29 lipca 2016

Miejsce na mapie

Akurat teraz, gdy cudownie wypoczywamy od obowiązkowych zajęć w roku tak zwanym szkolnym, znalazła się we mnie przestrzeń by opowiedzieć Wam o miejscu, w którym Ignacy czuje się jak w domu.
Czyli bezpiecznie i swobodnie.

Od początku naszej wspólnej rehabilitacyjnej wędrówki przyświecały mi dwa priorytety: żeby było profesjonalnie i w bezpiecznej atmosferze... Rehabilitacja to 1/3 życia naszego pięcioletniego syna. To niezliczone już dla mnie godziny spotkań i ćwiczeń w salach różnych specjalistów, którzy starali się z lepszym czy gorszym skutkiem mu pomóc uzyskać możliwie jak najlepszą sprawność, dogonić świat, rówieśników. To setki decyzji podjętych przeze mnie odnośnie rodzajów terapii, miejsc i godzin, kosztów, wycofania się z czegoś, co nie przynosiło efektów bądź nie służyło Młodemu (bo takie momenty też były naszym udziałem). To tony myśli i lawina emocji, które się przez nas przetaczały, miliony ruchów, które Ignacy musiał wykonać i powtórzeń, które pomagały mu utrwalić konieczne schematy i wzorce. To też mnóstwo wzruszeń i niepokojów, które przeplatały się we mnie nieustannie, jak w wielobarwnym kilimie pojedyncze nitki. To mega wysiłek jednym słowem, no.... dwoma :)

Dlatego tak ważne było i jest to, jak Ignacy się czuje podczas pracy z fizjoterapeutami, czy ich lubi, czy oni lubią jego i czy atmosfera i więź, jaka się między nami rodzi, sprzyja wzrostowi naszego Syna, nie tylko stawiając przed nim kolejne wyzwania i dążąc do obranego celu.

Od przeszło pół roku na naszej rehabilitacyjnej mapie pojawił się nowy ośrodek, o którym jakoś nie zdążyłam Wam donieść, a może chciałam celowo zaczekać, popróbować, doświadczyć, by nie zarażać nadmierną euforią na zapas?
Dziś już spokojnie mogę napisać, że w naszym mieście jest takie miejsce, gdzie rehabilitacja jest na najwyższym poziomie. A serdeczność i indywidualne podejście do każdego pacjenta to (zaraz po świadczonych usługach) sprawa pierwszoplanowa-bis ;)
  


"Różowa kanapa", o której kiedyś wspominałam na fb ;).
Czerwonego dywanu nie przewidujemy :))))

Reh4U- bo o tym miejscu mowa, stworzyły Panie dość dobrze nam znane z innych okoliczności- mianowicie z terapii na basenie, z której Ignacy korzystał w ubiegłym roku (w tym już zwyczajnie nie znaleźliśmy sił i czasu na "baraszkowanie w wodzie" pod okiem specjalisty).
Pani "Uła" i Pani Monika na długo zostaną w naszych wspomnieniach jako te, które rozkręciły i jednocześnie nieźle namieszały w Ignasiowym słowniku ;) Od "Uły" właściwie wszystko się zaczęło, bo najpierw pojawiło się to słowo, a później naturalnie przeniosło na "Monikę". W ten sposób "Monika" stała się "Ułą" na długie miesiące i trzeba było nie lada orientacji w ignasiowym słowniku, żeby się czasem domyśleć, o co i o kogo akurat mu chodzi, gdy mówi "Uła". Ale- to historia na odrębną dykteryjkę.

