Ogarnięci, wypoczęci.

Tydzień zajęło mi ogarnianie rodziny po wyjeździe wakacyjnym. Dom porósł kurzem, ogród chwastami, a pralka cierpliwie czekała na pauzę. Zaś ja na wenę.

W tym roku zrobiliśmy szaleńczą powtórkę z ... Włoch i śmiało napiszę, bez cienia zawstydu, że to były najpiękniejsze wakacje naszej rodziny od lat przynajmniej pięciu! Choć poprzednie, gdy je tak wspominam szczegółowo, też należały do przepięknych... Wyobraźcie więc sobie, jak nam dobrze było tym razem... Słucham? Że trudno to sobie wyobrazić? Taaaaak. Rozumiem. Mnie też było niełatwo, a jednak dokonaliśmy rzeczy prawie niemożliwej i jednak było przecudownie ;)


Kto pamięta, ten szczęściarz, a kto nie- może zerknąć na wpis sprzed lat czterech (!!!), gdy to po raz pierwszy, w ramach walki z depresją i stresem, wyruszyliśmy z Ignasiem na naszą krótką, rodzinną wyprawę do słonecznej Italii (klik, klik wpis 1. oraz wpis 2.)...


Mnie takie wyprawy zawsze dobrze na duszy czynią, zaś Ignasiowi dostarczają takiego ogromu wrażeń, że śmiało można to przyrównać do najbardziej specjalistycznej terapii zmysłów, w jakiej można wziąć udział ;)


Nie inaczej było i tym razem. choć de facto..... było totalnie inaczej niż wówczas :)


Niesamowite, jak bardzo zmienił się nasz syn przez te cztery lata... Tylko Italia wciąż niezmiennie urzekająca, rozkochuje w sobie intensywnie i zmysłowo, jak wtedy...



Tak. Mama to zawsze skomplikuje przekaz...
Otóż- było nam tak: zabójczo ciepło, leniwie, relaksująco i słodko. A teraz podam Państwu kilka szczegółów ;)
Moi rodzice nie potrafią wypoczywać bez ruchu. Dziać coś się musi, więc jeśli nie rowery (bo się na bagażnik już nie chciały załadować same), to przynajmniej zwiedzanie okolicznych atrakcji. A we Włoszech- jak wiecie, atrakcje mnożą się się jak bakterie (które zresztą zaatakowały mojego brata i miał anginę). Więc zwiedzaliśmy.

Wenecję.
Nieco przereklamowana. Gorąco i nie ma gdzie usiąść, gdy się człowiek zmęczy, a niekoniecznie ma ochotę na kolejną kawę tudzież gałkę lodów...
Ale Plac świętego Marka i przejażdżka Vaporetto były cudowne :)




Padwa.
Urzekająca, choć nieco męcząca.
To tu jadłem najlepsze lody świata i czekałem w przypadkowej bramie, aż przejdzie gradowa burza nad miastem...
Na parmezan i włoską mortadelę tym razem się nie skusiłem, gdyż z gorąca nie miałem apetytu. Za to moi starsi bracia.... no comment ;)
Ach. No i zgadnijcie, o czym szeptała w myślach mama przy grobie św. Antoniego, gdy ja tymczasem rozbrajałem tajemnicze furty i zamki w drzwiach krużgankowych bazyliki...
Moi bracia stwierdzili, że Padwa jest ładniejsza, niż Wenecja, zaś przede wszystkim mniej oblężona turystycznie. I ja się z nimi zgadzam. Jeśli mi się kiedykolwiek uda, wrócę tam z prawdziwą frajdą i wzruszeniem...







Lido di Jesolo.
Zdecydowanie nie chciałbym tam spędzać wakacji, bo plaża taaaaaka szeroka, że morza nie widać. No i te tłumy ludzi i zatrzęsienie kramików-sklepików, jak w sezonie w Pobierowie, nie są dla mnie, ani dla kieszeni moich rodziców.
Wdzięczny im jednak jestem za ten jedyny wieczór, który spędziliśmy w samym sercu włoskich wakacyjnych rozrywek. Nawet barowa pizza smakuje tam jak delicja, zwłaszcza, gdy jest się głodnym po całym dniu zwiedzania ;)






Castelfranco Veneto.
Mała, urocza miejscowość. Tatuś chciał ją odwiedzić, żeby zobaczyć jakieś nowe miejsce.
Okazało się jednak, że był to jedynie przystanek na naszej mapie...
Szczerze się przyznam- nie doceniłem uroków tego miasteczka, ani jego średniowiecznych ruin... Ale lody mi smakowały :)


Bassano del Grappa.
Perełka.
Mama jest zakochana po uszy. Tata i bracia też.
Ja również.
Panorama jak marzenie.
Odrapane budynki, place, lampki, uliczki, zakamarki. No i ten most....
Każde odwiedziny w tym mieście są niezapomniane. Oczarowują od pierwszej minuty do ostatniego postawionego kroku.
A gdy wieczorną ciszę przeciął ostry, dźwięczny jak brzęk stali uderzającej o stal, głos kobzy... odpłynąłem do całkiem innego wymiaru. I byłbym nie wrócił- uwierzcie...
To zdecydowanie najpiękniejsze miejsce, które dane mi było zobaczyć w Italii w moim krótkim życiu.
Nie szukajcie na zdjęciach potwierdzenia moich słów- pojedźcie tam sami :)






No i tu musimy zaprzestać wędrówek po Italii, gdyż program edytujący orzekł, że żadne więcej zdjęcie nie zmieści się w tym poście.
A zatem- dobranoc, Moi Mili (jest grubo po północy, gdy to piszę).
Resztę skromną już wspomnień będę musiał przedstawić Wam kolejnym razem....
Ignaś.



Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.