Ignacy na wózku

Gdy dwa tygodnie temu, podczas spacerów rehabilitacyjnych- jak nazywamy nasze poniedziałkowe wizyty w Reh4U, Ignacy wsiadł na dziecięcy wózek inwalidzki- nie powiem- krew mi na chwilę przymroziło. To, co w sobie zarejestrowałam przez ułamek sekundy, to był strach, związany z fantazją, że Ignacy mógłby poruszać się właśnie tak... Ułamek sekundy później- dosłownie jak błysk- tę myśl zastąpiła kolejna, o tym, że jeśli tak by się stało, to właściwie nic by się nie stało... Bo przecież...

Fenomenalna jest dziecięca ciekawość świata, pasja motoryzacyjna i brak poczucia ograniczeń (zwłaszcza myślowych, tych, które obkurczają nasz świat do rozmiarów pestki z dawno przegryzionej czereśni). A zarazem niewytłumaczalna ufność w siebie i swoje możliwości, świeżość spojrzenia i chęć do zabawy! Otwierałam usta ze zdumienia i wówczas- te dwa tygodnie temu, i w poniedziałek, gdy kręciłam ten film dla Was jako dowód moich słów... Ignacy TOTALNIE INTUICYJNIE wsiadł z entuzjazmem na maleńkie siedzisko, położył swoje drobne dłonie na obręczach kół i ruszył przed siebie! (na szczęście w Reh jest sporo miejsca, więc nie groziło mu obijanie ścian)...

Zgrabnie i z gracją zakręcił, wycofał wózek gdy było trzeba, obrócił się wokół własnej osi i zwolnił, gdy robiło się niebezpiecznie. Zgrabnie zsiadł z wózka, zablokował hamulcami kółka i poszedł, gdzie go akurat ciekawość prowadziła na własnych nogach...

A ja zostałam z mieszanką podziwu, radości i szacunku w sobie, przyprawioną refleksją, że lęki i uprzedzenia są ewidentnie chyba w nas- dorosłych, stokroć bardziej rozwinięte niż w dzieciach. W dzieciach raczej dominuje otwartość i ciekawość i to one determinują to, co dzieci przyciąga czy fascynuje. A na samym czubeczku tego "tortu", jak ta wisienka przysłowiowa, pojawiła się duma z mojego dziecka! Że tak przepięknie sobie poradził ze sprzętem zupełnie dlań nowym (no nie przypominam sobie, żeby kiedyś poruszał się na takim wózku, choćby pożyczonym od kolegi, chyba że "mnię" demencja pożera od środka "niezauważalnię", o czym nie wiem, ale może ktoś z Was zechce mnie uświadomić niechybnie w komentarzu pod wpisem. Czym będę skonfundowana, nie powiem, ale nie za mocno chyba ;)).

Tak czy inaczej praktykujemy te rajdy na wózku po zakończonych spacerach w Dunagu 2, jako dowód mojego uznania dla Ignacego i swoista nagroda za chętne przemierzanie tras w kombinezonie rehabilitacyjnym przez co najmniej 30 minut.
W ten oto sposób Ignacy zakłada Dunag'a chętnie, cierpliwie oczekując na koniec upinania, po czym w miarę cierpliwie w nim paraduje pod przychodni, zaglądając w dosłownie każdy jej zakamarek i kącik- na co ma przyzwolenie ekipy Reh4U (zastanawiam się jedynie, na jak długo ;)). Dzięki temu kombinezon towarzyszy mu już nie 1 raz, a 3 razy w tygodniu, a dążymy do tego, by nawet pojawiał się po raz 4- w przedszkolu, i sądzę, że jest to jedynie kwestia czasu, by tak się stało.
No i - co mnie wbiło dosłownie w fotel- zdarza się od niedawna, że Ignaś deklaruje rozkosznie "Do Moniki, mamo, kombinezon proszę" !!!




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Krótka historia długiej drogi

Nie ruszyłam.

CAŁE życie.