Pani Monika, już na samym początku spotkań basenowych, jak ta kropla, co drąży skałę, napomykała mi dyskretnie o terapii Cranio-sakralnej, która może niezbyt popularna jest i "twarda", ale służy dzieciom i dorosłym z podobnymi problemami, jak Ignasia. Początkowo, jako ta skała, puszczałam mimo uszu podpowiedzi, nie znajdując dla nich zwyczajnie przestrzeni i czasu w naszym zapełnionym grafiku, ale wiecie, jak to jest: życie tak się w końcu poukłada, żeby było dobrze. I miejsce na to, co potrzebne w końcu się znalazło. 
Chodzi więc Ignacy (a właściwie chodził, bo obecnie ma przerwę wakacyjną) do Pani Moniki, do obecnego Reh4U, raz w tygodniu, w środowe wieczory, na zajęcia z elementami terapii czaszkowo- krzyżowej (czyli tej tajemniczej Cranio-sakralnej) cały ostatni rok przedszkolny i chodzić nie przestanie. Bo wygląda na to, że służy mu ten delikatny dotyk, ciekawią bajeczki, którymi Pani Monika stara się zająć jego uwagę, gdy ów kręci się na stole rehabilitacyjnym niemiłosiernie, smakują te czekoladowe łakocie, którymi nagradzany jest za wysiłek i subordynację podczas godziny zajęć. Czasem zdarzało się, że zajęcia kończyły się po 15 minutach, bo Ignaś był bez formy i nie był w stanie się skupić, a niekiedy nie można go było wygonić z gabinetu, bo tak mu się dobrze z panią Moniką pracowało, że chciał zwyczajnie jeszcze. I tu jest chyba cały sekret naszego uznania dla pracy specjalistów z Reh4U, że podążają za pacjentem/ klientem i są ciągle na niego uważni. To nas związało z tym miejscem, w którym Ignacy czasami traktowany jest jak król, witany z entuzjazmem i szanowany w swoich ograniczeniach. Do tego stopnia, że aż mnie- mamie- robi się czasami niezręcznie, bo nie oczekuję aż tak ciepłego przyjęcia i zaangażowania, a tam dostajemy to zupełnie gratis i szczerze :)

W Reh4U, prócz terapii dla dzieci, która jest- tak to nazwijmy- na początku drogi (jak i cała placówka, która funkcjonuje od dosłownie kilku miesięcy, za to jak energicznie i z jakim rozmachem!), dostępny jest cały szereg zabiegów fizjoterapeutycznych dla osób dorosłych, sportowców, osób po urazach różnego typu, od masaży począwszy na fali uderzeniowej, krioterapii czy specjalistycznym urządzeniu NuStep skończywszy. Ciągle się coś tam dzieje, jak chociażby ostatnio prezentacje Egzoszkieletu, o którym na pewno słyszeliście, jeśli śledzicie walkę wokalisty Tomka Kowalskiego.
Dla zainteresowanych podaję link do profilu FB oraz strony www ośrodka- warto ich śledzić, bo wciąż zaskakują jakimiś nowościami w ofercie dla swoich pacjentów:

https://www.facebook.com/REH4U

http://www.reh4u.com/


Ostatnio dowiedziałam się również, że załoga Reh4U planuje od 2017 roku organizować tygodniowe turnusy rehabilitacyjne dla dzieci w wariancie "wakacyjno- feryjnym". Z niecierpliwością wyczekuję szczegółów tego planu... i mam nadzieję, że się uda.
Takich miejsc po prostu nigdy dość :)










25 lipca 2016

Lato z Ignacym

jest wymagające.
Każdy dzień to wyzwanie.
Musi być plan.
Musi być 100 procent skoncentrowanej uwagi. Z krótkimi przerwami wytchnienia.
Musi się coś dziać, bo On inaczej nie potrafi.
A może to ja?...

Więc dzieje się...

Są spacery po lesie....
z obowiązkowym piknikiem i walką z grawitacją;)





Są domowe porządki, bo na pokładzie, jak ten ostatni Mohikanin, ostał się chętny do pomocy tylko On. Więc trzeba korzystać, póki chęć i zapał ;) A wiadomo: jak mama się szybciej wyrobi, szybciej będzie do mojej dyspozycji...



Są obowiązkowe wyjazdy do taty- bo kiedy, jak nie teraz można poczuć  i smakować ten wielki świat? ;)



Jest wspólne gotowanie. Bez udawania, ostrym nożem, z całym dziecięcym zapałem, bo wreszcie można! Mama mnie doceniła po 20 minutowym skupieniu nad cukinią ;) :) 
No i te kolory! Ta sensoryka! Te zapachy i smaki!




Jest i pieczenie, dla odmiany, ciast. A później ich zjadanie w zawrotnych ilościach: trzech kawałków pod rząd (domownicy oniemieli ze zdziwienia.... drożdżowe górą!).



Są wyprawy bez celu w nieznane i polowanie na te jedne, jedyne chwile, przesiąknięte zachwytem i dziecięcą pasją...


Oraz wyprawy z celem, jak ten, który zafascynował dziecięcy umysł tak bardzo, że ów zapomniał na moment o bożym świecie i ciągłym komentowaniu rzeczywistości, pogrążając Ignasia w morzu dźwięków, odbierając zaś mowę z zachwytu....
(finałowy koncert Brave Kids, Wrocław, Hala Stulecia).



Znajdujemy też przestrzeń na zwyczajny plac zabaw, gdzie po raz miliardczterdziestydziewiąty ruszamy w tę samą podróż, choć  każdorazowo zupełnie inną... w nieznane zakamarki Jego wyobraźni.



Oraz czas na basen, przejażdżkę autobusem, koszenie trawy w ogrodzie, fryzjera z bratem, krótką wyprawę rowerową z tatą, sprzątanie garażu, wizytę na dworcu PKP (odprowadzając babcię na pociąg), odwiedziny Asi, sobotniego grilla i grzanki z rusztu... Codziennie świat nas nęci, wzywa i przypomina, żeby z niego brać, bo wcale nie wiemy, jak długo nam będzie dane.
Ignacy ma moc, ale czasem brakuje mu sił. Chciałby więcej, niż może doświadczyć. Jest w ciągłym ruchu i wiecznym drganiu wszechświata i czasem trudno dotrzymać mu kroku czy złapać za rękę, ratując przed upadkiem. Kolejnym i nie ostatnim.

Tak. Lato w pełni. Pomidory zaczynają dojrzewać. 

I aż strach pomyśleć, co to będzie dalej, bo właściwie jesteśmy na jego prawie-półmetku. Na jak długo starczy nam pomysłów na życie bez obowiązków i schematu?

Dziś wieczorem przyjeżdża w odwiedziny kolejna Ciocia.
Nie martwimy się.
Damy radę ;) ?  !

22 lipca 2016

"Mamy z innej planety"

Każdej matce, która zadaje sobie pytanie: czy jestem normalna? Czy moja miłość i nienawiść jest ok? polecam tę książkę...

Już jakiś czas temu zaczęłam poszukiwać (choć nie intensywnie) książek, które w jakiś sposób dotykają problematyki niepełnosprawności wśród dzieci, oraz tego, w jaki sposób wpływa ona na najbliższych. Oczywiście, to moje zainteresowanie podyktowane było i jest wewnętrzną potrzebą poprzyglądania się i sobie i innym rodzicom, którzy przechodzą przez to doświadczenie. Porównania się, odbarczenia z poczucia winy lub zawstydzenia z powodu uczuć, które czasami się przeze mnie przetaczają.

Niewiele książek, na które się natknęłam i które pochłonęłam w co najwyżej kilka wieczorów (żadne inne pozycje tak mnie nie wciągają, jak te "z tematu"), okazały się jednocześnie tak bliskie memu sercu i zarazem tak pomocne.

Czytałam choćby "Poczwarkę" Doroty Terakowskiej, "Życiową zwrotnicę" Anny Brzoski czy "Łebki od szpilki" Agnieszki Szpili. Wszystkie one były dla mnie ważne, ale dopiero "Mamy z innej planety" dotknęły we mnie tego, co najważniejsze...

Można powiedzieć, że w jakimś sensie jest to kompendium wiedzy o problemach, z jakimi może (i zwykle tak się dzieje) zderzyć się rodzic - tu akurat matka- dziecka, które rodzi się naznaczone niepełnosprawnością na początku swojego życia. Książka jest idealnie wyważoną mieszanką osobistych historii konkretnych kobiet i ich dzieci oraz przeglądem stanu wiedzy teoretycznej na temat procesu stawania się rodzicem niepełnosprawnego malucha. Autorka tej książki poświęciła sporo uwagi literaturze specjalistycznej (głównie z zakresu psychologii i pedagogiki), czerpiąc z niej wiedzę na temat procesów, które zachodzą w psychice matek (i ojców zapewne też), dynamice rodzin z niepełnosprawnym dzieckiem i dzięki temu obraz, który przedstawia jest bardzo realistyczny i rzetelny. Życiowy. Autentyczny. kompletnie nie patetyczny. Idealnie nadający się do celu, jaki stawiałam sobie, sięgając po nią: odnaleźć odrobinę siebie i prawdy o tym, przez co przechodzę sama przez ostatnie pięć i pół roku.

Dziękuję Autorce za to, że z odwagą zajrzała  w głąb własnych uczuć i potrafiła o nich opowiedzieć. Że nie cenzurowała i nie idealizowała naszego macierzyństwa. Że miała przenikliwe spojrzenie na doświadczanie niepełnosprawności naszych dzieci i uciekała wszelkimi możliwymi sposobami od złudzenia bohaterstwa nas- rodziców.

Wiele fragmentów z tej książki mogłabym przyjąć za własne (stwierdzenia, myśli), choć nasze doświadczenie niepełnosprawności Ignasia nie jest tożsame z historiami dzieci, opowiedzianymi w tej książce. A jednak udało jej się uchwycić pewne uniwersalne prawdy, które - wygląda na to- przeplatają się w każdej historii o tym jednym wspólnym mianowniku. Nie zważając na jego licznik...

Mamom, które, podobnie jak ja, lubią szukać oparcia również w literaturze- spokojnie polecam tę książkę.
Ona jest mądra i prawdziwa. I przy tym w jakimś sensie uniwersalna nawet. Trzeba tylko mieć odwagę spojrzeć w głąb siebie, co wcale nie jest takie proste, niestety. Ale cudownie pomaga.

A pani Krystynie dziękuję. Za całą pracę, jaką wykonała i całe serce, które włożyła w te rozdziały.

18 lipca 2016

Tymczasem "na poważnie"

Tymczasem na poważnie:
z wizyty u neurologa, prócz komplementu, wynieśliśmy podejrzenie kolejnej choroby, do którego wcale się nie przywiązujemy zanadto (co wynika z naszej postawy obronnej, nie z lekceważenia Pani doktor!!!!!). Cholernie boję się diagnozy, która może "przesądzić" o wszystkim. Wolę karmić się nadzieją. I choć wiem, że to krótkowzroczna perspektywa, może nawet ryzykowna, póki nie będę mieć czarno na białym napisane, potwierdzone wynikami badań genetycznych, udaję, że nie ma żadnej choroby i robię swoje.
Na razie dosłałam Pani neurolog skany dokumentów i epikryzy z wizyty. W zaleceniach mamy przebadać kości nadgarstka Ignacego i oznaczyć wiek kostny, kontrolnie robić poziom mleczanów i tsh (tarczyca) oraz gazometrię, aż po całkowite badanie słuchu (tu laryngolog powiedział, że niekoniecznie, ale gdybyśmy bardzo chcieli to możemy zrobić badanie Bera. Nie wiem, czy będziemy chcieli, to badanie robi się chyba podczas hospitalizacji, więc muszę sprawę przemyśleć i poszukać info). Czeka nas również szczegółowe badanie psychologiczne określające poziom intelektualny Młodzieńca naszego oraz konsultacja kardiologiczna z badaniem Holtera (potrzebne do celów diagnostycznych choroby podstawowej- Pani neurolog podejrzewa jednak jakąś wredną chorobę mitochondrialną).
Jak widać- zaleceń niemało. Nuda nam nie groźna, plan pięciomiesięczny wyznaczony mamy ;) Co najmniej. 



Ortopedycznie sprawa wygląda następująco:
poza komplementami ;) Ignacy dostał wskazanie do hipoterapii- na czym mi zależało (jemu chyba nieco mniej ;)), wskazanie do wykonania bad RTG bioder AP, dalsza rehabilitacja NDT-Bobath, terapia manualna- rozluźnianie mięśniowo-powięziowe/ osteopatia (akurat nam znana, już zaklepałam wizytę u Pana Mularczyka, do którego chodziłam z Ignacym w 2011 i 2012 roku; 170 zł wizyta wyłącznie prywatnie;) ).
Musimy również rozciągać Ignaca stopy (Achillesy), bo one odpowiadają za chodzenie 'z automatu' na palcach i ogólnie za nieprawidłowe ustawienie miednicy oraz postawę pleców podczas siadu prostego w opinii Pani ortopedy odpowiedzialne są mięśnie nóg, które też należy rozciągać. Ale poza tym jest dość dobrze. Operacja żadna nie wchodzi w grę (nawet o niej nie myślałam!).
Kontrola za 6 miesięcy.


I ostatni nasz przystanek: okulista z poradni leczenia zeza orzekła, że dna oczu  u Ignasia są prawidłowe, wada wzroku minimalna in plus i w chwili obecnej ani okularów ani zabiegu chirurgicznego korygowania zeza nie zaleca. Za to sporo ćwiczeń na konwergencję i czekanie, co nastąpi dalej. Akurat ja się z taką opinią zgadzam, choć byłam ciekawa, czy nie potrzebne byłyby Ignasiowi jakieś okulary, ale okazało się, że nie przy tej wadzie. Pogłębiałyby one jedynie uciekanie oczek, co wiążę raczej ze słabą mięśniówką i napięciem.


I w zasadzie z tego miłego wpisu zrobił się wpis nudny, za co Was przepraszam, ale czułam się w obowiązku pociągnąć temat wizyt specjalistycznych, gdyby ktoś akurat był ciekaw... 


