O pewnej Górce, do której chce się wracać :)

Niezwykle trudno szło mi wybieranie się na ten wyjazd. Po dwóch tygodniach emocjonalnych zawirowań, parującej od myśli głowy i decyzjach, które czają się tuż za rogiem w oczekiwaniu na podjęcie, zadawałam sobie w piątkowy poranek pytanie: po co mi to wszystko??? nigdzie nie jadę! poddaję się :( Zniechęceniu i znużeniu.
Ostatecznie okres świąteczny można spokojnie spędzić w domu, nic nie trzeba pakować, gotować, mobilizować się do drogi (około 150 km do przejechania to niewiele, ale będąc w takim stanie jak ja w piątkowe przedpołudnie- wydaje się to dystansem nie do pokonania)...
Skrycie uroniłam kilka szlochów nad kuchennym blatem, odetchnęłam głęboko, zrezygnowałam z gotowania obiadu przed podróżą i zarządziłam chłopakom zabawę w wojsko- ja byłam generałem, a oni szeregowcami z możliwością awansu zawodowego, pod warunkiem realizowania wszystkich rozkazów w tempie błyskawicznym i z dokładnością mikroskopu elektronowego.
I jakoś daliśmy radę się spakować, zahaczyliśmy o obiad na trasie - ku uciesze młodzieży- i dotarliśmy przed 16:00 do pracy męża w nieopłakanym i kompletnym stanie. Niektórzy nawet uśmiechali się szeroko na myśl, że pójdą samodzielnie do biura taty ;)

Ruszyliśmy.
Słońce świeciło, a nad moją głową buczały upierdliwie obawy podsycane aplikacjami meteorologicznymi, że to ostatnie chwile słońca na ten weekend przewidziane, że będzie ziąb, śnieg, wiatr i deszcz smagający nam głowy i tyle będzie z naszych planowanych wędrówek... Będziemy siedzieć w jakimś wynajętym domku, gapić się na siebie lub w ekrany telefonów i zżymać na nudę...

Tymczasem, gdy dotarliśmy na miejsce.......


Przekroczyliśmy kamienny, szeroki próg, zmieniający się w stopień i zaniemówiliśmy z oczarowania :) 
Możecie wierzyć lub nie, ale wszystkie troski czmychnęły cichaczem, pozostawiając w nas spokój i dziwne wytchnienie. A może nawet ulgę...

Takich wnętrz już dawno nie widzieliśmy... Śmiało mogę powiedzieć, że trafiliśmy do domu z prawdziwie romantyczną duszą, obficie nakrapianą troską o gościa już od przekroczenia samego progu tego starego, historycznego, wiejskiego "domostwa"...

Na stole czekały na dzieci łakocie nawiązujące do okresu świątecznego. Chłopcy rzucili się nań z zapałem jeszcze przed kolacją. Obok karteczka okazjonalna z życzeniami, przygotowana przez Gospodarza. Gdzie nie spojrzeć- koronki, drobne zdobienia, stylowe szczególiki, które sprawiają wrażenie dużej dbałości o nastrój i wystrój, budują klimat pewnej szczodrości i serdeczności, jaką czuje się właściwie bez słów.


Wszystkim się nam podobało. Chodziliśmy po pokojach  (metrażowo zupełnie przestronnych- co również pozwala swobodniej oddychać na rodzinnym wyjeździe), z dziecięcą ekscytacją i rosnącą radością, omiatając coraz bardziej rozanielonym wzrokiem każdy centymetr ścian, każdy zakamarek. I wszystko, podkreślam: WSZYSTKO nam się podobało!
Podobne wrażenie miała Babcia i Dziadek, którzy dołączyli do nas w sobotni poranek- choć oni akurat nie mieli już z czego wybierać, bo pokoje zostały szybko rozdysponowane ;)

Janowa Górka 4- bo o niej mowa- to pokoje gościnne (naprawdę GOŚCINNE, nie tylko z nazwy), które urzekają tak:

 pokój błękitny, w którym spali.... chłopcy :)




pokój zielony, w którym spali rodzice ;)
(najmniej obfotografowany, bo jakoś mieliśmy kłopot z porządkiem).....



kuchnia i przedpokój, oraz widok z okienka prezentowały się następująco:

 (tu kawałek "pokoju rodziców" :)
 (powitalny poczęstunek)
(sadzawka za domem)


Pokój babci i dziadka, który Ignacy chętnie okupował:



No i łazienki- osobna historia, na którą zawsze zwracamy szczególną uwagę i śmiało mogę stwierdzić, że w niektórych hotelach potrafią wyglądać o wiele skromniej i mniej estetycznie.



I wiecie co?
Wcale nie trzeba nowoczesnych aranżacji ani ogromnych finansów, żeby stworzyć miejsce z duszą, do którego ludzie będą chcieli wrócić- jak my :) Wystarczy mieć piękną przestrzeń w sobie i potrafić się tym dzielić oraz ją wyrażać, również poprzez drobiazgi. To się czuje...

Dlaczego piszę o Janowej Górce?
Bo czułam się tam swobodnie i komfortowo. Bo czekały na nas świeże, pachnące ręczniki. W łazienkach dla gości Gospodyni zostawiła drobne zestawy kosmetyków- nakład pieniężny minimalny, a wrażenie, że ktoś się o ciebie troszczy, nie oszczędza na tobie, chce, żebyś poczuł się zadbany i dobrze- bezcenne. W całym domu- na przekór moim obawom- ciepło rozgrzewało błogo skołataną duszę. Ignacy biegał po pokojach, wdrapywał się na schody w przedpokoju, naprawiał "zamki" w drzwiach (przez co zgubił w pierwszy wieczór jeden z kluczyków- mam nadzieję, że się znalazł!) i ani przez chwilę nie przyszło mi do głowy, że zmarznie (co ma zasadnicze znaczenie po zimie, która ciągnęła się jak spagetti).

A jeśli do tego dodać wyposażoną (w punkt) kuchnię, ze skrzynką herbat do wyboru dla Gości, ekspresem do kawy i kompletną, estetyczną zastawą (nie raz zdarzało nam się spotykać gdzie indziej każdy talerz z innego kompletu i kubki z przypadku, nie wspominając o sztućcach pozbieranych z różnych zestawów), pełen pakiet przyborów do mycia, wielką rolkę ręcznika papierowego- wiecie- takich drobiazgów często nie uświadczysz, bo na nich najłatwiej zaoszczędzić... A robią wybitnie pozytywne wrażenie i mówią wprost: "odpoczywaj, my zajmiemy się resztą, nie musisz już o wszystkim pamiętać", ani dokupować naprędce, jeśli się nie przygotowałeś zawczasu ;)

W Janowej Górce nie ma pośpiechu... Jest Gospodarz z warkoczykami w brodzie (na które Ignacy natychmiast zwrócił uwagę), który wita uśmiechem, pogawędzi i mocno przybije piątkę. I który jest honorowy. I podobnie jak my kieruje się zasadą, że czasem "mniej znaczy więcej". Bardzo lubimy takich ludzi. Niezachłannych i uważnych. Prosto dobrych. Jak Janowa Górka...

Więc jeśli cenicie sobie bardziej od luksusu klimat i spokój, to tam je znajdziecie z pewnością. Tak jak szemranie strumyka i wszędobylskie widoki, na których zahaczone spojrzenie wyjaśnia sercu, że wszystko i tak się ułoży i wcale nie warto się spieszyć ani zamartwiać na zapas.

A ceny?- zapytacie...
Najlepsze w okolicy. Nawet w najwyższym "sezonie".

Gotowaliśmy sobie samodzielnie, ale taka była idea. Do Czarnej Góry mieliśmy spacerem 3 km, a samochodem 3 minuty jazdy. Do Kletna - w którym nie byliśmy akurat tym razem- 10 minut jazdy samochodem. Do Międzygórza- tam to akurat nas często widziano- 20 km. Ale o naszych wyprawach pieszych to może już nie teraz... wystarczy...
Ogólnie jest to świetna baza wypadowa do wędrowania po górach Bialskich i Masywie Śnieżnika.... Tym bardziej nas tak kusi bezsprzecznie.

Dziękujemy Panie Andrzeju. Proszę pozdrowić żonę :) Bardzo chcielibyśmy do Janowej wrócić jeszcze w tym roku ;) ale zobaczymy, co nam życie przyniesie...
Piękne miejsce stworzyliście. I z dobrym klimatem. I wyśmienicie się o nim opowiada, bo zasługuje na komplementy, jak rzadko który "dach nad głową" dla turysty :)


Na koniec dodam istotną informację, dla osób z trudnościami w poruszaniu się. Niestety obiekt nie jest przystosowany dla osób poruszających się na wózkach. Między pokojami są różnice poziomów- drobne, Ignacy sobie z nimi wyśmienicie radził, ale warto o tym wspomnieć. Śmialiśmy się nawet, że tym bardziej czujemy się jak w domu ;) Jest to jednak pewne istotne ograniczenie tego domu- i warto o tym wspomnieć.



Komentarze

Inni czytali też:

List do Terapeuty

***

JUŻ JEST! - Sala Doświadczania Świata

TheraTogs - spojrzenie subiektywne

Niczego nie żałuję?