcie się mu zmylić. Bądźcie przenikliwi....

Prosimy.




PS.

Post o spotkaniach z dziećmi się pisze. I napisać nie może, więc proszę o wyrozumiałość. I tyle :)

"Kasia Bugul"

"Kasia bugul, kasia bugul, kasia Bugul"- chodzi Ignacy po domu i podśpiewuje do akompaniamentu, co to się sam zapodaje z keyboardu Starszyzny... Nie wiadomo kiedy i jak wyekspediowanego z syna pokoju do salonu, gdzie pasuje- nie umniejszając- jak pięść do oka...

Czegóż się jednak pod tyradą pięciolatka nie zrobi, by ten na chwilę....... hmmmm.... jak to napisać? Zamilkł?



Tak. Gadulstwo Ignasia przechodzi ostatnio ludzkie pojęcie. Śmiało mogę napisać, że godnie rywalizuje z matki monologowaniem o wszystkim: o nieposkładanych ubraniach w chłopięcych pokojach, o niedomytych szklankach w zmywarce czy też o tych trzynastu okruszkach pod stołem rodzinnym, których wczoraj jeszcze nie było- "bo odkurzałam"- a dziś są.


Co z tego Gadulstwa wyniknie- jeden tylko on wie- albo i nikt tak naprawdę nie wie, ale zachwyca ono niemiłosiernie i drażni równie mocno, gdy człowiek zmęczony jest jak betka.


Tak sobie pomyślałam, że w życiu poważnie nie może być zbyt długo, więc dziś tylko tyl…

W moim ogrodzie...

Obraz
Dziś rano, po odprowadzeniu Ignasia do przedszkola, zamiast prosto do domu, poszłam za dom do mojego ogródka...

Zazwyczaj patrzę na niego przez pryzmat prac, które mam do wykonania przy jego pielęgnacji. Zżymam się czasem, że tak mało barwny jest, że tak mało w nim kwiatów i niuansów... Marna ze mnie ogrodniczka- tak myślę...


Ale idąc alejką przy ścianie domu dostrzegłam kwiaty, które kwitną w nim pierwszy raz od kiedy się wprowadziliśmy: żółte irysy... zrobiłam krok dalej i zobaczyłam fioletową trzykrotkę, która od wczoraj przecudnie zakwitła... odwróciła głowę w bok i wzrok mój zatrzymał się na kompletnie niespodziewanych kwiatach białej krzewuszki, wsadzonej tej wiosny do gruntu..


Zamiast rzucać się w wir prac domowych, które- nie oszukujmy się- zawsze na mnie czekają, wyjęłam aparat i rozpoczęłam polowanie na kwiaty w moim ogrodzie. Okazało się, że jest ich naprawdę sporo, choć na co dzień są prawie niedostrzegalne....


Oto moja zdobycz z tego kwietnego polowania (publikowałam już na f…