28 listopada 2016

Kumulacja jak w Lotto

Chyba nie przesadzę, jeśli napiszę, że przynajmniej raz w tygodniu ją przeżywamy.
Nagromadzenie atrakcji i emocji to nasza rodzinna specjalność, choć założę się, że połowa z Was mogłaby śmiało podpisać się pod tym stwierdzeniem (o ile nie rościć sobie prawo do wyłączności tudzież pierwszeństwa w tej kwestii kumulacji jak w Lotto).

Ha :)

Skoro przebrnęliście przez ten krótki akapit ze wstępem, macie już jako takie pojęcie, jak u nas zasuwa ten czas, poprzetykany różnościami no i oczywiście macie moje uznanie w oczach, że zwyczajnie daliście radę (przeczytać, zrozumieć itd). Sama mam czasem z sobą kłopot, więc wiecie :)

We czwartek był alarm. Wpadłam w dawno nie przeżywaną i kompletnie nie przeczuwaną mini-panikę, gdy odkryłam pewien niesmaczny i niestrawny, żółty fakt w sedesie. No bo wiecie- żółć, wątroba, niewydolność, ostatni rotawirus, który nas nieźle przetrzepał, uruchomiły we mnie paniczny lęk, że możemy znowu się zapaść z Ignasiem na szpitalnych łóżkach (lub pod nimi- bo nie wiem, czy dużo się zmieniło przez ostatnie 5 lat w tych sprawach). Rozdygotana, wykonałam telefon do przychodni, gdzie- słysząc mój dygot w słuchawce- pani rejestratorka, chyba spod ziemi, wytrzasnęła mi termin u pediatry za dosłownie kilka godzin. Po czym usiadłam, owładnięta stuporem jakimś centralnym, na kanapie w salonie i poczułam, że ważę tonę, może dwie i że strasznie chce mi się płakać. Jak dziecku.
Więc wzięłam się w garść, lecz wcześniej jeszcze -zadzwoniłam do męża. A on, "będąc" w odruchu obronnym, nakazał mi spokój i opanowanie, dziesięć oddechów głębokich i luuuuuz. Bo przecież... to jeszcze nic nie znaczy. No i kategorycznie zakazał mi otwierać internety, jako że tam z pewnością ukojenia nie znajdę. Miał rację.
Posłuchałam. I jego, i siebie.
Ale zmobilizować się już do niczego konkretnego nie mogłam, aż do owej godziny "zero", w której to wstałam, pojechałam do przychodni, zawróciłam spod drzwi, pojechałam do przedszkola, odebrałam Ignasia chyba ze dwie godziny przed czasem i znów pojechałam (tym razem z nim, nie zapominając na szczęście o własnym dziecku) do pediatry.
Dostaliśmy skierowanie na badania laboratoryjne. 
Na piątek.

W piątek badania wykonaliśmy. Ignacy był dzielny. Ale powiedzmy to jasno- Ignacy jest zawsze dzielny, nawet, gdy szlocha i płacze, że ała i że nie chce...

Później w piątek mama i tata zabrali się w podróż, a Ignacy został z braćmi i Babcią, i z nadal wielką niewiadomą, lecz jednak mój niepokój już na tyle ucichł, że przemówił mi do rozsądku fakt, iż Ignacy tym razem jest w znakomitej formie psychofizycznej. Ma apetyt, pije, bawi się, gada jak nakręcony i właściwie nie widać po nim żadnych, żadnych podkreślam, objawów zapaści wątrobowej, którą jeszcze poprzedniego dnia widziałam oczami wyobraźni, zerkając do toalety...

Skąd we mnie taka panika narosła, to nie wiem? Może ja tak muszę czasami podkręcić sobie nastrój na full, na molowo?... No, nie wiem.
Grunt, że w badaniu palpacyjnym ani wątroba nie powiększona była (co jednakowoż o niczym nie świadczy w erze tomografii czy innych technik obrazowania), a w poniedziałek w odebranych wynikach o zapaści nie świadczyło nic. Absolutnie.
Jedynie w gazometrii kilka parametrów jest nieco pod lub nad normą, ale o tym będę rozmawiać we środę, gdy wyniki dostarczę pediatrze.