Przy okazji jedynie dodam, że na okoliczność tych zmasowanych wizyt lipcowych przeprosiłam się z opasłą teczką dokumentów medycznych Ignasia, gromadzonych chaotycznie od pierwszych dni jego życia (na pohybel im!) i dosłownie w dniu (UWAGA!!!) powrotu z naszego cudownego włoskiego urlopu, walcząc chyba z czającą się za rogiem depresją pourlopową, zrobiłam z nich profesjonalną książkę historii choroby, w której teraz wszyściuteńko mogę znaleźć na zawołanie, tak piknie poopisywałam kilkadziesiąt dokumentów, poukładałam tematycznie i chronologicznie i teraz już się nie muszę ani wstydzić, ani stresować, gdy mnie jakiś doktor o coś spyta bądź poprosi na wizycie :))))

No.
:)

16 lipca 2016

Miłe.

Takie miłe mi się zdarzają spotkania ostatnio. Spójrzcie tylko:

Wchodzę do Fundacji, rozliczyć faktury za terapię i wizyty specjalistyczne dla Ignacego, witam się na uśmiechu, choć deszcz, i na dzień dobry słyszę komplement z ust kompletnie nieznanej mi Kobiety :)

Że fajnie piszę, lekko o trudnych sprawach, że prawie jak jakiś zawodowiec, choć nie jestem nim zupełnie, ni w ząb. I że naprawdę i w ogóle, dobrze się czyta "Pani bloga", i robi mi się naraz tak miło i wdzięcznie, że nie wiem, gdzie oczy posiać, spojrzenie skierować, żeby się nie wydało, że w nich mi łzy wzruszenia stanęły.
Dziękuję:)

Lub takie:

Kolejna lipcowa wizyta u specjalisty w toku. Masywne, dębowo-stylowe biurko, zasłania połowę sylwetki Pani doktor o karminowych ustach i fantazyjnym koku. Czuję przejęcie i zaangażowanie z drugiej strony, ale też coś na kształt zafascynowania, wychodzącego poza zwyczajne granice lekarskiej praktyki. Tak- myślę- trafiłam na pasję i być może teraz właśnie Ktoś taki jest nam potrzebny, by pociągnąć diagnozę w odpowiednim kierunku. Za to skierowania na buty ortopedyczne nam ta Pani doktor raczej nie wypisze;) Kartki papieru latają w powietrzu, i jeszcze ten wypis poproszę, a ceruloplazminę mu oznaczano?- tak, wiedziałam, musieli to robić- i szeroki uśmiech tryumfu na twarzy... I jeszcze to badanie i to proszę, tak, nie, ooo!- tak myślałam- monologuje Pani doktor i nagle strzela do mnie salwą komplementów, zupełnie nieoczekiwanych i nie wiadomo, co mam z nimi zrobić...
"Świetnie go, Pani mamo, poprowadziłaś i przebadany jest wyjątkowo skrupulatnie. Brawo. Uznanie. Cudny chłopczyk."
Bum. No bo mam jak rozumieć to wyznanie? Jako ocenę traktować? Podziw? No nie wiem...

I znowu parę dni później, kolejna wizyta w sympatycznej atmosferze. Pani doktor w białym kitelku, skrupulatnie notująca swoje spostrzeżenia i dane z wywiadu w małym laptopie, przy schludnym acz skromnym, "paździerzowym" biurku, łypie wzrokiem to na mnie, to na Ignasia, uśmiecha się szczerze- mam wbudowany czujnik autentyczności w siódmym oku koło serca ;) - po czym przenosi się w klęczki na małą kolorową i sfatygowaną matę na podłodze, by zbadać zakres ruchomości kończyn Młodego i wyciągnąć niezbędne do dalszej terapii wnioski. Jestem pełna uznania i czuję przez skórę, że znowu dobrze trafiliśmy. Słucham z uwagą i staram się jak najmniej przerywać, co zwykle idzie mi z trudem, zwłaszcza, gdy ktoś zawłaszcza na dłużej całą przestrzeń dialogu dla siebie. I nagle padają: bang, bang, bang- jak jędrne krople deszczu na rozpalony chodnik pod stopami, z tej jednej niepozornej chmury co buja nad głową- słowa: "Wspaniale wyprowadzony chłopiec, dużo dobrej roboty Pani już zrobiła"... (Dlaczego do lekarzy specjalistów zwykle czekają matki z dziećmi, czasami oboje rodziców, a rzadko sam ojciec?- przemyka mi przez myśl)...

"To nie ja"- staram się głupio tłumaczyć- "to fizjoterapeuci i Ignaś, mieliśmy mnóstwo szczęścia..." bąkam pod nosem, z czego wnoszę, że nie potrafię przyjąć tej pochwały i słów uznania, jak to uczyniłam, dziękując zwyczajnie, jeśli chodzi o blog...
Dlaczego?

