Jak blisko się da? i czy warto...

Odkąd urodził się Ignacy, moje spojrzenie na wiele spraw przeszło pewien lifting ;)

Zadziwia mnie wciąż na nowo, jakie tornado przetacza się przez życie rodziców, którzy przyjmują niepełnosprawne dziecko pod swoje skrzydła. Jaki sztorm się rozpętuje w ich emocjach, w teoriach na świat, życie i.... wychowanie dziecka. Jak rewidują się nasze poglądy na większość ważnych kwestii, jak uczymy się siebie nawzajem, na nowo... Jak wartki i niekończący się to proces.

Pierwsze lata Ignasia zdominowane były w moim umyśle głównie przez konieczność zapewnienia mu odpowiedniej opieki medycznej, poszukiwania diagnozy (które ostatecznie zarzuciliśmy na jakąś nieokreśloną przyszłość) oraz zabezpieczenie mu zaplecza terapeutycznego. Wspierać jego sprawność fizyczną, a właściwie wypracowywać ją systematycznie prawie każdego dnia, a zaraz potem umiejętności intelektualne (bo w takiej mniej więcej kolejności się to odbywało) oraz rozwój komunikacji. Nasze priorytety w tamtym czasie wyglądały właśnie tak.

Gdzieś w tle tego wszystkiego- tych codziennych podróży po gabinetach specjalistycznych, lekarskich, poszukiwaniach w internecie wiadomości na temat terapii, możliwych przyczyn jego trudności, sposobów radzenia sobie w całą rzeczywistością, w której się znaleźliśmy- właściwie od pierwszych dni spędzonych w szpitalnych salach, w głowie i sercu kołatała mi jedna, przeraźliwie wyraźna myśl: 

nie dodawać mu cierpienia! nie obdzierać z poczucia bezpieczeństwa! oszczędzać! bronić przed nieczułą rutyną koniecznych zabiegów medycznych i terapeutycznych. 
Zdaję sobie sprawę z tego, jak brzmi ostatnie zdanie, ale gdybym je przemilczała, byłabym nieprawdziwa...

To dlatego zrezygnowałam z metody Vojty. Dlatego, tam, gdzie było to tylko możliwe- unikałam hospitalizacji, na korzyść wizyt ambulatoryjnych. Żeby nie naruszać i tak już pokiereszowanego poczucia bezpieczeństwa i jego i mojego własnego, i całej naszej rodziny wręcz.

Wraz z upływem lat i rosnącej sprawności Ignaca, jego komunikowania się coraz sprawniejszego, jego możliwości, wyrażanych pragnień, potrzeb coraz częściej roztrząsam w sobie coś, co w przypadku starszych synów wydawało się być oczywiste z racji mojego zawodu, wiedzy osobistej i teoretycznej, którą posiadam i oczywiście doświadczenia w byciu matką. Mianowicie- wychowanie.

Czy idee rodzicielstwa bliskości, które cieszy się nareszcie coraz większym zainteresowaniem i publikacjami, wiedzą na swój temat, jest możliwe w relacji z dzieckiem niepełnosprawnym? W tym także intelektualnie? A jeśli jest (w co ufam)- jakie są ewentualne ograniczenia tego procesu? podejścia?

Nie bez powodu zadaję sobie to pytanie- a chciałam zadać je także prelegentom wrocławskiej konferencji, w której brałam udział w zeszłym roku - "Wychowanie w szacunku"- gdyż często spotykałam się z podejściem behawioralnym  lub dyrektywnym w metodach terapeutycznych, wspomagających rozwój dzieci z trudnościami. I- niestety- za każdym razem taka formuła budziła we mnie wewnętrzny sprzeciw, kazała szukać dalej: nowych ścieżek, innych rozwiązań. Choć prawdopodobnie okazuje się ona bardzo pomocna w wielu przypadkach. I równie prawdopodobne jest, dlaczego tak trudno było mi pogodzić się z rolą "rodzica -terapeuty" i wciąż mam z tym ogromny dylemat (o którym niebawem napiszę).

Jak się pewnie domyślacie- nie zadałam ostatecznie tego pytania na forum w takcie panelu dyskusyjnego i to nie dlatego, że wyhamowało mnie skrępowanie czy lęk...

Tej odpowiedzi przecież muszę poszukiwać w sobie i w naszej relacji z synem- bacznie się jej przyglądając, nie zaś jedynie w teoriach na temat wychowywania dziecka. 

A tym z Was, którym nieobca jest problematyka bliskości w wychowaniu niepełnosprawnego dziecka mogę wspomnieć, że tak, przeczytałam kilka publikacji, niektóre nieco "przedpotopowe", choć  nadal z pewnością rewolucyjne w podejściu, pani Hanny Olechnowicz "Dziecko własnym terapeutą" oraz "Jaskiniowcy zagubieni w XX wieku. Praca tematyczna z małymi dziećmi". A jestem w trakcie "Terapii dzieci z niepełnosprawnością intelektualną", w której szacunek i dostrzeganie podmiotowości dzieciaków istotnie wpływają mobilizująco na ich możliwości poznawczo-społeczne. Czyli tak jakby całkiem poważnie migocze mi odpowiedź, że warto.....
A książki oczywiście polecam :)

Komentarze

  1. Dziękuję za ten wpis. W samo sedno, a dla mnie jeszcze bardzo w czas. Pozdrawiam i cieszę się, że czasami tutaj wpada jakiś nowy wpis 😊
    Buziaki dla Ignasia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi, że jakoś Ci się przydał :) pozdrowienia dla Was!

      Usuń

Prześlij komentarz

Inni czytali też:

Ta cała "zabawa" w emocje...

Niczego nie żałuję?

List do Terapeuty

JUŻ JEST! - Sala Doświadczania Świata

Maria i Biedronka- czyli doczytajcie do końca!