Lekcja życia u stomatologa

Dziś bardzo praktyczny wpis. Tą historię stworzyło życie, bo ono daje nam najwięcej wskazówek i podpowiedzi. Może dzięki temu któryś z Rodziców uniknie przykrej niespodzianki i niepotrzebnych emocji, których nam niestety nie udało się uniknąć.
Ale po kolei…
 
Jesteście ubezpieczeni?
My już jesteśmy. I dzięki temu jest w nas mniej napięcia i więcej swobody. No i nie musimy dzięki temu drobnemu zabiegowi i wydatkowi (bo summa summarum okazało się to niezbyt wygórowanym kosztem), śledzić dosłownie każdego ruchu ręki Ignasia, ani nie odstępować go dosłownie na krok.
Zwłaszcza, gdy znajdujemy się w miejscach, gdzie prócz nas przebywają inni ludzie bądź znajdują się cenne przedmioty.
 
Podczas jednej z wizyt w gabinecie stomatologicznym miało miejsce mało przyjemne dla nas wszystkich zdarzenie. Otóż, Ignacy- zaproszony przez Panią doktor do wspólnego przygotowania fotela stomatologicznego dla czekającego na swoje badanie starszego brata, nieopatrznie i nieumyślnie wyłamał włącznik lampy stomatologicznej. I w gabinecie zapadła cisza…..

Jak łatwo się domyślić, w pierwszej chwili padł na mnie blady strach, bo nie mówimy o lampce biurkowej, tylko specjalistycznej. Co więcej, jako matka znająca w przybliżeniu możliwości i ograniczenia własnego dziecka, w pierwszej chwili chciałam zaoponować i zatrzymać Ignacego u siebie na kolanach, ale w obliczu tak atrakcyjnej propozycji ze strony Pani Doktor- powiedzmy to szczerze- moja wypadła kiepsko i nie miałam dużych szans na posłuszeństwo mego dziecka. Nikt z nas nie przewidział takiego obrotu spraw (choć ja chyba byłam najbliższa temu) i stało się to, co się stało. Lampa była uszkodzona. A dokładniej jej włącznik…  Jedyną osobą, do której mogłam mieć żal, byłam ja sama (przed czym w pierwszej chwili próbowałam się bronić). To ja nie posłuchałam swojej matczynej intuicji. Nie wyraziłam sprzeciwu wobec propozycji Pani Doktor. A Ignaś- skrzętnie z niej skorzystał po prostu… Na szczęście koszt naprawy nie wykraczał poza nasze finansowe możliwości, choć zdecydowanie bardziej wolałabym pokryć tą kwotą dwie godziny jego rehabilitacji.
Choć frustrująca bardzo, sytuacja ta uświadomiła mi, że zamiast pozostawać w stanie ciągłej gotowości do powstrzymywania Ignacego przed dotykaniem tego, czy innego urządzenia lub przedmiotu i frustrowania zarówno jego jak i siebie, oraz postronnych osób, warto pomyśleć o zabezpieczeniu się na przyszłość od takich ewentualnych szkód, które mogą się pojawić z winy Ignasia (czy- bądźmy szczerzy- któregoś członka naszej rodziny).

-A jesteście ubezpieczeni od tego typu zdarzeń?- zapytała bez zbędnych sentymentów i bardzo rzeczowo znajoma, której opowiadałam tę historię.
 
Tak- już jesteśmy ubezpieczeni [od odpowiedzialności cywilnej w życiu prywatnym] a wraz z nami nasze dzieci, od ewentualnych skutków różnych nieopatrznych zdarzeń, którego mogą się zadziać podczas zwykłego spaceru, przejażdżki rowerowej czy zwiedzania muzeum z udziałem naszej rodziny. Za zarysowany samochód sąsiada wolałabym raczej nie płacić, gdyby była taka potrzeba. Ani tym bardziej uszkodzony instrument (podczas prób orkiestry na przykład).
 Ignacy (jak my wszyscy) ma swoje ograniczenia i trudno od niego oczekiwać, że zawsze będzie w stanie przewidzieć skutki swoich działań. Poza tym, to wciąż jeszcze dziecko…. W dodatku baaaardzo ciekawe świata ;)


 
 

Komentarze

Inni czytali też:

"Jaskiniowcy z bliska", czyli to, co mnie fascynuje.

Ta cała "zabawa" w emocje...

Krótka historia długiej drogi

Oczekiwanie...

A może do kina?