W międzyczasie wpadłam na pomysł, który jutro mam nadzieję zrealizować (czy też skonsumować- jak wolicie), ku ogromnej radości Ignasia. Otóż- postanowiłam, że spróbuję zapisać Ignacego na zajęcia muzyczne. Dla dzieci. W autorskiej szkole muzyki we Wrocławiu, która akurat tego typu zajęcia prowadzi dla różnych grup wiekowych.
Z pewną nieśmiałością wykonałam więc telefon pod wskazany numer, gdzie uprzejma Pani - po dokładnym wysłuchaniu mojego pomysłu, obaw i prośby zarazem (tak, tak- potrafię takie warkocze wyplatać w trakcie jednej krótkiej rozmowy telefonicznej ;)- powiedziała, że skonsultuje "to" z koleżanką i da odpowiedź nazajutrz. I dała- pozytywną. 
Nie powiem- poczułam wielką ulgę. I wdzięczność. Bo przecież mogłam się spodziewać każdej odpowiedzi, także takiej, że niestety nie, nie podejmą się itd, itp.
Nic jednak takiego nie nastąpiło i mamy zaplanowaną pierwszą "lekcję" muzyki w grupie czterolatków (o co poprosiłam, gdyż w tej grupie rodzice uczestniczą z dziećmi w zajęciach, a wydaje mi się to zasadne na początku, by przynajmniej trochę oswoić i Ignasia z nowymi osobami i te osoby z Ignacym, nie wspominając o roli tłumacza, w której zapewne będę występować). I szczerze Wam napiszę, że już się doczekać nie mogę i jestem naprawdę przejęta tą sprawą. Bo, nie dość, że Ignacy uwielbia muzykę, śpiewanie, instrumenty, koncerty i przedstawienia, to jeszcze mam nadzieję na przyjemną, wspólną z nim zabawę w grupie innych dzieciaczków i ich rodziców. Bardzo jestem ciekawa, co z tego dla nas wyniknie. Okropnie. I czy rozwinie się jakoś na przyszłość, na dłużej???


A jakby tego było mało, też jutro, Ignacy udaje się na przedstawienie do pobliskiego ośrodka kultury z przedszkolem i też już cały płonie z radości i ekscytacji (choć, tak po prawdzie, już teraz śpi i oddycha miarowo, bo 23:00 niedługo pyknie na zegarze). Ale nie ma przecież nic wspanialszego dla niego, nad wizytę w warsztacie samochodowym (którą zaliczył w poniedziałkowy poranek), wyjazd na dworzec PKP (to także- odprowadzając Babcię kochaną na pociąg), tudzież właśnie wyjście na prawdziwe przedstawienie teatralne z całą rzeszą kolegów i koleżanek z przedszkola! 
Czy można chcieć więcej od życia?
A raczej- należy zapytać: po co chcieć więcej od życia, no po co?
Czy brakuje nam zajęć i wrażeń?
Nie bardzo.
Czy nie tak wygląda zwariowane szczęście, jeśli się na tą zadymę odpowiednio popatrzy, mrużąc oko lub łypiąc z dystansem?...

Nie dziwota więc, że czasem na zwykłe kiwnięcie palcem już energii nam nie starcza, czy szlaczki... Albo, że zaspani doczłapujemy się wspólnie do przedszkolnych drzwi przed 10-tą, nawet wtedy, gdy dzieci już ćwiczą sumiennie i rześko kolejne literki z alfabetu bądź wierszyk...
Pociesza nas jeno fakt, że tuż po nas, równie na-wpół-przytomne wchodzą kolejne mamy kolegów, trzymając za małą łapkę swoje młodsze pociechy, które (chcą czy nie chcą) czasami odprowadzić muszą starszego brata czy siostrę.


Dobranoc :)

A! Zapomniałam napisać! Przecież MUZYKA ROZWIJA MÓÓÓÓÓÓZG!

:*



2 komentarze:

  1. Miło znów czytać na blogu ;)
    Czekam na relację z zajęć muzycznych. Powodzenia i...dobrej zabawy przede wszystkim.
    Panika w opisanej sytuacji jest zrozumiała; oparta na złych doświadczeniach z przeszłości.
    Ja nieraz panikuję niewspółmiernie do sytuacji, mój mąż również. Wymieniamy się w tym idealnie i, na szczęście, zwykle przynajmniej jedno z nas zachowuje spokój. Najczęściej jest to osoba nie będąca akurat na miejscu, że tak powiem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Miło mi, Marto, czytać takie komentarze :) nie dość, że podnoszą na duchu, dając mi poczucie, że wszystko ze mną ok, to jeszcze dodają motywacji do pisania ;)
    Pozdrawiam Waszą rodzinę i jak najmniej powodów do paniki życzę i Wam i nam :*

    OdpowiedzUsuń