Wygląda na to, że powinnam się poduczyć, podszkolić i zacząć zauważać, że szczęście szczęściem, a moje zachody- zachodami, które przynoszą efekty. I tylko w takim duecie to działa ;)






14 lipca 2016

taki klimat.

Więc jest taki klimat:
z głośników pod ścianą w salonie brzęczy mi Amy i Bonobo, a za oknem targa wierzchołkami choinek wietrzysko nieposkromione i atakuje okna...
poczytałam już nieco, kocem się nakryłam i zjadłam tę sałatkę z bobem, której od kilku dni nie miałam nastroju przygotować, choć bób w lodówce cierpliwie nęcił i czekał milcząco...
odebrałam wyczekiwany telefon, na wyświetlaczu którego twarz Najważniejszego Faceta w moim życiu się pojawiła na chwilę, by usłyszeć, na co czekałam-że dojechaliśmy na miejsce i jesteśmy cali i zdrowi...
zapowiada nam się spokojny wieczór i poranek zatem, które kocham miłością bezwstydną i wyczekiwane są one zawsze przeze mnie z utęsknieniem.

Znaczy się mogę pisać ;)


I tu pojawia się dylemat. Bo tematów kilka, rozpoczętych wątków jeszcze więcej, a noc tylko jedna;)

Zrobię więc tak: popiszę, ile mi sił starczy i będę uwalniać miarowo, stopniowo, słowa w sieć, byście je łapać mogli, ale nie w nadmiarze. Bez przesytu. 

A co potem... czas pokaże.


***


gdy byłam małą dziewczynką, lubiłam jeździć do babci jak większość maluchów, na weekend. Babcia, wiadomo, rozpieści, uwagą obsypie obficie, ulepi pierożki bądź pączki z malinowym kleksem w środku usmaży i będzie się do mnie uśmiechać cierpliwie i ciepło. Po obiedzie usiądzie do 'tysiąca' przy kuchennym stole, a w letnie gorące przedpołudnie zabierze na kąpielisko przy jeziorze, ale tylko pod warunkiem, że porządnie zjem śniadanie i mlekiem popiję. A potem będzie zmęczoną unosić głowę znad gazety, szarpanej wiatrem, by kolejny raz na dziecięce zawołanie popatrzeć z uznaniem, jak wnuczka nurkuje pod lustrem wody lub fika koziołki przy brzegu.

Byłam zdrowa. Spędzałam u babci całe lato.

***


Nie często się zdarza Ignasiowi weekend u babci z braćmi. Bez rodziców.

Nie często się zdarza rodzicom weekend bez dzieci w domu, we dwoje.
Życie tak się jakoś układa, że wyjazd taki to rarytas, z którego grzech nie skorzystać, jeśli już nastąpić może. A gdy dziecko dodatkowo wyzwaniem jest większym (opieka nad nim), niż jego zdrowi rówieśnicy, to już w ogóle należy takie dni święte święcić i czcić wyjątkowo, doceniając każdą sekundę, minutę i chwilę. Co też czynić zamierzamy po raz drugi tego lipca, gdyż właśnie nadarza się ku temu okazja.

Ignacy wraz z braćmi wybył.

Czuł się przy tym wyjątkowo radosny i uszczęśliwiony. Nawet chyba doceniony mocno, bo to dowód na to, że ufamy w jego samodzielność.
Ponoć w trakcie naszej nieobecności zmienia się Gadzina nie do poznania. Nie dyskutuje, nie kłóci się, nie przekomarza ani na przekór nie robi, o co matka akurat prosiła, żeby zaprzestał... Wszystkim więc na dobre taka rozłąka robi, i same z tego korzyści płyną.
Jestem niezmiernie wdzięczna i podziwiam naszą Babcię Iwonkę za to, że po raz kolejny podjęła się wyzwania opieki nad trzema wnukami jednocześnie, na nocy kilka (poprzednio 4, teraz 3) i dni tyleż samo. Doceniam ten wysiłek bardzo i szanuję odwagę, którą po tych kilku trudnych pierwszych latach życia Ignasia, właśnie się wykazuje. Nie oszukujmy się przecież- odwagi potrzeba, by zająć się całodobowo niepełnosprawnym dzieckiem, nawet z najbliższej rodziny. I taką odwagę Babcia w sobie odnalazła i teraz posiada :)

Pamiętam sprzed kilku tygodni zdjęcie, zamieszczone na fb przez pewną znajomą mamę niepełnosprawnej głęboko dziewczynki: jedzie ona w wózku, pchanym przez swojego dziadka (nie ojca, nie brata ani wujka, ale dziadka właśnie). I podpis, że dziadek się nauczył i teraz opieka nad wnuczką idzie mu wybornie...


hmmm....

