Te sześć lat.

To nie był wcale łatwy tydzień. Przez nasz dom przetoczyła się najpierw huraganowa infekcja, zwalająca z nóg każdego po kolei (Ignacy ucierpiał najmniej- zaznaczam), a w jej obliczu nasze misterne urodzinowe plany runęły z hukiem, choć nie całkiem. Ale długo trzymała nas w szachu....

Zabawę dla Ignasiowych kolegów i koleżanek zmuszeni byliśmy przełożyć na przyszłą środę. W sobotę jednakowoż zawitali do nas goście (niby, że dla odmiany po ostatnim weekendzie, tym razem urodzinowi) i przy naszym stole znów zasiadła serdeczna gromada babć i cioć, rozkoszująca się tortem i innymi pysznościami, zgotowanymi na tę okoliczność.

Od wczoraj nasz salon zmienił się w oddział ratunkowy, do którego co rusz zajeżdża wymarzona od miesiąca karetka na sygnale, poganiana chwilami przez straż pożarną, a leżące miesiącami w wielkim, wiklinowym koszu, playmobilowe ludziki, w końcu zasłużyły na godne role cierpiących pacjentów, wymagających natychmiastowego transportu medycznego. Koniecznie na sygnale i noszach.
Ignacy, jako zawodowy ratownik medyczny, wciąż kogoś dowozi, zawozi, przywozi bądź odwozi, bawiąc się przy tym nie tyle przednie, co z zachowaniem najwyższej powagi sytuacji. Drzwi w szpitalu ("ilalu") się wręcz nie zamykają, a ja przycupnięta w rogu wiekowego narożnika, dziergając nie-wiadomo-komu-potrzebną-kolejną-czapkę, obserwuję z zachwytem i upragnionym wewnętrznym spokojem, jak zabawa naszego dziecka w końcu nabrała kształtów i wartkości typowej dla przeciętnej zabawy pomysłowego czterolatka... Jakby tego nie było dość, tuż przed spaniem Ignacy wyartykuował dziś niebanalne życzenie posłuchania bajki o Franklinie (!)- kto go zna, wie, że jak książeczki to takie dla maluszków i koniecznie o tematyce motoryzacyjnej- który idzie do szpitala.... I wysłuchał jej od deski do deski. I zasnął.

Obejrzał też w tym nieszczęsnym tygodniu, zmożony osłabieniem, prawdziwy pełnometrażowy film o dwóch księżniczkach (elzie i annie), co warto upamiętnić, bo tak długo udało mu się skoncentrować po raz pierwszy w swoim sześcioletnim życiu!

Zaśpiewał wraz ze mną, zupełnie melodyjnie i w miarę czysto, kilka wersów radosnego dziecięcego przeboju sprzed lat, niechybnie kojarzącego mu się z pewną znajomą dziewczynką, wypowiadając całkiem wyraźnie poszczególne słowa tekstu, dźwięczącego w głowach wszystkim, będącym lekko przed lub lekko po 40-tce: "Zu-zia, lal-ka nie-du-zia..., a na do-da-tek ca-a ze a-tek".

A w środę, dziewiątego, dokładnie, w szóstą rocznicę swego wyjścia na świat, obudził nas o 5:00 nad ranem, po to by o 9:00 z minutami obserwować pierwszy w tym roku, onieśmielony listopadowym słońcem (sic!- o czym jeszcze wspomnę na końcu), śnieżek, skrzący się w powietrzu za szybą... Śnieżek (gdyż śnieg, to za dużo powiedziane), który to pognał nas w południe do najbliższego sklepu z akcesoriami budowlano-ogrodniczymi w celu zakupu "domku". Umieściliśmy ów domek na honorowym pieńku w naszym ogródku tak, by akurat z okien na piętrze widać było bez trudu, jak zlatywać się będą doń ptaszki na okruszkowy poczęstunek tej zimy. I w ten oto sposób Ignacy otrzymał pierwszy z wielu prezentów urodzinowych w tym roku.
Co sądzicie o takim podarku dla niego?
Bo ja- że radość ogromną mu sprawił i frajdę. Najlepszą niechybnie, gdy wybiera się z garstką bułki do ogrodu i wytrzepuje okruchy na drewnianą podłogę karmnika. A potem czeka na ptaki, wydzierając się na całe gardło "Ptaaaa-iiii, pta-iiiiii" i łudząc, że je znęci tym wrzaskiem na obiad.


A w ubiegłą sobotę!
O rany....
To, co się w ubiegłą sobotę wydarzyło,  to ja już opisałam na gorąco na fejsbukowym profilu, ogarnięta radością i wzruszeniem, ponieważ Ignacy został włączony do rozegranej gromady zapalonych muzyków (dęciakami zwanych- mam nadzieję, że nikogo tu nie obrażam!), przyjmując na siebie ważną rolę akompaniowania orkiestrze na dźwięcznym i subtelnym trójkąciku! I sprawiło mu to tyle radości, dodało tyle ważności, takim dumnym i przejętym go pozostawiając, że jak nic na każdą kolejną sobotnią próbę orkiestry Ignaś lecieć będzie jak na skrzydłach wraz ze swoim starszym bratem i tatą. A ja będę mogła w spokoju ugotować obiad ;)

Te sześć lat minęło, nie przymierzając, jak jakiś sen niebanalny i wartki. Przeciągnęło mnie przez prawie wszystkie odcienie szarości i złota. Zanurzyło w rozpaczy i wyrwało z jej objęć zamaszystym gestem. I każe się cieszyć. Jakkolwiek i głośno.
Choć czasem...
Czasem mi się nie chce. Z lenistwa. Więc milknę, przekornie.
Błąkam się wzrokiem po ścianach, chmurach zwisających sążniście za oknami, rozładowuję kolejną zmywarkę, ładując mimochodem kolejną pralkę i myślę, że ja już właściwie nic nie muszę i nie pragnę. Bo wszystko mam.
Mam pełnię, której jedni poszukują całe życie i się z tą pełnią zgadzam od środka. I do środka jej też się zgadzam, bo właściwie ani nie mam innego wyboru, ani nie mam potrzeby się z nią kłócić czy jej sprzeciwiać.
Byłam już bardzo zmęczona przez te sześć ostatnich lat i bardzo szczęśliwa. Bardzo smutna, przerażona, otępiała z obojętności i nieopisanie wdzięczna. Nienawidziłam już okrutnie i namiętnie, tak samo kochając i podziwiając. Więc właściwie niczego już nie poszukuję. Wierzę bowiem, że wszystko, co konieczne, i tak mnie znajdzie o czasie.

I tylko zżymam się troszkę, złorzecząc cichutko pod nosem, że słońce mnie wystrychnęło na dudka w tych dniach ostatnich. Każąc na siebie czekać tygodniami wcześniej, wywaliło się nad dachy lubieżnie i wrednie akurat wtedy, gdy zatrzaśnięta w domu choróbskiem zostałam i sobie je ledwo przez okno podziwiać bym mogła.

Ale jeszcze mu pokażemy, temu słońcu, Ignasiu, nieprawdaż?!
Od jutra, jak tylko wychyli swój łeb złocisty i chłodny zza drzewa od południowych okien lub wschodnich, to my mu na spacer wyjdziemy naprzeciw, pozapinani pod brody i w szaliki okutani szczelnie i radośnie. I nas żadne choróbsko już może w domu nie przygwoździ złośliwie i nudno. Co?
I będę się cieszyć od nowa i z gracją tymi krokami, które stawiasz od piętki, równiutko (o ile pamiętasz i chce ci się starać) przy moich. I poluzuję z ufnością twój uścisk, wiedząc, że już się nie potkniesz o każdą nierówność czy kamyk boleśnie. I podśpiewywać będziemy pod nosem kolejny szlagier sprzed lat dziestu dla dzieci, co z tego, że fałszywie lub nierówno, kalecząc słowa czy refren czternaście razy pod rząd powtarzając. Nieprawda?

Tego właśnie sobie i Tobie życzę, Kochany, na ten kolejny- siódmy rok, razem. Syneczku.

A co będzie i jaki?
Ujrzymy.
Jeśli nam się uda, że wspólnie :)





Komentarze

  1. Ależ się u Was dzieje. Chociaż czytając o zamienieniu pokoju w szpital pomyślałam sobie, że choroba pokonała zucha. Ale nie - "on ma moc, on ma moc!"(nawiązując do pierwszego filmu pełnometrażowego obejrzanego przez zucha :)). Pomysł z budką dla ptaków - moim zdaniem strzał w dziesiątkę. Zwłaszcza, że Iggi się cieszy.
    Zaś z okazji urodzin życzę jednemu z moich ulubieńców uśmiechu na każdy dzień, pokonywania życiowych trudności oraz aby dawał Wam, rodzince, samych radosnych chwil.

    OdpowiedzUsuń
  2. Chleb nie jest dla ptaków zdrowy - lepiej kupić mieszankę ziaren dla ptaków, z jak największą ilością słonecznika. I przyjemne dla dłoni jak się karmi i skusi też sikorki...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Pani Małgosiu za wskazówkę. Tak zrobimy- będziemy wsypywać mieszanki.
      Dobrze, że są tu czujni Czytelnicy. Ostatnią rzeczą jaką chciałabym robić, to komuś szkodzić...

      Pozdrawiam!

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.