Zapętleni- czyli o wychowaniu niepełnosprawnego dziecka.


 Obstawiam się jak strażą przyboczną- książkami, poradnikami, czasopismami.
Czytam jedne, wertuję drugie, o innych rozmyślam, a jeszcze kolejne planuję zdobyć. Rozważam też poważnie skorzystanie z konsultacji, pomocy, specjalisty... (tylko jak go znaleźć, jak się ma cztery dychy na karku, a wstyd hamuje skutecznie).

Jaki jest poziom zagubienia dzisiejszego rodzica? Ano taki właśnie.

Drepczę  nieco roztrzęsiona emocjami obok mojego pląsającego syna, który tym razem chyba poczuł powagę sytuacji i jakoś mnie nie zagaduje nawet, walcząc z grawitacją i własnym ciałem. Idziemy. Obok i osobno.
Niby kryzys rozwiązany, ale wcale nie czuję satysfakcji, tylko niezadowolenie. Sama z siebie. To nie tak miało się skończyć, nie tak wyglądać i przebiegać. Poległam. Co mi się zdarza raz na jakiś czas. Jak każdemu rodzicowi…(???).

Mój nastrój jest bardzo mocno wyczuwalny. Nie potrafię niczego ukrywać, również tego. Pojawia się więc komentarz, który ma pomóc…

"No widzisz, Ignacy- mama ci uszyła fartuszek, a ty byłeś …... (taki, czy inny-  chodzi o to, że nie zadowoliłeś dorosłych w najogólniejszym ujęciu, nie uległeś, nie poddałeś się oczekiwaniom)."

"Nieeee! To nie o to chodziło!!! On nie był „taki czy inny…. / tu możecie wstawić właściwe określenie/. To ja nie udźwignęłam sytuacji, nie złapałam  w porę sedna sprawy,  w chwili, kiedy to pomogłoby nam wydobyć się z opresji i wzajemnej złości. Nie poradziłam sobie. Ja. Nie on."


Ogranicza mnie i przeszkadza myślenie o Ignacym jako o dziecku nie-w-pełni-sprawnym. W kwestiach wychowawczych paraliżuje często nawet. Wytrąca spokój z ręki, sposoby, które pomagały zrozumieć się ze starszymi chłopcami, gdy ci byli młodsi ;)

Nie mam oczywiście żadnej pewności, że różnica nie powoduje różnicy. I nie wiem:  może spalam się niepotrzebnie? Bez sensu?

Bo może faktycznie wychowania nie-w-pełni-sprawnego dziecka różni się czymś zasadniczym (podobnie jak samo dziecko obserwowane z zewnątrz, różni się nieco od swoich zdrowych rówieśników) od wychowania dzieci zdrowych? Może jest też bardziej wymagające i pełne niespodzianek?

Cieszę się ze swojego dziecka, Panie Jull. Doceniam go, podziwiam i kocham. A jednocześnie tak bardzo sobie chwilami nie radzę :(

Czy inni rodzice zmagają się podobnie? Czy jest jakaś książka o tym, jak wychowywać niepełnosprawne dziecko? Ktoś się tym zajmował? Badał? Czy ten proces rządzi się tymi samymi prawami?

Ktoś? Coś?


Jednocześnie, kiedy myślę o tym wtorkowym „nie-spacerze”, marszrucie raczej gniewnej i chmurnej, widzę, że konflikt był raczej klasyczny:  czyj plan zrealizujemy, komu zależy bardziej? Bo że nam obu zależało bardzo na zrealizowaniu swojej wizji, to było widać gołym okiem.  Rodzi się jednak we mnie pytanie: jak daleko i kiedy jest właściwym pójście za propozycją dziecka, rezygnując z własnej, ustępując, przeformułowując swoją? Kiedy wewnątrz czujesz wszystkimi komórkami, że to jest zbyt ryzykowne, że nie masz zgody na to, że nie chcesz tak postąpić? A na waszą niekorzyść działa czas. I zadanie do wykonania?
Dziś widzę, że gdzieś się zapętliliśmy- i on, i ja. 

I myślę, że to lęk o przyszłość jest znów naszym "wrogiem nr.1", Tyle, że teraz w kwestii "wychowania". 

Póki co, czytam książki po prostu o dzieciach. I czuję ulgę. Mniej bezradności. Czyli warto :).

Komentarze

Inni czytali też:

"Jaskiniowcy z bliska", czyli to, co mnie fascynuje.

Ta cała "zabawa" w emocje...

A może do kina?

Niczego nie żałuję?

Samodzielność