14 lipca 2016

taki klimat.

Więc jest taki klimat:
z głośników pod ścianą w salonie brzęczy mi Amy i Bonobo, a za oknem targa wierzchołkami choinek wietrzysko nieposkromione i atakuje okna...
poczytałam już nieco, kocem się nakryłam i zjadłam tę sałatkę z bobem, której od kilku dni nie miałam nastroju przygotować, choć bób w lodówce cierpliwie nęcił i czekał milcząco...
odebrałam wyczekiwany telefon, na wyświetlaczu którego twarz Najważniejszego Faceta w moim życiu się pojawiła na chwilę, by usłyszeć, na co czekałam-że dojechaliśmy na miejsce i jesteśmy cali i zdrowi...
zapowiada nam się spokojny wieczór i poranek zatem, które kocham miłością bezwstydną i wyczekiwane są one zawsze przeze mnie z utęsknieniem.

Znaczy się mogę pisać ;)


I tu pojawia się dylemat. Bo tematów kilka, rozpoczętych wątków jeszcze więcej, a noc tylko jedna;)

Zrobię więc tak: popiszę, ile mi sił starczy i będę uwalniać miarowo, stopniowo, słowa w sieć, byście je łapać mogli, ale nie w nadmiarze. Bez przesytu. 

A co potem... czas pokaże.


***


gdy byłam małą dziewczynką, lubiłam jeździć do babci jak większość maluchów, na weekend. Babcia, wiadomo, rozpieści, uwagą obsypie obficie, ulepi pierożki bądź pączki z malinowym kleksem w środku usmaży i będzie się do mnie uśmiechać cierpliwie i ciepło. Po obiedzie usiądzie do 'tysiąca' przy kuchennym stole, a w letnie gorące przedpołudnie zabierze na kąpielisko przy jeziorze, ale tylko pod warunkiem, że porządnie zjem śniadanie i mlekiem popiję. A potem będzie zmęczoną unosić głowę znad gazety, szarpanej wiatrem, by kolejny raz na dziecięce zawołanie popatrzeć z uznaniem, jak wnuczka nurkuje pod lustrem wody lub fika koziołki przy brzegu.

Byłam zdrowa. Spędzałam u babci całe lato.

***


Nie często się zdarza Ignasiowi weekend u babci z braćmi. Bez rodziców.

Nie często się zdarza rodzicom weekend bez dzieci w domu, we dwoje.
Życie tak się jakoś układa, że wyjazd taki to rarytas, z którego grzech nie skorzystać, jeśli już nastąpić może. A gdy dziecko dodatkowo wyzwaniem jest większym (opieka nad nim), niż jego zdrowi rówieśnicy, to już w ogóle należy takie dni święte święcić i czcić wyjątkowo, doceniając każdą sekundę, minutę i chwilę. Co też czynić zamierzamy po raz drugi tego lipca, gdyż właśnie nadarza się ku temu okazja.

Ignacy wraz z braćmi wybył.

Czuł się przy tym wyjątkowo radosny i uszczęśliwiony. Nawet chyba doceniony mocno, bo to dowód na to, że ufamy w jego samodzielność.
Ponoć w trakcie naszej nieobecności zmienia się Gadzina nie do poznania. Nie dyskutuje, nie kłóci się, nie przekomarza ani na przekór nie robi, o co matka akurat prosiła, żeby zaprzestał... Wszystkim więc na dobre taka rozłąka robi, i same z tego korzyści płyną.
Jestem niezmiernie wdzięczna i podziwiam naszą Babcię Iwonkę za to, że po raz kolejny podjęła się wyzwania opieki nad trzema wnukami jednocześnie, na nocy kilka (poprzednio 4, teraz 3) i dni tyleż samo. Doceniam ten wysiłek bardzo i szanuję odwagę, którą po tych kilku trudnych pierwszych latach życia Ignasia, właśnie się wykazuje. Nie oszukujmy się przecież- odwagi potrzeba, by zająć się całodobowo niepełnosprawnym dzieckiem, nawet z najbliższej rodziny. I taką odwagę Babcia w sobie odnalazła i teraz posiada :)

Pamiętam sprzed kilku tygodni zdjęcie, zamieszczone na fb przez pewną znajomą mamę niepełnosprawnej głęboko dziewczynki: jedzie ona w wózku, pchanym przez swojego dziadka (nie ojca, nie brata ani wujka, ale dziadka właśnie). I podpis, że dziadek się nauczył i teraz opieka nad wnuczką idzie mu wybornie...


hmmm....

Ilu rodziców niepełnosprawnych dzieci, tych młodszych i tych już nieco starszych, doświadcza takiego komfortu: odpoczynku od codziennych trosk i obowiązków związanych z pielęgnacją tudzież wychowywaniem swojego niepełnosprawnego dziecka? Nie wiem. Podejrzewam, że należymy do nielicznego grona tych szczęśliwców, których bliscy odważyli się podjąć i jednocześnie przejąć na moment wyzwanie bycia codziennego z takim wymagającym Maluchem. A do tego udało nam się doświadczyć dwóch takich błogich, relaksujących weekendów pod rząd! To jest już prawdziwa rewelacja :)

Myślicie, że to wstyd, że się tak cieszę i przechwalam zarazem?

Czy nie bardziej smaczne byłoby udawanie, że na co dzień lekko i honorowo znoszę wszystkie obowiązki, których się w życiu podjęłam? Że wcale mnie one nie męczą ani nie wyczerpują baterii?... Byłoby tak z pewnością bardziej bohatersko, godnie podziwu, ale .... kompletnie nie-prawdziwie i nie-szczerze. 
Bardzo potrzebuję takich chwil, jak ta: opatulonych ciszą i muzyką, z pustym domem bez dziecięcych przekomarzań co chwilę, z kotem zalegającym leniwie na sąsiednim fotelu i dudnieniem wiatru na górnym balkonie (oby nie postrącał mi w furii swej doniczek z pietruszką i maciejką, a pomidorów nie połamał w wariackim podmuchu jakimś). Bezwzględnie. Potrzebuję ich tak, jak potrzebowaliśmy dziś wszyscy przebłysku słońca na zaciągniętym szarą masą chmur niebie. A z nieba tylko strumienie deszczu nam lały się zapalczywie na głowy. Wycieraczki nie nadążały zbierać tych spłakanych lipcowych strug wody. A ludzie przemykali pośpiesznie, smagani wiatrem i z powykręcanymi parasolami na drugą stronę, i tylko nieliczni śmiałkowie-szaleńcy-desperaci, w krótkich spodenkach i kusych rękawkach jechali rowerami po mokrych ulicach, wiedząc że i tak ich ten deszcz nieustanny przemoczy do nitki, więc po co się zasłaniać? Nie warto.
Więc ja tak potrzebuję wytchnienia i szukam podobnych sobie, którzy się do tego przyznać potrafią głośno. Jak ci przemoczeni przechodnie, co to wiedzą, że deszcz i tak ich zmoczy. Prędzej lub później. 

I tym poetyckim akcentem, który można na wiele sposobów rozumieć, zakańczam pisanie pierwsze :)


Spokojnego weekendu Wam życzę i sobie, nam obojgu. I Synom moim, naszym- by wypoczęli od zmęczonej matki, przymusu sprzątania w pokojach i ograniczeń gry na komputerze :)

Widzimy się, Chłopaki, w niedzielę! Buziaki :*


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz