"eSz-band", czyli osaczeni muzyką

- "Mamoooo, Misiu <komin>?"- dopytywał dziś wychodząc z domu, Ignacy.
- "Mamoooo, Misiu koniki?" - drążył zawzięcie temat, szurając bucikami o lekko oprószony śniegiem asfalt.

W nomenklaturze Ignacego słowo "Misiu" oznacza zarówno kolegę Mikołaja, Michała, jak i świętego Mikołaja. Zależnie od okoliczności.

- "Tak, Kochanie, Mikołaj wskoczył kominem"- perfidnie go okłamałam, wiedząc, że to nie fair, a jednocześnie nie chcąc odzierać go z bajkowych wyobrażeń. W sumie to spokojnie mogę mu już wszystko wytłumaczyć i jestem pewna, że przyjąłby tę prawdę z godnością, ale świat jest tak niejednoznaczny i niespójny, że obawiam się, iż prawda zrobiłaby mu tylko niepotrzebny mętlik w głowie (przecież w przedszkolu też "przyjdzie do dzieci Mikołaj", w bajkach dla dzieci też się często pojawia). Może jednak jeszcze nie teraz?... 
-"A skąd wiesz, że Mikołaj przychodzi przez komin?"- pytam, licząc, że usłyszę odpowiedź nawiązującą do czytanej ostatnio historyjki, naiwna.
- "Peppa!"- słyszę w odpowiedzi radosne i oczywiste ;)

No, tak. Peppa ;)


W tym roku grudzień płynie nam śpiewająco. A właściwie trochę śpiewająco, trochę tanecznie, a trochę muzykująco i każdy dzień ma gdzieś w tle jedną z tych czynności. Jeśli nawet akurat nigdzie się nie wybieramy (na żadne przedstawienie, zajęcia tudzież koncert), a w przedszkolu nie ma żadnej zabawy, próby bądź zajęć tanecznych lub rytmiki, to otrzymuję polecenie od syna, siedzącego przy zabawkowym keyboardzie, typu "Mamooooo, tańc"....

Czas kolędowania jest jednym z naszych ulubionych, a przecież właściwie już się zaczął i Ignacy jest z tego powodu przeszczęśliwy. Pamiętam, jak na zeszłoroczne przedszkolne Jasełka uczyłam dzieci migania kolędy "Lulajże Jezuniu", tak, by Ignaś też mógł po swojemu wspólnie z nimi "śpiewać"... Dziś Ignacy stara się ją śpiewać samodzielnie, wypowiadając mniej lub bardziej wyraźnie poszczególne słowa...

Na dokładkę, do szczęścia doprowadził Ignacego fakt, że zarówno Tata, jak i Starszy Brat w tym roku zaangażowali się w muzykowanie w jednej z dętych orkiestr w okolicy i od kilku dni ćwiczą wspólnie repertuar ze świątecznymi szlagierami :). Wspominałam już kiedyś o tym (o, tu- klik, klik), że Ignaś został bardzo ciepło przyjęty przez dyrygenta tej orkiestry, obsadzony w roli pełnoprawnego jej uczestnika, a nawet w ubiegłą sobotę wypożyczono mu prawdziwy bęben :) Od tego momentu mamy w domu radosny "eSz-band". Jak mama zacznie do tego śpiewać, a Najstarszy przebije się ze swoim pianinem, to słychać nas zapewne już nawet nie na całej ulicy, a dzielni ;)

Tak, tak- w tle suszy się pranie ;) dobrze widzicie :D
jakość zdjęcia- jaka jest, każdy widzi ;) liczy się jednak treść, nie ostrość ;)


Po ubiegłotygodniowych zajęciach muzycznych we wrocławskiej szkole Alegretto wyszliśmy oboje zachwyceni! Ignacy czuł się w grupie, jak ryba w wodzie, intuicyjnie rozpoznał panujące na zajęciach zasady (Instruktorka w ich trakcie wszystko komunikowała dzieciom śpiewem, zachęcając ich do posługiwania się tym samym), z entuzjazmem włączył się w proponowane aktywności i stosował do poleceń. Nawet dość trudne- w moim przekonaniu- ćwiczenie z użyciem cymbałków i pałeczek wykonał dość precyzyjnie i wiernie, i bardzo jestem ciekawa, czy dzisiaj będzie tak samo zaangażowany i zdyscyplinowany, jak wtedy.  Ku naszej radości bowiem otrzymałam informację, że możemy dołączyć do grupy czterolatków i ich rodziców na najbliższy "cykl", trwający (chyba) trzy miesiące. Zajęcia są odpłatne, bo i szkoła jest prywatna, ale nie mam najmniejszych wątpliwości, że to dobra decyzja dla nas obojga.
Myślę, że niebagatelne w tym całym "muzycznym" przedsięwzięciu jest jednak moje egoistyczne pragnienie. Proste i zarazem zrozumiałe, a jednak, gdy się na nim "złapałam", trochę się zawstydziłam... To pierwsze zajęcia dodatkowe, na które Ignacy uczęszcza w swoim życiu, które nie mają wymiaru stricte terapeutycznego... (bo edukacyjne i rozwojowe to jak najbardziej)... I ten właśnie aspekt miał dla mnie ogromne znaczenie. Ku mojemu zdumieniu. Że jest we mnie tak głęboko skrywana tęsknota, by być mamą zwyczajnego przedszkolaka, z którym mogę uczestniczyć w zwyczajnych zajęciach, rekreacyjnie, relaksacyjnie, po prostu. Domyślacie się więc zapewne, jakie napięcie mi towarzyszyło przez dwa dni, kiedy po zajęciach próbnych oczekiwałam zgody od Pani Instruktor na przyjęcie Ignasia do grupy?... :)

I tak oto powyższe opowieści, jak również dywagacje i wewnętrzne rozterki uzasadniają, w moim odczuciu, potrzebę włączania dzieci takich, jak Ignaś, w zwyczajną codzienność, bez trudu dostępną dla wszystkich nas- pełnosprawnych i zdrowych. Marzy mi się, by ten niewdzięczny, piętnujący przedrostek "nie-" przestał stanowić przeszkodę dla realizacji zwyczajnych marzeń i pragnień. Nas wszystkich.

Chyba napiszę list do świętego Mikołaja ;)....

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.