Nie pamiętam

Siedzieliśmy ostatnio z mężem wieczorem, lulani delikatnie czerwonym winem przed snem, odprężeni i rozbawieni upływającym dniem i tak jakoś samo przyszło wspominanie przeszłości... Bardzo rzadko nam się ono zdarza, zazwyczaj skoncentrowani jesteśmy na tym, co przynosi nam teraźniejszość- a ta obdarowuje nas nadzwyczaj obficie, tym razem jednak było inaczej.

-"A pamiętasz, jak wylądowaliśmy z Ignacym na zakaźnym?".....

- "Ja wtedy wcale bym nie pojechał z nim do tego szpitala"....
- "Ja pamiętam, jak wciskałam mu w środku nocy po 30 ml mleka, a on się wykręcał..."

I tak dalej, i tym podobne....


-"A ten drugi pobyt pamiętasz? Na zakaźnym?"...


Nie. Wcale nie pamiętam. A mam raczej dobrą pamięć.

Nie pamiętam niczego prócz pierwszej nocy, gdy przywieziono Ignacego karetką na sygnale, a ja siedziałam struchlała, bez żadnych pasów bezpieczeństwa, trzymając ręce na zawiniątku z moim dzieckiem, i mechanicznie klepałam słowa modlitwy, bo niewiele mi pozostało do zrobienia w tamtej chwili... Nie pamiętam nic z ponad tygodniowego pobytu na oddziale szpitalnym, prócz tego jednego wieczora, gdy Ignaś leżał na sali wzmożonego nadzoru (czyli koło dyżurki pielęgniarskiej), nie mógł zasnąć, bo w sali było jasno (jedna ściana miała wbudowaną wielką szybę do obserwowania z dyżurki tego, co dzieje się na sali u pacjenta, w dyżurce było całą noc pusto, za to włączone było światło, przez które Ignaś po mega wyczerpującym dniu, w którym dosłownie walczył o życie, nie mógł zasnąć), a ja zżymałam się na to, w końcu poszłam zainterweniować i zasłużyłam na miano wrednej, bezczelnej matki. Nie pierwszy zresztą raz i nie ostatni zapewne...
Kolejnego dnia gdzieś nas przeniesiono, bo stan Ignacego się poprawił i od tego momentu moja pamięć się urywa... Nie pamiętam dosłownie nic z dalszego pobytu... 

Za to do dziś zadaję sobie pytanie, jak można było nie rozumieć tego, że dziecko, którego nawet nie przetransportowano helikopterem do CZD na przeszczep wątroby, bo nie wiadomo było, czy warto i czy przeżyje, chce w nocy spać i że przeszkadza mu to cholerne, zapalone światło...


Wielu rzeczy do dziś nie potrafię zrozumieć, ale najbardziej tej niewytłumaczalnej dla mnie znieczulicy, którą można spotkać wśród personelu medycznego w niektórych placówkach medycznych.


Może tego było już po prostu za dużo dla mnie? Dlatego nic nie pamiętam z tej hospitalizacji? Nawet chwil, które musiały być dobre? Przecież Ignacy się wydobył z tej zapaści, więc ktoś musiał przynosić nam dobre nowiny i okazywać jakąkolwiek troskę. A jednak ja tego nie pamiętam.... Ani sali, do której nas przeniesiono, ani żadnej kolejnej minuty kolejnych dni...


I właściwie może to i lepiej? ....


:)



Komentarze

  1. A może niekoniecznie?
    Może pamięta się tylko te wpadki, te świecące się światła, te przemęczone pielęgniarki których nikt nie zapyta czy miały chwile na wyjście do toalety i które innego dnia może same pobiegłyby zgasić nieszczęsne światło?
    A tych właśnie, co dzień i noc byli, czuwali, nie spali, żebyście mogli spać - zapomina?
    Jakże smutne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się, że smutne. Pamiętam też inne pobyty w innych miejscach, oddziałach, i jednak bywało różnie. To akurat wspomnienie pozostało wyraźne, bo nie powinno tak się stać. I nie ma co z tym dyskutować, nawet jeśli pojawia się smutek.
      Pobyt w szpitalu zazwyczaj bywa trudny, bo obarczony jest lękiem o zdrowie i życie dziecka. Podejście personelu jest równie kluczowe, co zastosowane procedury. I jesli jest on miły, to złego słowa nie mówię, wdzięczna jestem i chwałę. Ale nie tamtej nocy. Niestety. Też żałuję.

      Usuń
  2. Tym wpisem sprawiłaś, że znów wróciło to, co już dawno gdzieś tam w mojej głowie siedziało schowane i czekało na wpis na blogu (znając swoje tempo wpis powstanie nieprędko).
    Na początku swojej drogi z Adasiem darzyłam personel medyczny ogromnym zaufaniem i z pokorą przyjmowałam każdą krytykę. Nie prosiłam, nie oczekiwałam, nie wymagałam - nawet, gdy miałam do tego prawo. Przyjmowałam wszystko tak, jak jest. Po tych sześciu latach mam w sobie znacznie więcej rezerwy. Nauczyłam się zasady ograniczonego zaufania. Potrafię już czasem postawić na swoim, przekonana, że siedzeniem cicho nic się nie wskóra.
    I szczerze źle mi z tym, okropnie mi z tym źle, bo czuję, że wszystko to nie tak powinno wyglądać. Mam ciągle nadzieję, że z tych skrajnych postaw nauczę się tej jedynej słusznej - pośredniej. Dla dobra wszystkich.
    Absolutnie nie chcę przy tym powiedzieć, że nie spotkałam na swojej drodze lekarzy i pielęgniarek z powołania, że nie jestem im wdzięczna i nie doceniam ich pracy.

    OdpowiedzUsuń
  3. To ja też dołożę swoje trzy groszę - też wiele razy miałam wrażenie, że nie mam prawa pytać, wymagać, martwić się o dziecko, bo z miejsca jestem wredną babą, przewrażliwioną matką. Nie ważne jakie są okoliczności, warunki pracy, to nie usprawiedliwia takiego podejścia do rodzica, do małego pacjenta. Nie ma we mnie zgody na taki stan rzeczy. Rodzic nie powinien się bać zwrócić z prośbą do personelu medycznego, bo zostanie ochrzaniony lub wyszydzony.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.