Ilu rodziców niepełnosprawnych dzieci, tych młodszych i tych już nieco starszych, doświadcza takiego komfortu: odpoczynku od codziennych trosk i obowiązków związanych z pielęgnacją tudzież wychowywaniem swojego niepełnosprawnego dziecka? Nie wiem. Podejrzewam, że należymy do nielicznego grona tych szczęśliwców, których bliscy odważyli się podjąć i jednocześnie przejąć na moment wyzwanie bycia codziennego z takim wymagającym Maluchem. A do tego udało nam się doświadczyć dwóch takich błogich, relaksujących weekendów pod rząd! To jest już prawdziwa rewelacja :)

Myślicie, że to wstyd, że się tak cieszę i przechwalam zarazem?

Czy nie bardziej smaczne byłoby udawanie, że na co dzień lekko i honorowo znoszę wszystkie obowiązki, których się w życiu podjęłam? Że wcale mnie one nie męczą ani nie wyczerpują baterii?... Byłoby tak z pewnością bardziej bohatersko, godnie podziwu, ale .... kompletnie nie-prawdziwie i nie-szczerze. 
Bardzo potrzebuję takich chwil, jak ta: opatulonych ciszą i muzyką, z pustym domem bez dziecięcych przekomarzań co chwilę, z kotem zalegającym leniwie na sąsiednim fotelu i dudnieniem wiatru na górnym balkonie (oby nie postrącał mi w furii swej doniczek z pietruszką i maciejką, a pomidorów nie połamał w wariackim podmuchu jakimś). Bezwzględnie. Potrzebuję ich tak, jak potrzebowaliśmy dziś wszyscy przebłysku słońca na zaciągniętym szarą masą chmur niebie. A z nieba tylko strumienie deszczu nam lały się zapalczywie na głowy. Wycieraczki nie nadążały zbierać tych spłakanych lipcowych strug wody. A ludzie przemykali pośpiesznie, smagani wiatrem i z powykręcanymi parasolami na drugą stronę, i tylko nieliczni śmiałkowie-szaleńcy-desperaci, w krótkich spodenkach i kusych rękawkach jechali rowerami po mokrych ulicach, wiedząc że i tak ich ten deszcz nieustanny przemoczy do nitki, więc po co się zasłaniać? Nie warto.
Więc ja tak potrzebuję wytchnienia i szukam podobnych sobie, którzy się do tego przyznać potrafią głośno. Jak ci przemoczeni przechodnie, co to wiedzą, że deszcz i tak ich zmoczy. Prędzej lub później. 

I tym poetyckim akcentem, który można na wiele sposobów rozumieć, zakańczam pisanie pierwsze :)


Spokojnego weekendu Wam życzę i sobie, nam obojgu. I Synom moim, naszym- by wypoczęli od zmęczonej matki, przymusu sprzątania w pokojach i ograniczeń gry na komputerze :)

Widzimy się, Chłopaki, w niedzielę! Buziaki :*


11 lipca 2016

Ogarnięci, wypoczęci.

Tydzień zajęło mi ogarnianie rodziny po wyjeździe wakacyjnym. Dom porósł kurzem, ogród chwastami, a pralka cierpliwie czekała na pauzę. Zaś ja na wenę.

W tym roku zrobiliśmy szaleńczą powtórkę z ... Włoch i śmiało napiszę, bez cienia zawstydu, że to były najpiękniejsze wakacje naszej rodziny od lat przynajmniej pięciu! Choć poprzednie, gdy je tak wspominam szczegółowo, też należały do przepięknych... Wyobraźcie więc sobie, jak nam dobrze było tym razem... Słucham? Że trudno to sobie wyobrazić? Taaaaak. Rozumiem. Mnie też było niełatwo, a jednak dokonaliśmy rzeczy prawie niemożliwej i jednak było przecudownie ;)


Kto pamięta, ten szczęściarz, a kto nie- może zerknąć na wpis sprzed lat czterech (!!!), gdy to po raz pierwszy, w ramach walki z depresją i stresem, wyruszyliśmy z Ignasiem na naszą krótką, rodzinną wyprawę do słonecznej Italii (klik, klik wpis 1. oraz wpis 2.)...


Mnie takie wyprawy zawsze dobrze na duszy czynią, zaś Ignasiowi dostarczają takiego ogromu wrażeń, że śmiało można to przyrównać do najbardziej specjalistycznej terapii zmysłów, w jakiej można wziąć udział ;)


Nie inaczej było i tym razem. choć de facto..... było totalnie inaczej niż wówczas :)


Niesamowite, jak bardzo zmienił się nasz syn przez te cztery lata... Tylko Italia wciąż niezmiennie urzekająca, rozkochuje w sobie intensywnie i zmysłowo, jak wtedy...



Tak. Mama to zawsze skomplikuje przekaz...
Otóż- było nam tak: zabójczo ciepło, leniwie, relaksująco i słodko. A teraz podam Państwu kilka szczegółów ;)
Moi rodzice nie potrafią wypoczywać bez ruchu. Dziać coś się musi, więc jeśli nie rowery (bo się na bagażnik już nie chciały załadować same), to przynajmniej zwiedzanie okolicznych atrakcji. A we Włoszech- jak wiecie, atrakcje mnożą się się jak bakterie (które zresztą zaatakowały mojego brata i miał anginę). Więc zwiedzaliśmy.

Wenecję.
Nieco przereklamowana. Gorąco i nie ma gdzie usiąść, gdy się człowiek zmęczy, a niekoniecznie ma ochotę na kolejną kawę tudzież gałkę lodów...
Ale Plac świętego Marka i przejażdżka Vaporetto były cudowne :)




Padwa.
Urzekająca, choć nieco męcząca.
To tu jadłem najlepsze lody świata i czekałem w przypadkowej bramie, aż przejdzie gradowa burza nad miastem...
Na parmezan i włoską mortadelę tym razem się nie skusiłem, gdyż z gorąca nie miałem apetytu. Za to moi starsi bracia.... no comment ;)
Ach. No i zgadnijcie, o czym szeptała w myślach mama przy grobie św. Antoniego, gdy ja tymczasem rozbrajałem tajemnicze furty i zamki w drzwiach krużgankowych bazyliki...
Moi bracia stwierdzili, że Padwa jest ładniejsza, niż Wenecja, zaś przede wszystkim mniej oblężona turystycznie. I ja się z nimi zgadzam. Jeśli mi się kiedykolwiek uda, wrócę tam z prawdziwą frajdą i wzruszeniem...







Lido di Jesolo.
Zdecydowanie nie chciałbym tam spędzać wakacji, bo plaża taaaaaka szeroka, że morza nie widać. No i te tłumy ludzi i zatrzęsienie kramików-sklepików, jak w sezonie w Pobierowie, nie są dla mnie, ani dla kieszeni moich rodziców.
Wdzięczny im jednak jestem za ten jedyny wieczór, który spędziliśmy w samym sercu włoskich wakacyjnych rozrywek. Nawet barowa pizza smakuje tam jak delicja, zwłaszcza, gdy jest się głodnym po całym dniu zwiedzania ;)






Castelfranco Veneto.
Mała, urocza miejscowość. Tatuś chciał ją odwiedzić, żeby zobaczyć jakieś nowe miejsce.
Okazało się jednak, że był to jedynie przystanek na naszej mapie...
Szczerze się przyznam- nie doceniłem uroków tego miasteczka, ani jego średniowiecznych ruin... Ale lody mi smakowały :)


Bassano del Grappa.
Perełka.
Mama jest zakochana po uszy. Tata i bracia też.
Ja również.
Panorama jak marzenie.
Odrapane budynki, place, lampki, uliczki, zakamarki. No i ten most....
Każde odwiedziny w tym mieście są niezapomniane. Oczarowują od pierwszej minuty do ostatniego postawionego kroku.
A gdy wieczorną ciszę przeciął ostry, dźwięczny jak brzęk stali uderzającej o stal, głos kobzy... odpłynąłem do całkiem innego wymiaru. I byłbym nie wrócił- uwierzcie...
To zdecydowanie najpiękniejsze miejsce, które dane mi było zobaczyć w Italii w moim krótkim życiu.
Nie szukajcie na zdjęciach potwierdzenia moich słów- pojedźcie tam sami :)






No i tu musimy zaprzestać wędrówek po Italii, gdyż program edytujący orzekł, że żadne więcej zdjęcie nie zmieści się w tym poście.
A zatem- dobranoc, Moi Mili (jest grubo po północy, gdy to piszę).
Resztę skromną już wspomnień będę musiał przedstawić Wam kolejnym razem....
Ignaś.