18 października 2016

Znam i ja.

Jest takie magiczne zdanie, którego zarazem nienawidzę i totalnie rozumiem.
Pada zwykle jako desygnat lęku przed tym, co może nastąpić, ale wolelibyśmy, żeby nigdy się nie wydarzyło. 
Nie nam. 
Nie teraz.
Najlepiej nigdy.

To zdanie pada pewnie w 75% rozmów dotyczących rychłego rozwiązania zaawansowanej ciąży. Wtedy, gdy już nie sposób ukryć przed przypadkowymi spojrzeniami krąglących się kształtów, a krok przyszłej mamy nabiera cech miękkości i rozczulającej nieporadności. Bo zwykle inaczej się nie da ;)

To zdanie pojawiło się również w kilku rozmowach, w których uczestniczyłam w tym roku. Nie z moich ust, choć zdarzało się, że rozmówca zawieszał je w pół słowa, a ja dokańczałam, bo jakoś tak niezręcznie jeszcze bardziej było mu nie wybrzmieć do końca, skoro i tak wiedzieliśmy wszyscy, co miało paść, niech więc padnie. I ono zwykle pozostawia/-ło w nas jakiś spopielony smutek i skrępowanie. Bo dotyka... no właśnie, czego?... ciemności?

Jeśli już, to tej ciemności w nas samych, jak sądzę. 
Ale po kolei.

Oczywiście, że też tuliłam i kołysałam w sobie takie pragnienie... żeby nie było, że się czepiam lub jestem jakaś "święta"...

"nie ważne, jaka płeć, byleby było zdrowe"

Znacie je, prawda? :)

Znam i ja.

Mieliłam je w myślach kiedyś, mielę czasami i teraz. I staram się nie wypowiadać pochopnie, bo jego ciężar właściwy jest już dla mnie inny, niż kiedyś.

Właściwie dlaczego tak bardzo chcemy zaklinać rzeczywistość? O co w tym zdaniu NAPRAWDĘ chodzi?

"Byleby było zdrowe"
Wpierw czuję wkurzenie, bo mój umysł błąka się podejrzliwie po skojarzeniach: "gorsze", "niechciane", "wstydliwe". 
Nikt nie chce, by jego dziecko zachorowało. Ok. Rozumiem to tak bardzo, jak tylko potrafię. Ale...

To może wprost wyrzućmy to z siebie, czego tak naprawdę nie chcemy? Żeby to nasze chore dziecko (jeśli się takie do nas wybiera na przykład), nie czuło się niechciane...

Wysiłku?
Tak. Wysiłek to coś, czego przy niepełnosprawnym dziecku nie da się uniknąć. Ile go trzeba włożyć w każdy dzień, w każdą myśl, w każdą czynność.  Taki zwyczajny, fizyczny- żeby przenieść skądś dokądś dziecko z problemami w poruszaniu się, albo tachaniu na ramieniu koniecznych dla niego sprzętów (vide: respirator, wózek, pionizator itp).
Pamiętam, jak któregoś dnia, gdy już, już miałam wychodzić z Ignasiem na rehabilitację, mój kręgosłup powiedział mi, że ma dosyć. Zgiął się w pół i nawet mowy nie było o tym, żebym sama przeniosła kołyskę z 10-miesięcznym dzieckiem po schodach do auta i potem z auta po schodach i tak kilka razy w tę i z powrotem. Sama nie mogłam się znieść po schodach, a gdzie do tego jeszcze kołyska z dzieckiem!
Także wysiłek fizyczny...

A psychiczny? 
A te noce przepłakane, nieprzespane? Ten lęk o to, czy przeżyje noc, dzień, tydzień..., albo czy zje tyle, ile powinno. A ta wielka niewiadoma na początku, którą trzeba ogarnąć, bo inaczej nie pomożemy maluchowi. Więc szukamy informacji, wiedzy, kontaktów, pytamy, czytamy, przeżywamy.... to jest ogromny wysiłek, którego potrzebuje nasze dziecko z naszej strony... Głupio tak to nazywać, ale taka jest prawda...

A wysiłek emocjonalny...
Jak pokochać takie dziecko, na które nie możemy patrzeć? Jak je przyjąć? Otulić troską i życzliwością? Przecież ono własnie nam wywaliło cały świat do góry nogami! Pojawia się w nas (obok lęku), złość, gniew, niechęć, ale też wstyd i strach, że nie daj Boże, to wszystko wyjdzie na jaw, okaże się, że jestem złym rodzicem, wyrodną matką, ojcem....
Nie jest łatwo, niestety. Ni miło... Robi się za to cholernie ciemno... i to nie na zewnątrz. Lecz w środku...
W nas.
Więc ogarnia nas na dokładkę poczucie winy...

Tak.
Wcale nie sądzę, żebym wyczerpała cały temat, a jedynie dotknęłam czubeczka lodowej góry... wierzchołka...
Myślę, że tego się boimy, prosząc "los", żeby tylko urodziło się zdrowe. 
Boimy się siebie i tego, czy podołamy. I czy stać nas na taki właśnie wysiłek. Fizyczny. Psychiczny. I emocjonalny.
W gruncie rzeczy tylko na DUŻO większą skalę.
Bo przecież zdrowe dzieci też od nas tego potrzebują.... 


Ten tekst powstał kilka tygodni przed czarnymi protestami, które następnie "zalały" Polskę... Nie wiem, czy jakoś z nimi współgra, czy koresponduje, czy nie, ale abstrahując od dylematów, czy rodzić "nieidealne" dzieci, czy nie, chciałam go poruszyć.
Myślę, że niepełnosprawność ma zdecydowanie zły PR, a chyba niekoniecznie powinno tak być. O czym przekonują się ci, którzy już w tym świecie się nieco zadomowili i/lub go nauczyli i/lub pogodzili (???). 
Zamiast się jej bać, zacznijmy może ją oswajać, poznawać, jej pomagać- jeśli tego potrzebuje. A nie- w obawie, że taka straszna- odrzucać, przemilczać, demonizować, i udawać, że jej wokół nas nie ma...

Mam to szczęście, że nie zmieniłabym (gdybym nawet mogła) niczego w moim życiu. A siła miłości, o jaką się nie podejrzewałam 5-10 lat temu, udowodniła mi, że tak samo kocha się sprawne jak i niepełnosprawne... Byleby tylko się na nią w nas otworzyć.
(nie mylić proszę z religijnym nawoływaniem. tylko ludzkim).

PS. 
A potraficie sobie wyobrazić, jak czuje się kobieta, która- usłyszawszy przynajmniej kilkakrotnie takie zdanie, będąc w ciąży- rodzi maluszka z obciążeniem... ???
Przekichane. Prawda?

Może kiedyś dożyję takiej chwili, gdy zamiast odczuwać panikę i przerażenie po wysłuchaniu diagnozy, rodzic otrzyma realną pomoc psychologiczną i specjalistyczną od osób, które mu tę diagnozę przekazują....
Wtedy nie będzie czuł się opuszczony i napiętnowany. Nie będzie spuszczał wzroku, idąc ulicą, ani też nie będzie drżał mu głos, tłumacząc, że jego dziecko jest... niepełnosprawne.

A może wcale nie.....


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz