25 sierpnia 2016

Decydować też trzeba się nauczyć ;)

- Po co pytasz mnie o zdanie, a później i tak postępujesz inaczej? - irytuje się niekiedy mój mąż, gdy targana wątpliwościami w jakiejś ważnej dla mnie sprawie, proszę go o opinię czy radę. 

Czasem dotyczy to Ignasia, choć większość decyzji podejmujemy wspólnie, dyskutując w razie różnicy zdań. Ale nie zawsze.

- To nie tak- oponuję...

Jakkolwiek ignorowany się czujesz, wiedz jedno: to nie twoje zdanie jest dla mnie nieistotne (w końcu o nie pytam, poszukuję go, potrzebuję). To moja decyzja musi być moja.

Potrzebuję przemyśleć ją na kilka sposobów, i nawet, jeśli ostatecznie zrobię tak, jak zamierzałam od początku, twoja opinia, punkt widzenia, czas, który mi dałeś, były dla mnie bardzo ważne i cenne. Potrzebowałam ich. 
Nie po to, by zrobić tak, jak zrobiłbyś ty. Ale właśnie  po to, by zrobić tak, jak uważałam za słuszne ja. Szukanie opinii innych w takim przypadku jest czasem na zbieranie informacji, czasem na wyklucie się decyzji, okrzepnięcie i nabranie siły, która później pozwoli zmierzyć mi się z konsekwencjami, gdy te nadejdą.

Podejmowanie decyzji to jeden z najtrudniejszych aspektów (uroków) bycia rodzicem dziecka z trudnościami zdrowotnymi czy rozwojowymi. Zazwyczaj musimy ich podejmować dziesiątki, na początku trochę po omacku i w wielkim pośpiechu, nierzadko w sytuacjach, gdy ważą się losy życia lub zdrowia naszego malucha. Osobiście nie jestem zadowolona ze wszystkich decyzji, które podejmowałam sama lub wspólnie z mężem na zupełnym początku niepełnosprawności Ignasia. Wiele z nich "robiłam" na czuja", bez wiedzy, bez czasu i możliwości na jej zdobycie, bez przemyślenia. Właśnie zdając się trochę bezwolnie i bezkrytycznie na opinię innych, podążając za ich emocją, lękiem... 
Jeszcze bardziej jednak żałuję tych kilku decyzji, których wtedy nie podjęłam, a mogłabym, gdybym miała w sobie więcej odwagi, nonkonformizmu czy czego tam...

However...
Było, minęło...

Decydować też trzeba się nauczyć :)

Dlatego, gdy pytam o zdanie, czy to bliskich, czy specjalistów pracujących z Ignacym, tak naprawdę gromadzę w sobie siłę i zasoby, by następnie postąpić tak, jak ja uważam za słuszne. Nikt inny.
Moja decyzja. Moje ryzyko. Niekiedy nawet ruletka.
To ja będę mierzyć się w przyszłości ze skutkami tych decyzji, nie moi doradcy. Więc mam bezwzględne prawo tak postępować. Nie myśląc o tym, czy ktoś poczuje się urażony, czy też wielkodusznie zrozumie moją kobiecą logikę ;)
Tylko w ten sposób pozbywam się pokusy przeniesienia odpowiedzialności za moją codzienność na kogoś innego. I mogę udźwignąć ją sama.


Nieprzypadkowo dziś piszę o decyzjach i poszukiwaniu rad i opinii. Fakt "odkrycia" kręgoszczeliny w ignasiowym kręgosłupie (choć ta z pewnością czaiła się tam od dawna) nie pozostaje bez wpływu na decyzje o rodzajach, intensywności i wymiarze dalszej rehabilitacji. Bo tej zaniedbać nie możemy. Jeszcze nie teraz. Choć życie bez niej jest tak słodkie i beztroskie ;) i złudne :P

Obdzwaniam więc fizjoterapeutów, bukuję terminy u ortopedy, pytam, myślę, drążę temat i męczę otoczenie. Zbieram informacje. I na razie jeszcze nie wiem, co zrobię, ale mam już pewną wizję niezobowiązującą... 

Okrutnie nie lubię tego procesu. Bo choć pozornie jest on niewidoczny i nie wyciska na czole siódmych potów, to jestem psychicznie zmęczona i spięta. Wiem, że nikt tego nie zrobi za mnie. Nie zdecyduje. Nie postawi tej cholernej "kropki nad i". Muszę to zrobić ja. (Dla sceptycznych zaznaczę tylko, że nawet jeśli to mój mąż podejmowałby decyzję, to ja i tak albo się z nią godzę, albo nie- więc w sumie też podejmuję decyzję. Nie ucieknę ;) 


O ileż przyjemniej chwytać te ulotne momenty nadmorskiego Ohmmmmm i pozować do rodzinnych fotografii....






6 komentarzy:

  1. Jak widzę dokładnie w tym samym czasie wrzucałyśmy wakacyjne zdjęcia na blogi :)
    Tak się składa, że dość w dosyć podobnym nastroju. Ja również piszę o wakacjach, myślami wybiegając trochę do przodu (u nas to diagnostyka neurologiczna).
    Życzę Ci dobrych decyzji i spokoju wewnętrznego.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jakby nie patrzeć, każda decyzja niesie za sobą jakieś ryzyko. Ale, jak to mówią, kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa. Dlatego życzę, aby każda decyzja niosła za sobą jak najwięcej pozytywnych następstw. Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :)
      Jakby nie patrzeć- to właśnie tak, Karolino.
      Dziękuję :)

      Usuń
  3. Dlatego właśnie dyskutuję z lekarzami ku ich irytacji. Oni uważają, że ich decyzje powinnam przyjmować bezkrytycznie. A ja się nie zgadzam. Bo wygląda to tak: decyzja ich ale konsekwencje moje. Odpowiedzialność, jak się okazuje, też moja. A prawo do dyskusji i wyboru już nie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Decydowanie o zdrowiu własnego dziecka jest trudne... Ja na szczęście spotykam ostatnio lekarzy, którzy to szanują i dostrzegają. Inaczej jest w sytuacji zagrożenia życia- tu czasem wolałam, by ktoś zdecydował za mnie, więc decydowałam, że zawierzam specjalistom. Jakby nie patrzeć- zawsze decyzja :) byleby choć po części moja ;)
      Pozdrawiam.

      Usuń